Trochę taki inspektor po obiedzie - recenzja mangi Psycho-Pass 2 (tomy 1-5)

Nie tak dawno temu wyrażałam już opinię na temat mangi Inspektor Akane Tsunemori, będącej adaptacją anime Psycho-Pass (tak, tak, właśnie w tę stronę, nie odwrotnie). Tym razem jednak chcę się zająć jej kontynuacją o tytule Psycho-Pass 2 (zarówno dla mangi, jak i anime). Jak pewnie zaangażowani w fandom mogli słyszeć, pierwotny Psycho-Pass odniósł naprawdę duży sukces, a że seria miała oryginalny scenariusz, dlatego po przeliczeniu zysków z pierwszej części można było przystąpić do dalszego rozwijania uniwersum i dbania o dobrze prosperującą markę. Problem w tym, że z całego projektu wypisał się kręcący nosem Gen Urobuchi, który - co by nie mówić - zawsze miał niezwykłą smykałkę do tworzenia napiętej akcji i bez najmniejszego mrugnięcia okiem potrafił uśmiercać bohaterów w widowiskowy sposób. Karawana musiała jednak jechać dalej i tak oto stoimy w miejscu, w którym Psycho-Pass 2 powstał i oczywiście jest pełnoprawną kontynuacją, ale jest również czymś wyraźnie innym. A jako że anime nie widziałam, dlatego o swoich świeżych odczuciach opowiem na podstawie lektury pięciotomowej mangi.


Tytuł: Psycho-Pass 2
Tytuł oryginalny: Psycho-Pass 2
Autor: Saru Hashino (rysunki), Psycho-Pass Committee (scenariusz)
Ilość tomów: 5
Gatunek: akcja, dramat, psychologiczny, tajemnica, sci-fi
Wydawnictwo: Waneko
Format: 195 x 135 mm (powiększony)


Do świata wracamy jakieś pół roku po wydarzeniach znanych z pierwszej serii, kiedy to Kougamiemu najpierw udało się zabić Makishimę, a potem zbiegł, pozostawiając Akane z emocjonalną dziurą w sercu, rozbitym strukturalnie zespołem oraz nieszczególnie miłą wiedzą, że ludzie są kontrolowani przez grupkę mózgów w słoikach, które wcześniej należały do nie zawsze wybitnych moralnie jednostek. Właśnie po wspomnianych sześciu miesiącach do Zespołu 1 dołącza świeża pani inspektor, młodziutka Mika Shimotsuki - którą co uważniejszy czytelnik mógł już kojarzyć ze sprawy zbrodni popełnianych w Żeńskiej Akademii Oso - a w międzyczasie pojawiają się również dwaj nowi egzekutorzy: nieśmiały znawca hologramów w postaci Shou Hinakawy oraz męski, posępny i trochę przypominający Kougamiego Sakuya Tougane. Niestety, odbudowana jednostka dochodzeniowa bardzo szybko musi się skonfrontować ze znacznie większym złem niż tylko okazjonalni przestępcy, którzy unikają skanów cymatycznych. Pojawiają się bowiem coraz wyraźniejsze poszlaki wskazujące na to, że ktoś ma “niewidzialny psycho-pass”, jak również że może sprawiać, że nawet w trakcie popełniania zbrodni ludzie mają przejrzyste odczyty dusz, co zupełnie wymyka się spod praw ustanowionych przez Sybillę. Problem w tym, że dla większości pracowników Biura Bezpieczeństwa istnienie takiej osoby to jakaś kompletna bzdura, ale instynkt Akane mówi jej, że nie i że może to sprowadzić na miasto nie mniejsze kłopoty niż cytujący Szekspira Makishima…

Shimotsuki patrząca na mnie z zakładki dość często bywała rozczarowana postępem lektury...

Fabuła sequela znacznie odbiega od klimatu systematycznego, powoli rozwijającego się śledztwa, z którym mieliśmy do czynienia przy okazji Inspektor Akane Tsunemori. Tam musieliśmy jednocześnie zapoznawać się ze wszystkimi zasadami rządzącymi światem, poznawać różne spojrzenia na decyzje podejmowane przez Sybillę, poczuć, po której stronie konfliktu chcemy stanąć, a która tak naprawdę powinna mieć rację. W Psycho-Pass 2 główną problematyką i punktem, do którego dąży cała fabuła, wydaje się to, co dzieje się wewnątrz samego systemu. Tak jak na początku zakładaliśmy, że Sybilla ma względną rację, choć oczywiście jest absolutnie pozbawiona emocji, zagarnia niesamowicie dużo wolności obywateli i sprowadza ich do bycia mrówkami w idealnej machinie państwa, tak tutaj prezentuje nam się obraz dość wyraźnego zepsucia i niekompetencji zarządzających. Ci bowiem bezdyskusyjnie wierzą we własną nieomylność, nie dopuszczając do głosu żadnej innej racji - jak chociażby działania inspektorów, by powstrzymać Shisui lub by potwierdzić tożsamość Kamuiego. I pod tym względem jest to niezwykle interesująca historia, dająca nowe spojrzenie na to, jak mało elastyczne jest funkcjonujące prawo i jak bardzo podatna na różne ataki jest ta “piękna” Japonia przyszłości. Widać jednak jak na dłoni, że za scenariusz odpowiadała tym razem trochę inna grupa osób i że nie do końca mieli oni rękę do prowadzenia bohaterów (co przy okazji jest niesamowitym meta-komentarzem do tego, co się dzieje we właściwej historii i jak bardzo mózgi Sybilli nie radzą sobie z kontrolą obywateli). Te postacie, które dobrze znaliśmy, są niestety albo mocno zmarginalizowane (chociażby Yayoi czy Ginoza), albo wypaczone (Akane zachowująca się jak absolutny maniak śledczy), natomiast te zupełnie nowe są w przeważającej części zwyczajnie wkurzające (na czele z inspektor Shimotsuki).

Akane i jej okładkowy reverse-harem. Mniam!

A skoro już przy tej ostatniej jesteśmy to… hmm… nie, chyba nie jestem w stanie obronić kreacji inspektor Shimotsuki, bo to ona jest zdecydowanie najsłabszym ogniwem całej fabuły. Jest irytująca, niedojrzała, konfliktowa, wykonuje tylko te polecenia, które są dla niej wygodne, a jeśli coś dzieje się nie po jej myśli, to nie omieszka o tym głośno powiedzieć. I jasne, dobrze jest mieć na pokładzie niejednoznacznych bohaterów, którzy mają inne spojrzenia na pracę w służbach i mogą stanowić przeciwwagę dla tych bardziej niewinnych duszyczek, tylko że takie podejście już mieliśmy i doskonale oddawał je Ginoza w pierwszej serii. Tam robił właśnie za takiego suchego, niedostępnego buca, który działał wedle odgórnie przyjętych procedur, ale przez cały czas dało się widzieć jego konflikt wewnętrzny i to, jak rozumiał, że inni również mogą mieć rację, choć przecież nie zawsze postępowali zgodnie z wszystkimi wytycznymi. Tym bardziej szkoda, że w sequelu Ginoza jako egzekutor został zepchnięty nawet nie na drugi, ale na jakiś piąty czy szósty plan, raz na ruski rok rzucając pojedynczą myślą w stylu nieżyjącego już padre. Schedę po nim nieudolnie przejęła właśnie Shimotsuki, która do samego końca niczego się nie uczy i tylko myśli, jakby tu uwalić innych i samemu zostać na powierzchni. Niestety nie mam pojęcia, dlaczego z tej dziewczyny o silnym kręgosłupie moralnym i zdecydowanym spojrzeniu mogła wyrosnąć aż taka nieokrzesana - co tu dużo mówić - dziewucha. Nie rozumiem też na jakiej zasadzie jest wredna w stosunku do egzekutorów, skoro to właśnie jedna z nich niesamowicie pomogła jej przy okazji śmierci przyjaciółki. Czemu sabotuje pracę i nie chce nic robić, skoro to właśnie ona była na tyle blisko tragedii, żeby wiedzieć, jak ważna jest właściwa reakcja Biura Bezpieczeństwa? To znów rzutuje na odbiorze całej reszty historii, która przez wspomniane machlojki i zwyczajną głupotę postaci jest dość nieprzyjemna w śledzeniu. No bo co to za radocha, jeśli ani bohaterowie, ani antagoniści nie zaskarbiają sobie naszej sympatii? 

Dzień dobry, ekipo! Jak miło was widzieć w (jeszcze) dobrej kondycji psychicznej!

Zresztą, kilka innych elementów również wypada dość dyskusyjnie, na czele z decyzjami podejmowanymi przez system Sybilli, która oczywiście pierwotnie miała bardzo szemrane sposoby działania, ale jednocześnie udawało jej się zachować porządek, nawet jeśli w efekcie ogłupiała ludzi i robiła z nich trochę takie chodzące warzywa. Natomiast w Psycho-Pass 2 dyrektor Kasei (no, tak właściwie to nie do końca ona, ale bez większego zagłębiania się w spoilery) zaczyna działać w bardzo głupi, nieprzewidywalny sposób bo... bo tak? Bo chce utrudnić życie ludziom, którzy wykonują swoją pracę i tropią zagrożenie, z którymi nie radzą sobie skanery? Jakby zupełnie zapomniano, że jeszcze nie tak dawno temu ta sama Akane była traktowana przez Sybillę jako niezwykle cenna marionetka o specjalnych uprawnieniach, która potrafi posprzątać każdy burdel mimo świadomości, komu tak naprawdę służy. Takich ludzi się nie niszczy, tylko co najwyżej wciela się do kolektywu słoikowych mózgów. Czemu więc ten wieloosobowy system nagle dał się kontrolować jednej jednostce? Na jakich zasadach działali oni w takim razie do tej pory? Czemu pozwalali Tougane na pewne działania, które w oczywisty sposób stały w sprzeczności z dotychczasowym funkcjonowaniem Sybilli? I w ogóle... que?

Stój, bo strzelam! Ech, zawsze chciałam to powiedzieć...

Znów to, co się dzieje z dominatorami, to już dość ewidentny szwindel i swoisty Deus Ex Machina wykorzystywany tylko po to, żeby w prosty sposób zamieszać historią. Nie można w żaden sposób zatuszować tego, że wszystko jest w porządku, jeśli jedna osoba znika w tajemniczych okolicznościach, a następnie dzierży osiem sztuk broni naraz. Jedna - okej, w końcu faktycznie mogła zostać wysłana na tajną misję. Spreparowanie jakiejś wiadomości, żeby uwiarygodnić tę wersję wydarzeń? W porządku. Ale to, co się ostatecznie wydarzyło, wyglądało bardziej jak afiszowanie się, że jest się podejrzanym numer jeden. Nie, to nie jest żadne dobro śledztwa, żeby zostawiać działanie dominatorów samopas, i nie tylko denerwuje to świadomych powagi sytuacji bohaterów, którym zabiera się kolejne narzędzia do walki z przestępczością, ale również irytuje to samego czytelnika, bo nie może on traktować zwrotów fabularnych jako "motywujących przeszkód do pokonania", ale "odgórnych zagrań autora, żeby historia trwała tyle czasu antenowego, ile zostało ustalone w kontrakcie". Z drugiej strony na dziwna frustracja faktycznie napędza człowieka do czytania, bo cholernie mocno trzyma się kciuki, żeby Akane skopała im wszystkim tyłki i stwierdziła "okej, to jest ten moment, kiedy Sybilla stała się zagrożeniem, wypisuję się z tego burdelu", co znów rodzi nadzieję na odpowiednią kontynuację.

Gaz, gaz, gaz, wciskam do dechy gaz... Gaz, gaz, gaz, policja goni nas...

Mocno ubolewam nad zmianą kreski w drugiej serii. Oczywiście nie zrozumcie mnie źle, bo jak na standardy mang akcji jest całkiem udana, szczegółowa i porządnie dynamiczna, ale to jednak ta symboliczna klasa niżej co Inspektor Akane Tsunemori, gdzie ilość szczegółów oraz czystość kadrów stała na naprrrawdę wysokim poziomie. Tu częściej widać jakieś niedoróbki warsztatu jeśli chodzi o projekty postaci (króluje chyba Tougane, u którego czasami pojawiają się problemy z głową w stylu wydłużonej czaszki Obcego), no i widać zdecydowanie większą tendencję do robienia postaciom nienaturalnie wydętych ust. Niekiedy prowadzi to wręcz do tego, że twarze drugoplanowych bohaterów niesamowicie się ze sobą zlewają - miałam tak w przypadku tłumnie występujących pań inspektor, z których chyba ze cztery miały fryzury w stylu Akane. W porządku, rozumiem, że to wygodne uczesanie na wypadek pościgów i wybuchów, ale z marketingowego punktu widzenia był to strzał dominatorem w stopę  Całe szczęście większość inspektorek szybko idzie do piachu (co znów zalicza się do bolączek fabuły - postaci niby multum, ale wszystkie obchodzą człowieka tyle, co zeszłoroczna burza piaskowa na Saharze), więc problem rozwiązuje się trochę samoistnie.

Oj, w porządku jest, w porządku. Przecież o takiego przystojnego Ginozę całe życie nic nie robiłam.

Polskie wydanie zaliczam na ogromny plus. W kwestii różnicy występującej przy tytule obu mangowych serii warto wiedzieć, że to bardzo mądrzy Japończycy uparli się, by pierwszej części nadać odmienny niż anime tytuł  - chociaż jest totalnie wierną adaptacją i naprawdę życzyłabym sobie takich więcej - za to drugi od czapy postanowili zachować jak w oryginale, gdyż-ponieważ-albowiem tak. Dlatego chociaż efekt jest taki, że mamy dwie mangi z uniwersum z różnymi grzbietami i różnymi fontami (przy czym dół grzbietów mimo wszystko starano się ujednolicić), to o dziwo współgrają ze sobą chyba nawet lepiej, niż gdyby były zupełnie jednakowe. Przynajmniej widać, że są to dwie kompletnie różne "przygody" o nieco innym przesłaniu. Jak pewnie dało się zauważyć na zdjęciach - obwoluty są błyszczące, a format powiększony, co na pewno będzie stanowić gratkę dla starszego czytelnika. Pod obwolutami, niestety, nie są ukryte żadne ciekawostki ani dodatkowe materiały czy szkice, ale za to każdy tomik rozpoczyna się kolorową stroną z bardzo ładną grafiką. Nie mogę też narzekać na jakoś druku, bo choć paleta stosowana przez tutejszego rysownika wyraźnie pojaśniała w stosunku do części pierwszej (stosuje bardziej chropowate, ciemnoszare rastry), to wszystko jest wyraźne, czyste i pozbawione farfocli. Tłumaczenie... hmm... raczej nie mam uwag w tym temacie. No, może poza tym, że perfekcyjnie wzmocniono wkurzające zachowanie Shimotsuki, której wypowiedzi naprawdę ociekają wiecznym bulwersem i roszczeniowością. To też duża sztuka, żeby móc taką antypatię w pełni oddać.

Niby nie styka, a jednak pasuje!

Raczej nie ma się co oszukiwać, że Psycho-Pass 2 idealnie powtarza sukces Inspektor Akane Tsunemori. Tam poszczególne elementy zagrały ze sobą o niebo lepiej, z szacunkiem do czytelnika oraz do materiału źródłowego, który nawet w lekko okrojonej formie wciąż doskonale stał na własnych nogach. Kontynuacja to znów taki poligon doświadczalny, gdzie starano się o złoczyńcę na miarę Makishimy (a nawet trzech) i trochę zapomniano, że to nie zawsze o to chodzi, żeby cały świat stał w płomieniach. Da się jednak wyciągnąć z tej historii wiele ciekawych wątków - postać Hinakawy, który był mega kochany i ogromnie liczę na jego rozwój, Yayoi, która zaczyna zyskiwać na znaczeniu i mójbosiu, niech się porządnie weźmie za Shimotsuki, sama Akane też zdaje się być znacznie silniejsza po pogodzeniu się z odejściem Kougamiego - więc to nie tak, że zupełnie ją skreślam. Jest dobra i na pewno mogłaby być lepsza. Jeśli ktoś lubi intensywną akcję, ziemię gęsto zaścieloną bryzgającymi flaczkami i wiaderko przemyśleń dotyczących utopii, to zdecydowanie powinien sięgnąć również po Psycho-Pass 2 (bo Inspektor zachwalam zawsze i wszędzie). W końcu taki wartki akcyjniak też jest czasami do życia potrzebny.

Za udostępnienie mangi serdecznie dziękuję wydawnictwu Waneko.

Publikowanie komentarza

0 Komentarze