Mam emocje. Emocje, którymi chcę się podzielić. Które trzymają się mnie mimo dwóch tygodni od seansu. Ale nie są to emocje, jakich można by się było spodziewać po filmie opowiadającym o miłości i rodzinie. Są to raczej frustracja i gniew, że ktoś połaszczył się na zdecydowanie zbyt wielką rybę niż był w stanie udźwignąć. Film Sayonara no Asa ni Yakusoku no Hana wo Kazarou od początku był zapowiadany jako wielki, obiecujący projekt łączący animację studia P.A.Works z reżyserią bardzo już uznanej Mari Okady, odpowiedzialnej między innymi za scenariusz do AnoHany, Kiznaivera czy Nagi no Asukara. Można się było spodziewać, że co jak co, ale taka kombinacja da znakomite okruchy życia połączone z głębszym spojrzeniem na ludzkie serce.

Czemu nic z tego nie wyszło i jak bardzo jest to miałka, obsypana brokatem historia? Zapraszam do spoilerowej recenzji.


 
Zacznijmy może od zarysu opowieści. Za górami, za lasami, za kawałkiem morza (a może i nie) żyje sobie tajemniczy lud. Poznacie ich po tym, że wszyscy wyglądają jak dzieci i mają długie, jasne blond włosy. To Iorphowie - Klan Oddzielonych. Jak sama nazwa wskazuje, żyją oni na uboczu normalnej ludzkości, a to dlatego, ponieważ są długowieczni, przez co mają wpojony zupełnie inny system wartości. Powiada się, że Starsza zarządzająca wioską ma już czterysta lat... Ponadto Iorphowie są ludem łagodnym, pozbawionym zmartwień i spokojnie spędzającym dnie na przydzielonych zadaniach, dlatego nie dziwi widza to, że nic nie wieszczyło zniszczenia tej sielanki.

Przychodzi jednak noc, w której dochodzi do ataku na wyspę Iorphów. Na ich ziemi lądują smoki z królestwa Mezarte, a żołnierze, których przewożą, mają rozkaz, aby przyprowadzić Starszą przed oblicze króla. Iorphowie stawiają jednak opór, więc dochodzi do rzezi. W całym tym zamieszaniu jeden ze smoków nagle traci rozum, zrzuca dosiadających go żołnierzy i leci, by zderzyć się z wieżą, gdzie przechowywany jest Hibiol (tkanina zapisująca uczucia). Tam przebywa również Maquia, główna bohaterka, która przez przypadek zostaje porwana przez smoka i uniesiona daleko poza obręb ziemi Iorphów. Smok po jakimś czasie niespodziewanie spada i ulega samozapłonowi, a samotna, poturbowana Maquia błąka się po lesie tak długo, aż trafia na namiot, gdzie cichutko płacze maleńkie dziecko...

Opowiedz, ciociu Ekspozycjo, opowiedz!

 

Czy leci z nami Starsza, czyli fabuło, czemu robisz to źle?

Kiedy już napisałam to krótkie streszczenie pierwszych piętnastu minut filmu, dopiero do mnie doszło, że ogromnie czuć, jak wiele wydarzeń zostało podyktowanych koniecznością pchnięcia fabuły do przodu i jak bardzo widać odgórne ruchy pionków, a nie logiczne działania fikcyjnych postaci. Maquia musi siedzieć w wieży, żeby mógł na nią trafić smok (dodatkowo wcześniejsza scena jest bardzo źle zmontowana, ponieważ odnosi się wrażenie, że część ludu barykaduje się w wieży, a tak naprawdę chronią ją z zewnątrz). Smok wpadł w szał tak po prostu, w idealnym momencie, ponieważ wypadało jakoś przenieść Maquię z punktu A do punktu B. Maquia znalazła niemowlę uj-wie-gdzieś-w-lesie, bo przecież o to chodzi w całej tej historii, żeby zajmowała się dzieckiem. Kupcy z obozu namiotowego, gdzie Maquia znalazła żywego chłopczyka, zostali zamordowani idealnie kilka godzin przed pojawieniem się bohaterki. I może fajnie, że tyle się dzieje, tylko jakoś za dużo się tych wszystkich zbiegów okoliczności jak na tak krótki odcinek filmu nagromadziło.

No ale dobra - mamy nasze mięsko, nasz główny cel całego tego ambarasu. Maquia, która jest mocno niedojrzałą, wyobcowaną, samotną przedstawicielką rasy Iorphów, postanawia zająć się wychowywaniem normalnego, kompletnie obcego jej dziecka. Nie ma dachu nad głową, wielu rzeczy nie ogarnia, bo umie zajmować się jedynie tkactwem, ale porywa się na macierzyństwo, ponieważ tak mówi jej serce. I ta nierówna walka z wychowywaniem dziecka, które po pewnym czasie dowiaduje się, że "ta matka coś się nie starzeje... a ja się starzeję... aha, czyli ona nie jest moją matką..." powinna być główną osią całego seansu. Powinna. Próbowała. Miała taką nadzieję, że będzie. Niestety, ktoś miał zbyt wysokie ambicje, żeby w dwugodzinnym filmie przedstawić już nie tylko opowieść o miłości rodzicielskiej, ale jeszcze dorzucić trochę fantasy ze smokami z rolach ważnych, nieco konfliktu politycznego w tle, jakieś dylematy moralne różnych stron sporu i kilka historii romansowych z niekoniecznie szczęśliwym zakończeniem. Tego było zwyczajnie za dużo, przez co Sayonara no Asa wydaje się kompletnie chybionym projektem jeśli chodzi o prezentowanie na wielkich ekranach. Jest filmem o wszystkim, więc jest pokracznym filmem o niczym. I to jeszcze takim chaotycznym niczym, bo z nagłymi, kilkuletnimi wyrwami w ciągu wydarzeń i wielkimi dziurami fabularnymi.

No jasna sprawa, że weźmie! Bez tego przecież nie byłoby filmu!

Gdybym dała się wciągnąć w główny wątek, to może zapomniałabym o wszelkich nieścisłościach czy mniej ważnych wątkach, ale niestety. Czuję się oszukana. Fabuła na siłę lawiruje między kilkoma bohaterami jednocześnie, przez co niejednokrotnie dostajemy krótkie sceny wyrwane z kontekstu, zrealizowane tylko po to, żeby jakaś postać mogła nam jak chłop krowie na rowie wyjaśnić "ach, więc to minęło już pięć lat, odkąd Maquia zaginęła, a ty świetnie sprawujesz się w wojsku, mój chłopcze" (cytat prawie dosłowny). Film zamiast pokazywać coś obrazem, zamiast budować relacje i dać nam się zaprzyjaźnić z bohaterami - robi za swoje własne streszczenie. A i to nie zawsze się udaje. W całym filmie doświadczamy bowiem czterech wielkich skoków czasowych, z rozrzutem od lat kilku do jakichś pięćdziesięciu, w trakcie których gromadzi się pokaźna ilość pytań w kwestii tego, co się działo, kiedy widz na chwilę zamrugał albo sięgnął po popcorn. Co wtedy dostajemy? Ano nico... a w najlepszym razie butem ekspozycji po zębach.
Spójrzmy zatem na konkretny przykład - a dokładnie na związek Ariela z tą... no... jak jej było... ach, Ditą. Kiedy Dita była dzieckiem, miała całe dwie mikroskopijne, nic niewnoszące do aktualnej sytuacji sceny: raz jako herszt dzieciaków obśmiewała Ariela za jego przywiązanie do matki, a raz szła z kwiatkami, żeby go przeprosić. Obie sekwencje zaprezentowane były głównie po to, żebyśmy zrobili sobie nadzieję na pairing i zapomnieli o dziewczynce na kolejną godzinę. A potem, po trzecim z kolei timeskipie okazuje się, że to dziewczę ma się dobrze, dorosło i jest pokaźnie zbrzuchacone. Na całe szczęście twórcy pozwolili bohaterce streścić na dzień dobry jak to się stało, że się zakochali i pobrali z Arielem. Jacy oni cudowni, ci twórcy, prawda? Chcieli wywołać u mnie przywiązanie do kogoś, kogo kompletnie nie znałam i miałam gdzieś. To samo osiągnięto by z każdą inną, losową, obcą dziewczyną.  I serio, twórcy chyba nie wiedzą, na jakiej zasadzie płodzi się dzieci, a ciężarne bohaterki wyciągają z kapusty chyba. A może z namiotów wymordowanej ludności kupieckiej...?

Dita wyjaśnia, co się działo na tym drugim filmie, którego przez przypadek nie oglądaliśmy.

Na tej samej zasadzie nie rozumiem, co stało za odejściem Maqui na koniec. Znaczy, umiem znaleźć kilka logicznych wyjaśnień na czele z puentą "rolą matki jest się wycofać, kiedy syn ma żonę i dziecko", tylko że to mówię ja, a nie sam film. Bo na ekranie bohaterowie przerzucili się między sobą paroma wzniosłymi zdaniami, że do tej pory nie rozumieli, co to znaczy być matką/synem, że chcieli być lepsi, ale głupio wyszło, że jedno jest Hibiolem drugiego, bla bla bla, wstaw swoją reklamę, koniec cytatu, idziemy. Popisali się znajomością Coelho i tyle. Zresztą, większość bohaterów po prostu nie umie rozmawiać ze sobą bez rzucania Wielkich, Wzniosłych Zdań, więc o czym my tu mówimy... Przy okazji - dopiero z obrazka wstawionego po napisach możemy odgadnąć, że Maquia odeszła też dlatego bo chciała odszukać pozostałych pobratymców i pokazać im miłość, jakiej sama doświadczyła (i zapobiec dzięki temu tworzeniu kolejnych schizowanych kuzynków (o tym za chwilę)). I ponownie... Możliwe, że to od początku miało być dla nas niejasne, jednak to, co się dzieje na ekranie, jest zwyczajnie mylne, a nie tajemnicze.

Tak samo tuż przed napisami końcowymi dostajemy scenę, gdzie we wspomnieniach pojawia się skondensowane do minuty życie Maqui i Ariela - to, co powinno być absolutnym clue całego seansu, z czym powinniśmy sami stopniowo się zapoznawać i zżywać, co powinno być rozciągnięte na chociaż godzinę. I to nawet nie tak, że nie wierzę w ich relację, w to, że Maquia była dobrą matką albo że Ariel się pogubił, kiedy był nastolatkiem... tylko to się dzieje gdzieś poza nami, w wyobraźni, a film pokazuje nam zaledwie dziwne urywki, naprędce próbujące zatuszować to, co nie zmieściło się na ekranie. A połowy tych pourywanych wątków to nawet nie umiem logicznie umiejscowić. Tak, artyzm się z tego wylewa wiadrami, całkowicie topiąc zdrowy rozsądek. A gdyby zepchnąć resztę wydarzeń na dalszy plan, wywalić zdychające smoki i dzikie rewolucje, a w to miejsce wyeksponować to, co działo się między Maquią i Arielem, to mielibyśmy całkiem zgrabną, skoncentrowaną opowieść o rodzinie. Ale nie tak to sobie zaplanowała Mari Okada - zamiast tego wolała nadziergać mnóstwo rozpoczętych wątków bez większego znaczenia ni rozwinięcia. No bo o co chodziło z wieżą i Hibiolem (czy była to tylko magiczna tkanina? metaforyczne życie tkającego? miłość?)? Jaka była w tym wszystkim rola Iorphów? Czym były te smoki i dlaczego ginęły? Gdzie się podziała Starsza? Jak przedstawiała się geografia jakiegokolwiek miejsca? Dlaczego w ostatniej fazie filmu wojna nie rozeszła się poza jeden zamek? I tak dalej, i tak dalej...


Uprzejme przypominajki kopią nas w szczęki z każdej możliwej strony.

Dopuszczam taką możliwość, że te wszystkie zagadki miały pozostać nierozwiązane, a gdyby film był oparty na punkcie widzenia Maqui i cały czas podążał tylko za nią, limit wiedzy o pewnych sytuacjach byłby naturalny i zrozumiały. Ale tak nie było. Swobodnie skakano sobie po scenach w zamku, akcjach z udziałem Krima bądź Leili czy tych zakulisowych rozmowach dotyczących polityki. Mało tego - wątek zamkowy był przywoływany tak regularnie, że sprawiało to wrażenie, jakby to Leilowe "jestem biologiczną matką, ale nie czuję miłości do swojego dziecka przez to, że zabrano mi możliwość życia z nim" miało być naturalnym dopełnieniem dla Maqui i jej "dziecko obce, ale miłość prawdziwa". Tylko ja to sobie dopowiadam przez kontekst całych dwóch scen, kiedy Leila rozpacza, że jej dziecko zabrali i kiedy Leila robi YOLO z wieży zamiast przytulić się do córki (i znów nie umiem współczuć tragedii, bo dowiedziałam się o niej wtedy, kiedy sytuacja się rozwiązała). Rozumiem, że to kwestia sfiksowanej genetyki Iorthów, którzy mnożyli się między sobą i każdy miał co lepsze choroby psychiczne, no ale tak się nie załatwia spraw...

Wynika z tego jedna konkluzja - wszystko zostało stworzone tylko i wyłącznie po to, żeby główni bohaterowie mogli mieć ze sobą w finale Poważną Rozmowę. Najwyraźniej też pani Okada była zbyt mocno przywiązana do stworzonego scenariusza, żeby go sensownie skompilować albo przekazać komuś do skorygowania. W efekcie łączenie stanowiska reżysera i scenarzysty odbiło się dla tej produkcji głośną czkawką. Ponadto widzę tu straszną fascynację wzniosłym patosem i wydumanymi dramami, czyli tym, czego szczerze nie znosiłam we wspomnianych na wstępie AnoHanie, Kiznaiverze czy Nagi no Asukara. Chciałabym się też przyznać do tego, że mam awersję do anime, przy których pani Okada pracowała jako scenarzystka i lubię te, gdzie odpowiadała tylko za kompozycję, więc rysuje się w tym jakiś stały trend (i to nie tak, że dla zasady nienawidzę kobiety). Rzecz jasna może mieć taki styl, z którym niekoniecznie jest mi po drodze, choć może być też tak, że po prostu za dużo się już tych schematów naoglądałam, żeby wciąż i wciąż dawać się w to wciągnąć bez najmniejszego "ale".

Niestety, nigdy się nie dowiadujemy, co się działo w tych "past few years" - nie wyjaśnia nam tego nawet bardzo mądra Dita.

 

Byłaś piękna jak poranek i pusta jak dzbanek, czyli o grafice słów kilka

Oczywiście jak przystało na widowisko kinowe, Sayonara no Asa jest filmem dopieszczonym i obfitującym w niesamowite sceny, które zależnie od momentu zapierają dech w piersiach lub sprawiają, że gęba sama się śmieje.  Znajdą się tu pejzaże z udziałem dzikiej przyrody, jak również lokacje skupione na zindustrializowanych rejonach, gdzie wielkie koła zębate wraz z buchającymi kłębami pary przypominają widoczki prawie że steampunkowe. Wszystko jest jakby żywcem wyjęte z katalogu "średniowieczne fantasy na każdą okazję, wiosna/lato 2018". Nie ma się jednak czemu dziwić, bo za szatę graficzną odpowiadali animatorzy z P.A.Works, czyli prawdziwa śmietanka robotnicza, która czego się nie dotknie, to zrobi to dobrze (nawet taką kupę jak Glasslip opakuje i udekoruje śliczną wstążką). Film można sobie ściągnąć w RAWie i cieszyć się nim z samego faktu, że ma się zestaw tapet do ustawiania na najbliższe dziesięć lat.

I tak - kreska jest piękna. Owszem, sekwencje scen takich jak pościg w wieży czy nawet proste obsługiwanie klientów w tawernie budzą zachwyt, ale... No, nie ze wszystkim spisano się na sto procent. Nie mogę bowiem zapomnieć o wykorzystanej grafice komputerowej, która umieszczona w pierwszym planie strasznie razi w oczy. A robienie tłumów z dość partackich modeli czy parady z plastikowym smokiem (lepszy był ten z masy papierowej, hahaha… haha…) to już taki trochę brak szacunku dla inteligencji widzów. I nie mówię tu wcale o wersji kinowej, gdzie zawsze można byłoby zwalić jakieś gorsze rozwiązania na napięte terminy. Na wyjście DVD czekano przecież osiem miesięcy!

Jak robi się za dużo ładnych rzeczy, to potem jeszcze bardziej widać te brzydkie.

Projekty postaci również są jak dla mnie dość mocno dyskusyjne, ale nie przez swoją uroczość, ale mimikę - czy raczej jej permanentny brak. Niewielkie oczy, niewielkie usta i praktycznie brak nosów (o ile nie mamy zbliżenia na twarz i postać nie stoi bokiem) sprawia, że ciężko jest cokolwiek odczytać z takiej twarzy.  Odnosi się przez to wrażenie, że a) wszyscy wyglądają tak samo, b) wszyscy są strasznie wyprani z emocji. Przy okazji - interesująca scena z "obłąkaną" Leilą traci na impakcie, a zyskuje na karykaturalności, bo ma się wówczas wrażenie, że do filmu nagle wbił jakiś totalnie obcy animator i tylko przelotnie spojrzał na projekty postaci, zanim zabrał się do działania. Oczy nagle robią się wielkie jak w KyoAni, usta doskonale i wyraźnie zgrywają się z głosem seiyuu, a włosy przestają być żywą reklamą Gliss Kura, a wyglądają zwyczajnie jak włosy.

Wszystko to sprawia, że Sayonara no Asa jest piękną bajką, ale kompletnie nietrafiającą do człowieka jako historia. To zbiór widoczków, które można sobie przeglądać dla odnalezienia inspiracji, ale absolutnie nie rzecz, która stawia bohaterów na pierwszym miejscu. Aż dziwne, prawda? Mamy tutaj bardzo konkretny, dość przyziemny nawet temat - miłość rodzicielską - a opakowane to zostało w takie stylizacyjne ozdobniki, że traci się z oczu pierwotny sens filmu. Niech za porównanie posłuży tutaj niezwykle podobne tematycznie dzieło, czyli Wilcze dzieci Mamoru Hosody. W historii od Hosody nie znajdziemy żadnego wzniosłego ubarwiania roli matki czy robienia z tego baśni, chociaż przecież w obu filmach mamy do czynienia z elementami fantastycznymi. W ogóle mamy tam mało dialogów, bo mnóstwo mówi nam (bardzo skromna skądinąd) animacja. Nie próbowano na siłę rozwijać wątków innych wilkołaków, jaka była ich geneza, nie skupiamy się na wszystkich historiach dookoła jak chociażby innych matkach czy ludziach z sąsiedztwa. Obserwujemy główną trójkę i to, jak sobie radzą, a nie jakieś grządki z pomidorami czy kołyszące się na wietrze drzewa. W Sayonara no Asa... nie wiem. Idiotyczność stylistyki doprowadza wręcz do tego, że żeby plakat promujący zgadzał się z sytuacją w filmie, przebrano główną bohaterkę w rzucającą się w oczy, kompletnie niepasującą do akcji białą sukienkę.

Zapraszamy do zgadywania, czy bohaterka jest zaniepokojona zniknięciem syna, czy może patrzy, jak ładnie kapie deszcz.

 

Granie na nerwach band, czyli posłuchajmy, co w filmie piszczy

W tym punkcie recenzji pozwolę sobie na krótką piłkę - soundtracku praktycznie nie słyszałam i jedyne, co pamiętam, to piosenka przy napisach końcowych. I tak, bardzo zwracam uwagę na udźwiękowienie, oraz nie, zwyczajnie nie miała się czym zachwycać. Nic mnie nie poruszyło, choć można to uznać za plus, że nic mnie z rytmu nie wybiło. Na bezrybiu i rak ryba, prawda? Może to wynikać z faktu, że sam film nie wywołał we mnie żadnych odpowiednich emocji, które muzyka mogłaby potęgować. Co najwyżej pewne znudzenie.

A spójrzmy, co tam się dzieje wśród seiyuu... Ych, tu też szału nie ma. Krim odnotowuje u mnie ogromnego minusa za bycie typowym Yukim Kajim, czyli setną wersją samego siebie w stanie sfiksowania emocjonalnego. Brakowało mi tu tylko jęków, że wybije każdego tytana co do nogi. Leila też wydawała się całkowicie sztuczna i jej Wielka Przemowa Pod Wpływem Depresji nie zrobiła spodziewanego wrażenia poza lekkim zażenowaniem, że brzmiała raczej jak postać wyciągnięta żywcem z dramatu Szekspira. Bo owszem, Kayano Ai jest niesamowicie zasłużoną aktorką, ma na koncie zarówno cieplutkie role (Akari z 3-gatsu), komediowe (Darkness z KonoSuby), jak i poważne (Alisha z Zestirii). Umie nawet zagrać jedenastolatkę jako Shiro z NGNL! Ale tu spłaszczono ją tak niesamowicie, że aż szkoda mi słów. Kiedy natomiast spojrzymy na Maquię, czy raczej na Manakę Iwami i jej dorobek... robi się już całkiem smutno. Bo Chiaki w Gamers! była moją najmniej lubianą postacią z głównej obsady, a jako Teresa z Tada-kuna miała spory wkład w to, że tę serię ostatecznie rzuciłam.


Jedyne sensowne cycki, jakich uświadczymy w tym filmie.

To już jest koniec, nie ma już nic - podsumowanie i konkluzja

Do tej pory myślałam, że jestem osobą miękką i rozklejającą się przy byle filmie (nawet na końcówce Kizumonogatari zrobiło mi się trochę smutno), więc jest mi w pewien sposób głupio, że z płynów ustrojowych to mam ochotę co najwyżej pluć, a nie ronić łzy. Logiką filmu chyba byłaby ze mnie dobra matka... Ostatecznie wyszło na to, że Sayonara no Asa jest widowiskiem przepięknym, ale niestety strasznie patetycznym i ogranym, a przebieg fabuły możemy przewidzieć już od samego początku. Wystarczy dodać do siebie powtarzane w kółko teksty "Iorphowie są ludem samotnym i jak się zakochają, to będą przez to cierpieć" oraz to, że Japończycy uwielbiają robić zakończenia, gdzie ktoś ginie/odchodzi w nieznane. Porządnego morału jednak nie uświadczycie, bo morał jest taki, że dobrą matką można być (Maquia), ale można też nią nie być (Leila). A można nawet w ogóle nie być (Starsza?).

I wiecie co? Chyba najbardziej z tego wszystkiego ruszyła mnie śmierć psa. Bo pies chociaż dostał odpowiednio dużo czasu i uwagi jak na swoją rolę.

Sayonara no Asa, wracaj do swojego lasa.