Druga część animowanego Doktora Kamienia, która została wyemitowana w sezonie zimowym 2021, minął niczym sen złoty, pozostawiając po sobie jedynie lakoniczną obietnicę kontynuacji gdzieś w bliżej nieokreślonej przyszłości. Na szczęście sądząc po zainteresowaniu, jakie seria wzbudzała mimo napakowanej do granic możliwości ramówki oraz zaangażowaniu w produkcję studia TMS Entertainment, które co jak co, ale umie kończyć to, co zaczęło (jak przy ReLIFE, Orange czy rebootowanym ostatnio Fruits Basket), można mieć niejako pewność, że prędzej czy później zobaczymy w ruchu Senku i ekipę podróżujących przez morza i oceany... ale jak tu utrzymać ciekawość na wodzy, skoro polskie wydanie mangi zdołało już przeskoczyć fabułę anime i stabilnie prze sobie do przodu, serwując co dwa miesiące kolejną dawkę shounenowych wariactw? No niedasie, po prostu niedasie. Płakać więc nie zamierzam, a tylko zacieszam, że możemy tak płynnie przejść z jednego medium na drugie, dostając dokładnie to, co naukowe tygryski lubią najbardziej - czyli kupę zabawy w inteligentnym, świetnie rozrysowanym wydaniu.



Tytuł: Dr. Stone
Tytuł oryginalny: Dr. Stone
Autor: Richiro Inagaki (scenariusz), Boichi (rysunki)
Ilość tomów: 21+
Gatunek: akcja, przygodowe, komedia, dramat, sci-fi, shounen
Wydawnictwo: Waneko
Format: 175 x 125 mm (standardowy)

Zima robi oczekiwany w tył zwrot, a drużynie z Królestwa Nauki wreszcie udaje się skonstruować telefon, który ma posłużyć bezkrwawemu zwycięstwu w wojnie toczonej przeciwko Imperium Tsukasy. Jedno z dwóch urządzeń musi zostać ukradkiem dostarczone do Taiju i Yuzurihy, jednak żeby było to możliwe, najpierw trzeba w jakiś sposób przechytrzyć pilnującą ich z bezpiecznej odległości Homurę. Ekipa dzieli się na dwie drużyny - pierwsza złożona z Gena (przewodnika), Chrome'a (naukowca) i Magmy (tragarza) ma zanieść telefon, natomiast Kohaku, Senku i inni przygotowują akcję dywersyjną, aby rozproszyć uwagę strażniczki. Gdy wśród drzew rozlegają się eksplozje, Homura automatycznie zakłada, że Królestwu Nauki udało się jakimś cudem pozyskać proch, dlatego postanawia to sprawdzić, zanim nie pobiegnie przekazać tej rewelacji Tsukasie. Okazuje się jednak, że był to podstęp wykorzystujący bomby - tyle że dźwiękowe - wykonane z jelenich pęcherzy napełnionych mieszanką wodoru i tlenu. I mogłoby się już wydawać, że wszystko idzie jak z płatka, a gdy Chrome i spółka biegną w kierunku siedziby Tsukasy, Senku z pomocą granatu błyskowego udaje się skutecznie uziemić Homurę... lecz niestety dla genialnego naukowca siła mięśni tym jednym razem okazuje się być dość kluczową zmienną.
 
Duże ilości bujnego koperku naraz

Nie sądziłam, że materiał, który w drugim sezonie anime zajął jedenaście odcinków wypakowanych zwrotami akcji i pokręconymi wynalazkami, w mandze skondensuje się do zaledwie... dwóch i pół tomu! Dodatkowo w żadnym z obu mediów nie czuć, że historia jest opowiadana za szybko lub została zbyt mocno rozwleczona. Co to to nie! Jasne, w anime pozwolono sobie na więcej swobody i uzupełnienie historii oryginalnymi scenami (przychodzi mi na myśl chociażby cała akcja ze znalezieniem skamieniałej siostry Tsukasy, gdzie dodano sporo interakcji między postaciami), ale to bardziej dodatkowe smaczki potrzebne do właściwego rozplanowania cliffhangerów w odcinkach niż konieczność połatania dziur pozostawionych przez duet autorów. Ten bowiem radzi sobie znakomicie z tworzeniem przygodowego shounena, w którym walki są ostatecznością, a nie celem samym w sobie. Akurat obijanie pysków jest tu względnie najnudniejszą częścią zabawy, no chyba że jest w nią zaangażowany Senku, próbujący nadrobić braki tężyzny pomysłowymi gadżetami.

Oho, Móżdżek chyba znowu planuje podbijać świat...

Do głównego trzonu bohaterów gromadzących się wokół Senku dołączają nie tylko dawno niewidziani Taiju i Yuzuriha (przy czym za tym pierwszym niekoniecznie tęskniłam, za to ta druga stała się z miejsca prawdziwą gwiazdą jeśli chodzi o zaplecze rzemieślnicze Królestwa Nauki). Pojawiają się także sojusznicy, którym nie w smak są metody Tsukasy próbującego zdusić w zarodku jakiekolwiek przejawy sympatii wobec starego porządku. Pierwsza przekabacona zostaje Nikki, czyli ogromna fanka twórczości Lilian Weinberg, której piosenki uratowały dziewczynę (w domyśle) przed zupełnym zatraceniem się w chuligańskie towarzystwo. Mimo olbrzymiej wrażliwości do muzyki Nikki pozostała jednak konkretną, krzepką babeczką, która umie walczyć w pierwszym szeregu z Taiju czy Magmą, a przy tym jest inteligentna i wie, jak rozmawiać z ludźmi. Drugą osobą jednoczącą siły z Królestwem Nauki jest Ukyo, łucznik wyborowy z genialnym słuchem wytrenowanym podczas pracy przy sonarze. Choć na pierwszy rzut oka może się wydawać, że walka nie jest mu straszna - w końcu ma wojskowe doświadczenie i umie strzelać - tak naprawdę jest ogromnym pacyfistą, który ani nie chce krzywdy żywych, ani nawet tych obróconych w kamień. A że Senku nie po drodze jest z zabijaniem kogokolwiek, tym bardziej że zapowiedział przywrócenie dawnej ludzkości w nienaruszonym stanie, dlatego Ukyo może odetchnąć z ulgą i pomóc tej stronie konfliktu, przy której będzie mógł postępować w zgodzie z samym sobą.

A jeden Senku to już całkiem niezły naukowy tłok

No dobra, skoro dwa i pół tomu z recenzowanych trzech to fabuła emitowanego zimą 2021 sezonu anime... to gdzie się podziewa brakująca połówka? Ano zaczyna się w niej akcja spoza anime, czyli teasowana na koniec ostatniego odcinka wyprawa na przeciwległy kraniec Ziemi w poszukiwaniu źródła petryfikujących promieni! I ponownie jak akapit wcześniej, ile dzieje się w tych kilku nowych rozdziałach, to aż głowa mała. Ekipa nie tylko przymierza się do projektowania i budowy łajby, ale też zyskuje kolejnych istotnych sojuszników, szuka złóż nowych surowców czy nawet... wzbija się w powietrze! Plan jednego urządzenia zaraz przebija kolejny, a otaczającym Senku ludziom - nie tylko z wioski Ishigami, ale też "współczesnym" nastolatkom - oczy co i rusz wyskakują z orbit. Na tym etapie historii chyba tylko budowa stacji kosmicznej byłaby dla bohaterów rzeczywistym wyzwaniem, a cała reszta wynalazków to tylko kwestia czasu, umiejętności i odpowiedniej liczby zasobów ludzkich. Chociaż nie, jest jedna sytuacja, która w rozpoczynającym się arcu absolutnie podbiła moje serce. Yuzuriha, która ma za zadanie utkać płótno, postanawia stworzyć z nadwyżki materiału współczesne ubrania i chociaż już młodzież z wioski Ishigami prezentuje się w nich bajecznie... to kadr z dziadkiem Kasekim, który pozuje w garniturze i ćwiekowanej biżuterii niczym zasłużona gwiazda heavy metalu, jest absolutnym szczytem kozactwa. Takiej stylówy nawet sam Kratos z God of War by się nie powstydził!

Bo przyjaciele zawsze ci pomogą... a prawdziwi przyjaciele w międzyczasie cię jeszcze porządnie obśmieją

Kiedy przypominam sobie swoje pierwsze nieudane podejście do lektury, aż trudno uwierzyć, czym ta seria stała się dla mnie obecnie. Dziś mogę jednak z dumą powiedzieć, że spośród mang wychodzących aktualnie w Shounen Jumpie, Dr. Stone'a kocham absolutnie najmocniej (bardziej nawet niż SPYxFAMILY, ale ustępuje mu tylko stażem). Jest w niej nie tylko mnóstwo oryginalności, ale i serca wkładanego w każdy aspekt opowieści, od kreacji bohaterów po rysunki czy kadrowanie. Olbrzymi szacun dla wszystkich zaangażowanych w ten projekt ludzi i aż dziw, że manga tak zabawna, dopracowana, wymagająca nie lada tęgiego researchu w wielu specjalistycznych placówkach mimo wszystko ukazuje się w tygodniku. No i co tu dużo mówić... o takiego kozackiego Robinsona Crusoe - a właściwie pełne królestwo Robinsonów Crusoe - całe życie nic nie robiłam.

Jestem na tym kadrze i bardzo mi się to nie podoba...

Za udostępnienie mangi serdecznie dziękuję wydawnictwu Waneko.