Rzeczpospolita babska - recenzja mangi Murcielago (tomy 1-5)

Człowiek jest ze mnie dość multigatunkowy i choć największą słabość mam do pozytywnych historii, naśmiewających się z wytartych motywów komedii oraz shounenów rozpisywanych na wiele setek rozdziałów, to wcale nie pogardzę dobrym romansidłem (pairingów wszelakich) czy soczystą siekaniną targetowaną do czytelnika przepisowo dorosłego. Rzadkim przykładem mang podpadających pod ten ostatni paragraf jest Murcielago, seria, która nie ma anime i przez to przeszła przez rynek trochę bez echa. Oczywiście sama nie jestem lepszym klientem, bo zainteresowałam się tą pozycją dopiero teraz, kiedy na sklepowych półkach pojawił się tom szesnasty z cyklu, a wszystkie inne Gangsty, Black Lagoony i inne DOGSy przeszły na długą bądź jeszcze dłuższą rekonwalescencję. No a to już coś znaczy, prawda? Wciąż tworzony seinen, który doczekał się całkiem pokaźnej liczby tomów i ma ostrzeżenie o przeznaczeniu dla czytelnika od osiemnastu lat? Trzeba to było wreszcie obadać!


Tytuł: Murcielago
Tytuł oryginalny: Murcielago
Autor: Kana Yoshimura
Ilość tomów: 17+
Gatunek: seinen, akcja, dramat, komedia, yuri
Wydawnictwo: Waneko
Format: 175 x 125 mm (standardowy)


Klin zwalczaj klinem, powiadają. A zatem nikt nie nadaje się lepiej do tropienia i eliminowania szemranych elementów marginesu społecznego jak wykwalifikowana i zarazem mocno niebezpieczna śmietanka tegoż marginesu. W końcu dzięki temu można upiec dwie pieczenie na jednym ogniu - w razie sukcesu zbrodniarz przechodzi swego rodzaju resocjalizację, działając w szczytnym celu na rzecz ochrony bezbronnych obywateli, a jeśli przez przypadek współpracujący z wymiarem sprawiedliwości morderca umrze... no cóż, to wtedy stanowi to tylko dopełnienie wcześniej wyznaczonego wyroku. W ten oto sposób Kuroko Koumori unika kary śmierci za zabicie ponad siedmiuset osób i zostaje wcielona do pewnej tajnej, podlegającej policji organizacji rządowej, która zajmuje się walką z najgroźniejszymi przestępcami. Dopomaga jej Hinako, z pozoru sympatyczna, wesoła licealistka o świetnym wyczuciu przestrzeni i doskonałych umiejętnościach prowadzenia pojazdów wszelakich. Oczywiście jak można się łatwo domyślić - nikt przez przypadek nie pomaga seryjnemu zabójcy w uskutecznianiu swojego fachu. Duet ten przyjdzie nam poznać podczas jednego z pomniejszych zadań, kiedy to muszą zająć się otumanionym przez narkotyki wrestlerem, który zaczyna zabijać niczego nieświadomych cywili.

Ciężko powiedzieć, czy to jeszcze barwny harem, czy może już szwadron najemników.

Muszę przyznać już na starcie, że fabuła w Murcielago nie tylko jedzie po bandzie, ale wyskakuje poza nią, wystawia ponad krawędź goły zadek i ochoczo kręci nim ósemki. Żeby było śmieszniej, to nigdy wcześniej nie miałam z tą serią do czynienia, ot, może kiedyś obejrzałam kilka stron skanów dla sprawdzenia kreski, ale jakoś nie zachęciła mnie ona na tyle, żeby od razu podjąć się zakupu w ciemno. Widząc jeno liczne gnaty i noże trzymane przez żeńską obsadę z kolejnych okładek wywnioskowałam, że to taki klimat babskiej Gangsty - no wiecie, najemnicy, szemrane interesy, sprzątanie kogo trzeba kiedy trzeba... Nie spodziewałam się jednak, że to będzie seria aż tak bardzo dla dorosłego odbiorcy. W sensie... AŻ TAK. Po pierwsze ścielący się tu trup rzadko kiedy wychodzi z opresji w jednym kawałku, a znacznie częściej jedna część korpusu będzie leżeć z dala od drugiej, po drodze fantazyjnie rozwlekając jelitka. Po drugie - reszta dostępnych na naszym rynku tytułów yuri to jest przy tym nic. Tu regularnie pojawia się seks w całej dosadnej okazałości i poza faktem, że nie ma bezpośrednich ujęć na genitalia, to nikt tu się nie certoli z jakimikolwiek niedomówieniami czy liliowymi metaforami. Nie! Tu są poślady, tu są cycki, tu są dzwoniące komórki robiące za wibratory. I nie powiem, ma czasami człowiek takie momenty, kiedy oczekuje od popkultury soczystego mięcha - czy to tego zastrzelonego, czy to tego wyprężającego się w sypialni.

Jak widać na załączonym obrazku - fach seryjnego mordercy idealnie sprawdza się jako zastępstwo tradycyjnego cardio.

Główna bohaterka - Kuroko Koumori - już od pierwszych rozdziałów jest kreowana na baaardzo niejednoznaczną postać. Niby jest niebezpieczną, sfiksowaną morderczynią, ale jednak profesjonalizmu i skuteczności odmówić jej nie można. Poza tym jest z niej niezły playboy (playgirl?), który nie przepuści żadnej ofie... znaczy, żadnej dziewczynie, dopóki nie zaprosi jej przynajmniej na małą domówkę z ewentualnymi widokami na upojnie spędzoną noc. Niby powinniśmy czuć do niej pewną odrazę, ale jednocześnie jest w swoich zachowaniach bardzo cool, o ile przystoi takie słownictwo w kontekście seryjnej zabójczyni, która nawet nie patrzy, czy przy okazji odwalanych akcji nie oberwie jakiś cywil. Wydaje się jednak, że za takim, a nie innym zachowaniem Koumori stoi coś więcej, a rozsypywane tu i tam okruszki wskazują, że przeszłość wciąż depcze po piętach naszej głównej bohaterki. Drugą kluczową postacią jest Hinako Tozakura - licealistka, która stanowi zabezpieczenie na wypadek gdyby Koumori wymknęła się spod kontroli. I choć może się wydawać, że naiwnie radosna dziewczyna jest czymś w rodzaju opiekuna bądź policyjnej partnerki, która wspomaga Koumori swoimi ponadprzeciętnymi zdolnościami operowania pojazdami kołowymi, to należy pamiętać, że nikt normalny nie zostałby przydzielony do seryjnej morderczyni (co mamy zresztą okazję zobaczyć w pełnej krasie w tomie trzecim). Zbieranina systematycznie poznawanych bohaterek przypomina taki Suicide Squad, tylko monopłciowy i zrobiony poprawnie - nie sztuką jest bowiem wykreować groźnych przestępców, ale znaleźć furtkę, aby skłonić ich do współpracy, która jednocześnie zaspokoi żądze zabijania.

Tu nie trzeba byle pistoletu, tylko co najmniej Rudego 102!

Może użyję dziwnego określenia - i to nie w pejoratywnym znaczeniu! - ale tutejsza kreska jest taka... taka bezczelna i prostacka. Z jednej strony za nic ma zasady anatomiczne, robiąc z Kuroko nieodrodną postać rodem ze starego Clampa, na dodatek hojnie obdarzoną miseczką I (tak powiadają w mandze, ale jak dla mnie jest to gruba literówka). Z drugiej jednak strony kreska jest w stanie w tak plastyczny sposób ująć ruch podczas walk czy leżące na chodniku wnętrzności, że sprawia to aż niezdrową radość. Zbyt duża dawka realizmu byłaby przesadnie ciężka, a znów pójście w pełen absurd zniweczyłoby oznaczenie 18+, które stanowi łakomy kąsek dla polskich fanów seinenów. Seria jest trochę jak świętej pamięci DOGSy z ecchi-posypką z Highschool of the Dead (uch, za ten zestaw porównawczy rozdrapujące stare rany ludzie mnie zlinczują...). Raczej nie jest to mój ulubiony rodzaj oprawy graficznej jeśli chodzi o mangi, ale nie będę się sprzeczać, że w takiej serii nastawionej na ostrą, bezpardonową, mocno niegrzeczną akcję sprawdza się zwyczajnie idealnie. Co najwyżej można by było popracować nad kolorami na okładkach, bo niekiedy postacie wyglądają na tak uproszczone, jakby były zaprojektowane dobre dwadzieścia lat temu. Tomiki numer 2 i 3, to na was głównie patrzę. Co jest tym bardziej dziwne, bo przecież ilustracje wstępne przedstawiające nagie bohaterki są zrobione naprawdę ze smakiem i odpowiednim, dopracowanym cieniowaniem.

A może zamiast streszczeń fabuły zacząć wam robić rysunkowe rebusy...?

Mangę wydano u nas w formacie standardowym oraz z pełną lakierowaną obwolutą - niby nic szczególnego, jednak warto zdradzić, że seria skrywa w sobie dwie intrygujące tajemnice. Pierwszą jest to, że na froncie logo tytułu jest za każdym razem zapisywane zupełnie innym fontem i kolorem. Ale nie martwcie się! Grzbiety są całkowicie ujednolicone, więc na półce będzie to wyglądać ładnie. Drugą ciekawostką jest natomiast fakt, że tomiki można złożyć w jeden długi obrazek na podobieństwo okładek w ReLIFE (jak już rozgryzę tryb panoramiczny w nowej komórce, to postaram się to ładnie ogarnąć). Każdy tomik rozpoczyna się od kolorowej strony, które razem składają się w spójną, zabójczo estetyczną, pozbawioną strategicznych detali serię damskich aktów - bardzo podoba mi się ten zabieg, bo ilustracje są bardzo pomysłowe i ładnie symbolizują to, o co w tej mandze chodzi. Jeśli chodzi o polskie tłumaczenie to wypada ono dobrze, bo zawiera trochę przekleństw, ale też nie jest zaśmiecone nadmiarem wulgaryzmów. Murcielago jest wydawane już kilka ładnych lat, więc nie dziwi mnie, że na poziomie wczesnych tomów onomatopeje są zrobione dość poprawnie, jednak bez oznak wybitności. Dobrze przedstawia to zdjęcie powyżej - niby wszystko gra, ale aż prosi się, żeby podzielić wyraz na bardziej naturalne w wymowie TA i DAM.

Piwniczana mądrość zawsze popłaca.

Murcielago jest ciekawym przypadkiem seinena, który przymila się do obu części czytelniczego gremium. Panowie odnajdą tu ostrą akcję i liczną gromadkę piersiastych babeczek do podziwiania, a znów panie ucieszy fakt, że w obsadzie dominują nie przekombinowani samce alfa, tylko charakterne kobitki, dokładnie takie jak my (uwaga, uwaga - podane argumenty można dowolnie mieszać i rozdzielać wedle gustu, nie patrząc na to, co akurat posiada się w majkach). Nie polecałabym jej natomiast osobom, którym próg wrażliwości jest ustawiony na raczej niskim poziomie i nie akceptują np. robienia obrazowych aluzji do seksualnego zniewolenia kilkuletnich dziewczynek. Tak jak już wspominałam, seria mocno balansuje na krawędzi i momentami jest już całkiem blisko przekroczenia granicy dobrego smaku. Jednocześnie jakoś się wybacza te wybryki, mając na względzie to, że nie mamy tu do czynienia z kryształowo czystymi i niewinnymi bohaterkami - bo przecież winne to one są z absolutnym poparciem sądu. Jako rozluźniająca rozrywka w zastępstwie nieobecnych w kinach blockbusterów akcji sprawdzi się więc znakomicie.

Mam dokładnie tak samo z każdą urodzinową bombonierką!

Za udostępnienie mangi serdecznie dziękuję wydawnictwu Waneko

Publikowanie komentarza

0 Komentarze