Nie ma tego złego, co by na główną bohaterkę nie wyszło - recenzja mangi Odrodzona jako czarny charakter w grze otome (tom 1)

Isekaje nie mają na naszym rynku łatwego życia. Lwia ich część jest oryginalnie taśmowo produkowanymi, niekończącymi się light novelkami, a zatem i szanse ich wydania stały się w ostatnich latach zastraszająco niskie. Na szczęście w sukurs idą mangowe adaptacje, które z roku na rok prezentują coraz wyższą jakość - można tu chociażby wspomnieć o Odrodzonym jako galareta, którego treść w niczym nie ustępuje anime, Overlordzie, który miał jeszcze tyle szczęścia, że doczekał się obu wersji, czy czytanym po angielsku Honzuki no Gekokujou, ślicznym i opisującym nadprogramowe treści, które nie zmieściły się w anime. Jasne, co oryginał to jednak oryginał, nikt tu nie chce ujmować chwały pisarzom LNek, ale jakoś tak milej się żyje, kiedy wiadomo, że zawsze można jeszcze liczyć na wydanie wersji mangowych, które coraz częściej powstają przed odniesieniem sukcesu przez anime lub zabierają się za nie naprawdę uznani twórcy, jak np. Oh! Great rysujący Bakemonogatari (nie isekaj, ale też działa pokrzepiająco). Nie to, co jeszcze nie tak dawno działo się z wielkimi animcowymi hitami, nie przymierzając daleko - Sword Art Online i jego mangową adaptacją... brrrr! I tak oto na tym bezrybiu, tuż przed emisją wiosennego anime, pojawił się rak w postaci zapowiedzianej przez Waneko serii Odrodzona jako czarny charakter w grze otome (której dalszego tytułu nie będę przywoływać w ramach ograniczania i tak zastraszającej liczby znaków w tej recenzji). Czy to oznacza, że twórcy tej mangi mieli swój własny pomysł na tę opowieść? Chętnie to sprawdzę!



Tytuł: Odrodzona jako czarny charakter w grze otome, gdzie wszystkie ścieżki prowadzą do złego zakończenia
Tytuł oryginalny: Otome Game no Hametsu Flag shika nai Akuyaku Reijou ni Tensei shite shimatta...
Autor: Satoru Yamaguchi (scenariusz), Nami Hidaka (rysunki)
Ilość tomów: 5+
Gatunek: komedia, fantasy, romans, harem, okruchy życia
Wydawnictwo: Waneko
Format: 195 x 135 mm (powiększony)


Zarwana na grze nocka, pośpiesznie wciśnięte w paszczę śniadanie, poranny sprint z domu do szkoły... i bach! Ciężarówka-kun nie zna litości dla głównych bohaterów młodzieżowych serii, uwielbiając pozbawiać ich życia i transportować do równoległych światów. Jednak - po kolei. Catarina jest ośmioletnią szlachcianką, córką niezwykle poważanego w towarzystwie księcia Claes. Pewnego dnia podczas spaceru u boku królewskiego syna potyka się i zalicza brawurową glebę. Na tyle brawurową, że pod wpływem uderzenia w jej głowie odżywają wspomnienia z poprzedniego życia, kiedy to była zwykłą, niewyróżniającą się, ale za to energiczną i sympatyczną licealistką, która skończyła tragicznie pod kołami zawistnego Ciężarówki-kuna. W tym samym czasie książę Geordo, który czuje się odpowiedzialny za niedopilnowanie towarzyszki spaceru i narażenia ją na uszczerbek w postaci blizny na czole, postanawia wynagrodzić krzywdy poprzez poproszenie Catariny o rękę. Ta niewiele rozumiejąc - bo jest zbyt skupiona na odżywających wspomnieniach - zgadza się na propozycję, a potem z przerażeniem ogarnia, że zbyt wiele faktów z obecnego życia kojarzy jej się z czymś znajomym... czymś miłym, ale też mocno niepokojącym... po czym wreszcie zauważa, że świat, do którego trafiła, jest wierną kopią Fortune Lover, gry randkowej, w którą grała niedługo przed śmiercią. I może nie byłaby to wcale taka zła opcja, gdyby po spojrzeniu w lustro nasza bohaterka nie upewniła się, że żadna z niej nieśmiała heroina podbijająca serce reverse-haremu, ale główna rywalką, dla której scenarzyści nie przygotowali żadnego znośnego zakończenia.

Pocztóweczko, powiedz przecie - kto jest największym złodupcem na świecie?

W sumie streszczenie fabuły z pierwszego rozdziału nie było tu jakoś szczególnie potrzebne, bo jak to mamy w zwyczaju w isekajach - cały kluczowy gimmick jest wyjaśniony bezpośrednio w tasiemcowatym tytule zajmującym jedną trzecią okładki. Zatem mamy naszą tysiąc pięćset sto dziewięćset odsłonę isekaja. Czy w ogóle jest się czym zachwycać? Czy to się jakkolwiek wyróżnia od innych, masowo produkowanych serii uśmiercających nastolatków i wysyłających ich do magicznych krain? Odpowiem na to... a i owszem! Motyw utknięcia w świecie bliźniaczo podobnym do gry nie jest absolutnie niczym nowym - w końcu na tym jechały wszystkie SAO, Overlordy, Log Horizony i inne - ale wyraźnym nowum jest tutaj fakt, że chodzi o grę otome, a główna bohaterka zamiast cieszyć się pozycją idealnej Mary Sue musi mierzyć się z konsekwencjami bycia villianem. Takie trochę Oszukać Przeznaczenie, tylko na zabawną modłę i z pełnym haremem w pakiecie. Takie założenia świata sprawiają, że autorka mogła swobodnie zabawić się znanymi powszechnie rozwiązaniami, robiąc sobie z tego albo żarty, albo niezwykle rozczulające sceny. Catarina jest w tej niekorzystnej pozycji, ponieważ zaczyna z poziomu "jak dorosnę, ludzie będą chcieli mnie zgładzić albo zafundować wygnanie z kraju" zamiast nudnego "jestem taka piękna i utalentowana, że aż nieświadomie przyciągam miliony adoratorów". Musi więc od dziecka ciężko pracować, żeby uniknąć najgorszego losu, a przy okazji być w dobrych stosunkach z pozostałymi postaciami. Jej starania mają konkretne podłoże i przez to wydają się bardzo realistyczne - coś jak trzymanie sztamy z koleżankami i kolegami ze szkoły, żeby tylko nie narazić się na wykluczenie. Niby nikt nie ma wówczas dwulicowych intencji, ale też każdy stara się być trochę bardziej fajny i uprzejmy niż chociażby w domu. 

Niekontrolowane spożywanie znacznej ilości kalorii brzmi jak bardzo łatwa do zaliczenia ścieżka zagłady... wszystkich ubrań w szafie...

Choć manga powstawała niezależnie od anime (i to bardzo niezależnie - manga rozpoczęła publikację w 2017 roku, a anime dopiero co zakończyło emisję w sezonie wiosennym 2020), to odniosłam wrażenie, że adaptuje nieco mniej materiału niż udało się to w serii telewizyjnej. Widać to chociażby po samiutkim początku. W anime mamy okazję zobaczyć oryginalną, wredną Catarinę, natomiast manga wprowadza nas w sytuację bardzo pospiesznie i powiedziałabym nawet, że odrobinę nieumiejętnie. Na szczęście był to jedyny moment, kiedy odczułam, że wiedza z anime uratowała mi kwadrans życia, który normalnie musiałabym poświęcić na układanie klocków fabuły w swoim mało pojętym rozumku. Z drugiej strony dobrze się stało, że praktycznie cały tom przeznaczono na wydarzenia z dzieciństwa, kiedy to Catarina zapoznawała się z kolejnymi "bohaterami gry" (poza samą protagonistką). Ładnie zamyka to ten uroczy etap historii, zanim wątki romansowe zaczną grać może nie pierwsze skrzypce, ale taki pierwszy bęben albo chociaż pierwszy flet na pewno. Plusem tworzenia mangi w oddzieleniu od anime jest również to, że nie mamy tu do czynienia z powieleniem scen jeden do jednego, a to jednak zawsze daje odrobinę inne spojrzenie na fabułę, filtrowane przez wyobraźnię pani Nami Hidaki, rysowniczki Odrodzonej (btw jak to dobrze, że na rynku mamy tylko Odrodzonego jako galaretę i Odrodzoną jako czarny charakter, bo zabrakłoby mi gramatycznie samodzielnych skrótów dla tytułów).

No mówiłam, że ta Ciężarówka-kun miała tym razem wyjątkowo kiepski dzień na przywracanie licealistów do życia.

A teraz czas na kącik rozczuleń nad bohaterami! Muszę przyznać z niemałym uśmiechem na twarzy, że Catarina - póki co w wersji dziecięcej - jest naprawdę miłą, zmyślną, równą dziewczyną. Kiedy chce, umie się wpasować w szlachecki świat i zna etykietę, ale też nie ma problemów z tym, żeby powspinać się dla hecy na drzewa czy pouprawiać grządkę z bakłażanami. Dodatkowo podejmuje naprawdę racjonalne kroki, aby uniknąć złych zakończeń i nawet jeśli zrozumie coś opatrznie (jak myśl, że uprawianie pola pomoże jej zwiększyć magiczne moce ziemi), to jej działania wciąż są przydatne (uprawa roli może przydać się na wygnaniu, wiec back-up plan jak znalazł). Dla mnie Catarina ma znacznie więcej charakteru niż bohaterki Amnesii, Brothers Conflict i Diabolic Lover razem wzięte i pomnożone przez dwieście tysięcy (bo zero razy cokolwiek to wciąż okrągłe zero). No i wielki szacun za wielką miłość do książek! Nikt, kto lubi czytać, nie może być złym człowiekiem. Pozostała gromadka jest tak liczna, że trochę ciężko mi się do każdego odnieść w sposób oddający całą sprawiedliwość, dlatego chronologicznie skupię się na Geordo. Podzielam opinię Catariny na temat dość szemranych pobudek tegoż młodzieńca, ale przekornie jest to postać, której zmiana jest najbardziej subtelna i jednocześnie znacząca. Tak, wciąż jest odrobinkę sadystyczny (kiedy idzie się poskarżyć księżnej Claes) i lubi uwodzić (póki co buziakami w dłoń), ale jego pobudki są już bardzo szczere, a dodatkowo zdaje się lubić mało arystokratyczne fanaberie narzeczonej, nierzadko pomagając jej np. przy uprawie warzywek. Może nie jest to mój numer jeden jeśli chodzi o potencjalnych kandydatów do zdobycia serca Catariny, ale jestem pewna, że w obecnym stanie na pewno dbałby o nią jak o prawdziwą księżniczkę. 

A było nie żreć tyle ciastek!

Jak wspomniałam to na wstępie, cieszę się, że do takich projektów nie zatrudnia się już pierwszych lepszych ludzi z łapanki i nawet jeśli w projekt angażują się zupełnie świeży twórcy, to jest to dla nich bardziej sposób wybicia się, a nie kurs rysowania. I to najlepiej szybkiego, żeby zdążyć wydać kolejny produkt, zanim hype po anime ostygnie. Ten przypadek jest jednak o tyle ciekawy, ponieważ za wizualną stronę mangi odpowiada dokładnie ta sama rysowniczka, która zajmuje się ilustracjami w oryginalnej light novelce Odrodzonej (no a za scenariusz odpowiada oczywiście pani Satoru Yamaguchi, autorka pierwowzoru). Tym oto sposobem oba warianty - książka i manga - są sobie praktycznie równoważne, tylko w jednej większy nacisk położono na tekst, a w drugim na rysunki. Mimo to można uznać panią Hidakę za swego rodzaju debiutantkę, ponieważ do tej pory zajmowała się wyłącznie ilustrowaniem LNek, a Odrodzona to pierwsza pełnoprawna manga z kadrami, rozdziałami, dymkami i w ogóle. A to jednak zupeeeełnie inna para kaloszy niż robienie pojedynczych splash page'y co kilkadziesiąt stron. Niemniej pani Hidace udało się wyjść z tego pojedynku zwycięsko. Choć tekstu jest tu całkiem sporo (wyobrażam sobie męki wycinania dialogów z książki), a lektura starcza na ponad dwie godziny spokojnego dziubdziania, to manga jest zrobiona bardzo fachowo i z dbałością o rozkład fabuły.

Jestem o kilka wieków za młoda na takie równouprawnienie!

Polskie wydanie otrzymało od Waneko powiększony format, to z jednej strony może dziwić, bo rysunki aż tak szczegółowe jednak nie są, lecz wydaje się to całkowicie zrozumiałe pod kątem ilości tekstu. Obwoluta jest w pełni błyszcząca - troszkę szkoda, że nie pokuszono się o lakier wybrany, no ale chyba zostałam ostatnio za bardzo rozpieszczona. Projekt okładki wydaje się bardzo w porządku, szczególnie patrząc na nią przez pryzmat tego, co Japończycy uwielbiają robić z długimi tytułami isekajów (podpowiedź: faszerują je przeróżnymi fontami, wielkościami znaków i kolorami). Odrodzona miała oryginalnie aż trzy kolory, ale na szczęście Waneko ograniczono je do dwóch, na dodatek użytych z rozwagą, do podkreślenia czterech kluczowych dla fabuły słów. W środku znajdziemy dwa ciekawe elementy: kolorową stronę, którą wykorzystano również przy stworzeniu pocztówki dodawanej do zakupów pierwszego tomu w sklepie Waneko, oraz bonusowy rozdział light novel, stworzony przez Satoru Yamaguchi. To taka namiastka oryginału dla spragnionych LNek oraz próbka możliwości tego, jak wyglądałaby książka na naszym rynku. I choć mam mnóstwo szacunku do autorki i jej talentu, to jednak cieszę się, że w Polsce wydano mangę, bo takiego stężenia damskiej narracji pierwszoosobowej raczej nie zniosłabym na trzeźwo. Druk mangi jest ładny i bardzo wyraźny, choć nie ustrzeżono się od błędów w postaci łupieżu - na zaledwie kilku stronach, ale za to całkiem wyraźnego. Edycja wykonała odpowiednią robotę, a zastosowane onomatopeje, mimo że są całkiem proste i niespecjalnie przykuwają uwagę, to w pełni pasują do charakteru historii.

Chociaż skoro już o równouprawnieniu mowa...

Odrodzona jako czarny charakter w grze otome to manga dająca masę czystej rozrywki. Nie nazwałabym jej pełnokrwistym romansem, nawet jeśli akcja dzieje się w świecie rodem z gry randkowej. Catarina skupia się na przeżyciu i na utrzymywaniu zdrowych relacji (co oczywiście będzie też zahaczać o znacznie cieplejsze uczucia), zatem jest to przede wszystkim sympatyczna przygodówko-obyczajówka okraszona hojną dawką uroku i humoru sytuacyjnego. Manga powinna trafić w gust tych, którzy mają gorszy dzień albo tak po prostu preferują komedie romantyczne w stylu Miłość to wojna czy Mistrza romansu Nozakiego - czyli takie, w których uczucie rodzi się w bólach, ale za to na tle zabawnego, charakterystycznego motywu przewodniego. Widzowie, którzy znają już fabułę z anime, z jednej strony mogą być zawiedzeni brakiem jakiegoś dodatkowego materiału, ale z drugiej wartością dodaną jest tu strona wizualna, stojąca zupełnie na własnych nogach i pokazująca znane sceny w nowej odsłonie. A, no i jeszcze jedno - pierwsze cztery tomy będą stanowić zamkniętą historię zawartą w pierwszym sezonie anime, więc nie żeby coś, ale wydaje mi się, że to może być taki idealny, mały, kompaktowy isekaj do kolekcji.

...to każdy znajdzie dla siebie coś miłego~

Za udostępnienie mangi serdecznie dziękuję wydawnictwu Waneko

Publikowanie komentarza

0 Komentarze