Z kamerą wśród zwierząt - recenzja mangi Fruits Basket (tomy 2-3)

Tak sobie myślałam i myślałam, i wreszcie doszłam do wniosku, że w sumie dobrze by było przypomnieć sobie fabułę Fruits Basket tuż przed rozpoczęciem drugiego sezonu (btw jak ktoś oglądał tylko wersję z 2001 roku, to teraz wreszcie doczeka się prawilnej kontynuacji). No co? Skleroza nie boli, a przy tej ilości napływających produkcji wszelkiego kalibru nie sposób nie zgubić się w natłoku imion i wątków. Ale żeby znów przedzierać się przez te 25 odcinków...? Nie, nie, nie, panie kochany, królu złoty - za stara już jestem na takie dzikie maratony. Dopiero co skończyły się zimowe serie, właśnie zaczynają się wiosenne, a ciąży na mnie jeszcze obowiązek nadrobienia dwóch sezonów Oregairu. Ale manga? No... no manga do podusi to już będzie jak znalazł. Znaczy, teoretycznie do podusi, bo tomiki pięknie wydanego Collector's Edition Furuby to kawał solidnego kloca jest i nie polecam trzymać takiej książki tuż nad głową, kiedy leży się w łóżku... Może zaboleć, a zapisywanie się na operację zmiażdżonego nosa nie jest w tym momencie szczególnie wskazanym działaniem...


Tytuł: Fruits Basket
Tytuł oryginalny: Fruits Basket
Autor: Natsuki Takaya
Ilość tomów: 12
Gatunek: shoujo, komedia, romans, dramat, psychologiczny, szkolne życie, supernatural
Wydawnictwo: Waneko
Format: 195 x 135 mm (powiększony)


Szkolne dni w liceum Kaibara lecą sobie pogodnie i nawet dość leniwie, przynajmniej do momentu, aż coś nie postanowi zmącić tego spokoju. Tym razem zaczątkiem nowych tarapatów okaże się szkolny maraton, w którym Kyo dopatruje się szansy na wygranie pojedynku między nim a Yukim. Na nieszczęście Yuki przejawia pierwsze oznaki morderczego przeziębienia, co od razu powinno  dyskwalifikować goz całego tego przedsięwzięcia... o ile oczywiście Kyo by na to pozwolił. Ale nie, nie pozwoli, a nawet celowo podjudza Yukiego, wjeżdżając mu przy okazji na honor. Tak oto nadchodzi sądny dzień, bieg się rozpoczyna, chłopcy dają z siebie wszystko i - bo cóż by to była za fabuła bez kilku nawarstwiających się przeciwności losu - na drodze pojedynkujących się licealistów staje nieznajomy czytelnikom chłopak, który okazuje się należeć do rodu Soma. Hatsuharu, bo tak nazywa się nowy młodzian, przybył spotkać się z Kyo celem podjęcia małego, męskiego sparingu. Ech, ta niegdysiejsza młodzież. Tylko bójki im były w głowach. Tymczasem Yuki wraz z Toru, która pojawiła się w międzyczasie i jako pierwsza znalazła na poboczu Hatsuharu, robią za widownię całego zajścia. Z jednej strony chcieliby powstrzymać walczących (Toru), z drugiej wiedzą, że to nic nie da (Yuki). I nie wiadomo, ile by jeszcze tak sobie stali i dywagowali, gdyby znać o sobie nie dał zupełnie inny, cichy aktor: przeziębienie Yukiego...

W czasach kwarantanny nie trzeba się wcale wybierać do zoo - bo zoo może zawitać w naszych własnych progach.

Podobnie jak miało to miejsce w tomie pierwszym, tak i w dwóch kolejnych powoli zapoznajemy się z nowymi postaciami, wśród których znaczącą rolę odgrywają członkowie rodu Soma - zarówno ci, którzy noszą w sobie dusze Znaków Zodiaków (aż dziw, że wciąż pozostali jeszcze jacyś nieodkryci), jak i niekoniecznie. Mieliśmy okazję spotkać między innymi rodzinę Momijiego, brata Hanajimy, mamę nieznanego jeszcze Zodiaku, mistrza, który wychowywał i uczył małego Kyo sztuk walki, spanikowaną redaktorkę Shigure i tak dalej, i tak dalej... Obsada nie tylko jest przebogata i przebarwna, przez co tworzy świetny drugi plan, ale każdy ma swój osobisty wątek, nawet jeśli zamyka się w obrębie jednego bądź dwóch rozdziałów. Częściej jednak wychodzi się poza to i historie poszczególnych postaci zaczynają się ze sobą mocniej splatać - tak dzieje się chociażby z Hatorim, na którego autorka zdaje się mieć jakiś większy, miłosny plan (prawdopodobnie z wychowawczynią Toru), albo z Momijim, który z kręcącego się po kątach grzdyla wyrósł na swego rodzaju... mentora od spraw życiowo-filozoficznych? Nom, ja również jestem zaskoczona, w jaką stronę się to rozwija, ale pewnie dlaczego poczynania akurat tych dwóch postaci świetnie mi się obserwuje i aż nie mogę się doczekać ich dalszych występów.

Pakiet przystojniaków na wynos poproszę!

Jako że trzeci tom niemal zrównał się fabułą z końcówką pierwszego sezonu odświeżonego anime (czy tam starszej wersji z 2001 roku), moje stanowisko odnośnie Kyo i Yukiego niespecjalnie się zmieniło. Widzę w Kyo jakieś zalążki Dobrej Zmiany, ale wciąż jest to bardzo antypatyczny, głośny, buńczuczny chłopak, który na wszystko dookoła reaguje niesamowitą agresją i tylko w stosunku do Toru jest nieco łagodniejszy i bardziej rozważny w słowach. Widać, że zależy mu na tej relacji i docenia to, że dziewczyna nie jest do niego w żaden sposób uprzedzona - w końcu chciała się urodzić w Roku Kota - ale szkoda, że Kyo zachowuje się aż tak bardzo wybiórczo. Nie wiem też, czy na dłuższą metę będzie potrafił utrzymać dwa tak sprzeczne oblicza i żyć w równowadze (bo nie w zgodzie) z wszystkimi, którzy go otaczają. Po drugiej stronie medalu mamy natomiast Yukiego, czyli przystojnego, wiotkiego, melancholijnego księcia, który mierzy się z traumą z dzieciństwa. Rozumiem, że chodzące ideały z mhrocznymi tajemnicami nie każdego kupują (mnie też nie), ale jakoś znacznie łatwiej jest mi go zrozumieć, bo za jego fobię odpowiada oprawca, który wciąż istnieje i jeszcze manipuluje wszystkim z oddali. Uch, nie cierpię Akito za to, jak wielu ludziom napsuł krwi i jak z każdym tomem lista jego ofiar się powiększa. Automatycznie daje mi to plus dziesięć do polubienia dręczonych przez niego bohaterów, w tym właśnie i Yukiego. Jednocześnie Yuki o wiele wyraźniej przełamuje swoje lęki i kiedy docieramy do historii małej Kisy, to Yuki jest w stanie wyjść ze swojej strefy komfortu i otworzyć się na większe grono osób niż tylko Toru. Wybaczcie, ale dla mnie ten pojedynek o naczelny ship całej serii jest na razie pieruńsko prosty do roztrzygnięcia i dlatego z całego serca kibicuję Yukiemu w znalezieniu szczęścia u boku Toru.

Bohaterowie, w przeciwieństwie to bardziej standardowych shoujo, wyciągają wnioski i zmieniają swoje podejście do innych.

Odchodząc jednak od głównych bohaterów i ich trójkąta miłosnego, to najlepszą postacią Fruits Basket, która całkowicie zdobyła moje serce (przynajmniej na tę chwilę) jest... Momiji. O dziwo zrobił na mnie bardz słabe pierwsze wrażenie i stawiałam raczej, że będzie to wykapana kopia Honey-senpaia z Ouran High School Host Club, tylko jeszcze bardziej dziecinna i naprzykrzająca się w losowych momentach. Podejście do postaci Momijiego zmienia się jednak w momencie, gdy dowiadujemy się o jego przeszłości i sytuacji rodzinnej. Jak dobrze już wiadomo z fabuły, kiedy ktoś ze Zodiaków zostanie przytulany przez płeć przeciwną, automatycznie zamienia się on w zwierzę... do czego zalicza się również, niestety, matka próbująca objąć swojego nowo narodzonego synka. Jak to przyznał sam Momiji, jedna osoba będzie otaczała takie "magiczne" dziecko chorobliwą troską, a druga... cóż... z czasem zwyczajnie popadnie w obłęd, bo nie będzie w stanie poradzić sobie z faktem, że urodziło się dziwoląga. I o ile przy dramie z Hatorim całą winę za pogorszenie się stanu psychiki jego narzeczonej należy zrzucić na Akito, tak już stan mamy Momijiego jest wynikiem zwykłego, nieszczęśliwego przypadku. Człowiek jest przez to tym bardziej bezsilny, bo nie może nikogo obarczyć za nic winą. Dodatkowo krok, na jaki Momiji się zgodził, mając zaledwie kilka lat, okazał się aktem największego poświęcenia. Nawet jeśli dawniej nie był do końca świadomy tego, jak bolesne okaże się to w skutkach, to obecnie chłopak kroczy przez życie z uniesioną głową i nie żywi do nikogo żadnych pretensji zamiast przeklinać los i angstować w ciemnym kącie (jak to uwielbiają robić inni członkowie rodu Soma). No i jak tu nie podziwiać takiego cichego herosa, który sam często oferuje wsparcie innym postaciom?

Protect this smile...!

Więc tak, fabuła miewa swoje wyżyny i depresje, ale przy tych dobrych rozdziałach potrafi naprawdę mocno chwycić za serce. Oprawa graficzna też przestała mi jakkolwiek przeszkadzać. Możliwe nawet, że tak długo wpatrywałam się w te rysunki, że obecnie kreska wydaje mi się naprawdę urocza i miła do śledzenia. Czasami miewam też wrażenie, że sposób rysowania twarzy postaci przypomina trochę Vampire Knighta (w czym króluje jasnowłosy Yuki... hmm... czyżby przypadkowa zbieżność imion? a może niekoniecznie?). Dla równowagi nie będę za to ukrywać, że tutejszy humor w znacznej części mi nie siada, przynajmniej nie w tej oldschoolowej formie (w anime jakoś to leci). Agresywne zachowanie Kyo i Kaguyi jest już szczególnie niedopuszczalne, bo często zostaje sprowadzane do powtarzalnego gagu albo do cechy charakteru, którą inne postacie po prostu zaakceptowały. Oczywiście. Bo każdy nieokrzesany, poharatany bad boy ma od razu +100 do bycia cool i to wcale nie tak, że identycznie zachowują się przepici faceci po pięćdziesiątce, którzy żyją w patologicznych rodzinach i codziennie katują swoje żony. Wdech, wydech... No nic. Mam tylko cichą nadzieję, że kiedyś ten typ tsundere ulegnie kiedyś całkowitej anihilacji, a postacie będą walczyć wyłącznie na słowa, nie na pięści.

Wciąż nie wiem, czy Toru jest taka wyzwolona, czy raczej myli słowo "randka" ze "spacerem"...

Te dwa nowe tomy Furuby służyły głównie do żmudnego budowania szkieletu świata przedstawionego: tu wprowadzono kolejną postać, tam opowiedziano o przeszłości znanego już bohatera lub bohaterki, gdzie indziej pociągnięto jakiś leciutko napoczęty wątek... Odniosłam przez to wrażenie, że fabuła - zamiast przeć do przodu - bardziej wydeptuje sobie odpowiednio duże pole do dalszego popisu. Czy będzie za tymi działaniami stało coś więcej i czy można w takim razie liczyć na jakieś Fruits Basket: Endgame, kiedy to do akcji włączy się naraz pełne dwanaście Znaków Zodiaków? No, jeszcze parę stworków nam do tego Pokedexa brakuje, więc nie liczę na to szybciej niż w okolicach szóstego-siódmego tomu. Na razie Fruits Basket to historia mało romantyczna, choć oczywiście pewnym licealistom czasem wymknie się jakiś intensywny rumieniec, kiedy spojrzą na główną bohaterkę. W zamian znacznie więcej uwagi poświęca się tu problemom bohaterów i ich zmaganiom z odrzuceniem przez otoczenie. Wątek Kisy bardzo przypomina to, co działo się z klasą Hiny z Marcowego lwa (i tak samo krajało mi się wtedy serce), a znów sytuacja Hanajimy i wsparcie jej rodziny są niesamowicie pokrzepiającym przykładem wspaniałych bliskich (cholerka, chciałabym mieć takiego młodszego brata). Proszę, nie dajcie się zwieść tagowi "shoujo" i choć Furuba ma pewne naleciałości tego gatunku sprzed dwudziestu lat, to jednocześnie jest pełnoprawną, głęboką obyczajówką o dorastaniu.

No ba! Ktoś musi!

Za udostępnienie mangi serdecznie dziękuję wydawnictwu Waneko.  

Publikowanie komentarza

0 Komentarze