Czemu warto mieć dobrą rękę do kart - recenzja mangi Card Captor Sakura (tomy 5-7)

Kontrolowanie dawkowania cukru jest w obecnej sytuacji sprawą szczególnie trudną, no bo nie dość, że nie ma gdzie tego potem spalić (a przynajmniej lepiej ograniczać się z ćwiczeniami na świeżym powietrzu do bezpiecznego minimum), to jedzenie wydaje się jedną z nielicznych dostępnych w domu rozrywek. Ale jeśli cenicie sobie cukier także w tej niematerialnej formie, to w trosce o stan boczków można go zaspokoić podczas lektury Card Captor Sakura. Piękne, perłowe obwoluty przywodzą na myśl powierzchnię landrynek, a rumiane niczym jabłuszko w karmelu oblicze głównej bohaterki zaspokoi gusta koneserów loli urody. Pycha! Warto się też jednak przygotować na sporą dawkę romansowej pikanterii, salty odzywek Toyi (no bo starsi bracia już tacy są) oraz odrobinę goryczy przy kilku zwrotach akcji. Ale spokojnie, wszystko to jest podane w lekkostrawnej formie, która tylko podsyci apetyt na więcej. No to co? Trzy nowe tomiki Card Captor Sakury na wynos poproszę!


Tytuł: Card Captor Sakura
Tytuł oryginalny: Card Captor Sakura
Autor: CLAMP
Ilość tomów: 12
Gatunek: shoujo, akcja, fantasy, komedia, dramat, szkolne życie, romans
Wydawnictwo: Waneko
Format: 195 x 135 mm (powiększony)


Ufff! Czas na mały odpoczynek od zbierania magicznych kart Clowa Reeda i ratowania świata od zagłady! Sakura wraz z rodzinką, ukrytym w bagażu Kerusiem oraz przygarniętym przy okazji Yukito wyruszają na wypad za miasto, kierując się w stronę wypożyczonego od znajomego pana Kinomoto domku letniskowego. Jako że Sakura jest w tym gronie wyjątkowo odstającym damskim rodzynkiem, dlatego część wolnego czasu spędza samodzielnie, spacerując po okolicy i podziwiając okoliczną architekturę... wtem! Podczas oglądania polecanej przez tatę willi natyka się na siedzącego w ogrodzie starszego pana, który zaprasza Sakurę na herbatę. Wizyta szybko zmienia się jednak w cały cykl spotkań, a podczas kolejnych odwiedzin staruszek z rozrzewnieniem napomina, że czuje się tak, jakby jego zmarła już wnuczka do niego wróciła. Po tej rozmowie staruszek obdarowuje główną bohaterkę uroczą sukienką, która kiedyś należała do wnuczki oraz pokazuje najcenniejszą pamiątkę - stworzony przez nią rysunek tęczy. Poruszona tym Sakura  postanawia się odwdzięczyć i sprawić, że na twarzy staruszka znów zagości szczery uśmiech.

Spokojnie! To żadna awaria! Ta zmiana koncepcji kart ma swoje uzasadnienie w fabule!

Z każdym tomem CCS staje się pozycją coraz bardziej niejednoznaczną jeśli chodzi o polecanie jej dzieciom. We wcześniejszych recenzjach wypunktowywałam dość dużą rozpiętość wątków romantycznych, z czego niektóre powinny z marszu podpadać pod kilka prawnych paragrafów. 5 tom powitał nas znów wyjazdem, na którym samotnie spacerująca dziewczynka poznaje starszego pana, który jak gdyby nigdy nic zaprasza ją do siebie na herbatkę... a Sakura nawet przez sekundę się nie waha, tylko opowiada nieznajomemu wszystkie szczegóły swojego życia. Sytuacja ta była tak niewłaściwa na tak wielu różnych poziomach, że nie wiem nawet, od jakiej sylaby mam zacząć swoje jęki rozpaczy. Raz - to koszmarny przykład dla dzieci, którym regularnie wbija się do głów, że nie powinny rozmawiać z nieznajomymi, szczególnie z takimi, którzy zapraszają do siebie i częstują łakociami, bo następnym razem mogą obudzić się w kompletnie innym kraju. A przecież można być i miłym, i ostrożnym... Po drugie - nie wiem, co się odwala u rodziny Kinomoto, że ci nie reagują, a nawet bezwiednie uśmiechają się na wieść, że Sakura nie ma żadnych hamulców, żeby chadzać do obcych ludzi, ale to też wskazuje na jakąś potrzebę wspólnej, rodzinnej terapii. Po trzecie, co jest związane z punktem drugim... serio? Nie powiadomić małej (czy to przed wyjazdem, czy nawet już po spotkaniu), że ma do czynienia ze swoim własnym pradziadkiem? Przecież nie wyglądało na to, żeby którakolwiek ze stron była na tę drugą obrażona czy chowała jakąkolwiek urazę, a przecież i pradziadek, i profesor Kinomoto zdawali sobie ze wszystkiego sprawę. No chyba że ja się tu teraz wygłupiam i tam naprawdę w tle się dzieją jakieś srogie dramy, które zostaną wyjaśnione w kolejnych tomach...

Ja wiem, że w tym uniwersum pedofile oraz handlarze ludźmi nie mają prawa istnieć, ale miło by było chociaż dać subtelny znak, że ten dziadzio jest jakimś dalszym znajomym.

Dla równowagi bardzo podobało mi się zrealizowane w tym samym tomie szkolne przedstawienie. Chyba po raz pierwszy odkąd w ogóle zadaję się z mangą i anime, ktoś poświęcił temu szkolnemu eventowi odrobinę uwagi i rozpisał sytuację tak, aby prezentowała się ona z sensem i stanowiła sympatyczne tło dla kontaktów między postaciami (no dobra, fajnie zrobili to jeszcze w Komi-san wa Komyushou Desu, ale o tym przeczytałam zaledwie trzy miesiące temu). Klasa Sakury miała wystawić Śpiącą Królewnę, dlatego nauczyciele postanowili, że role zostaną przydzielone sprawiedliwie, na zasadzie drabinkowej loterii. I cóż z tego wyniknęło? Ano to, że kilku chłopców obsadzono w rolach żeńskich, a znów Sakura miała zostać Księciem. Jest to jednak o tyle fajny motyw na urozmaicenie przedstawienia, bo nie został sprowadzony do taniej komedii. Wręcz przeciwnie! Yamazaki w roli Złej Czarownicy to prawdziwie genialny casting - ta charyzma! ta lekkość w wygłaszaniu swoich kwestii! ta suknia! - a i Sakura udająca Księcia sprawdziła się nawet lepiej niż w sytuacjach, gdy musi pracować jako legitna mahou shoujo. Miło też, że każdy postarał się jak najlepiej przygotować do swojej roli i poza mało obytym towarzysko Syaoranem (który też grał najlepiej jak na tę ilość talentu, co mu ją Bozia poskąpiła) wszystko wyszło dokładnie tak jak trzeba. Takie fajnie zakamuflowane równouprawnienie to ja rozumiem.

Światłooo... nosisz je w sobie!

Także tak, Card Captor Sakura ma swoje słabsze i lepsze momenty. Gorzej wypadają tu wątki obyczajowe i choć otwartości autorkom z CLAMPa odmówić nie można, to może niekoniecznie sprawdza się ona w kontekście dziesięcioletnich bohaterów. Warstwa fantasy wygląda za to o wiele lepiej. Jeśli już należałoby coś wytknąć, to to, że szumnie ogłaszane przez Kerberosa "rozpierzchnięcie się kart po całym świecie" i tak ograniczyło się do zaledwie jednego miasta. Naprawdę, ktoś mógłby założyć, że historia powinna z czasem przerodzić się w magiczne W 80 dni dookoła świata, a ostatecznie wyszedł z tego bardzo lokalny festyn. Oczywiście nie jest to zła rzecz i nawet ma swoje logiczne uzasadnienie - było nie było, karty czuły silną więź z miejscem, gdzie zginął ich ostatni pan - ale na początku trochę za mocno starano się bajerować czytelnika. Tymczasem ta mikro-skala ma swoje zalety, bo fabuła mogła skupić się na bohaterach, których już dobrze znamy i których rozwój cały czas obserwujemy zamiast ganiać bez ładu i składu po losowych lokacjach (zresztą, ten motyw i tak został pokazany znacznie lepiej w Tsubasie). Ponadto zachwycają mnie designy duchów kart: małe, fircykowate duszki ognia i wody, nieco poważniejsze, zwiewne postacie dla ziemi, wiatru i drzew, dostojne sylwetki światła i ciemności... Clow Reed miał wyraźną słabość do damskich wdzięków, choć i dla żeńskiej widowni przygotował coś przystojnego do obaczenia - na przykład w postaci tajemniczego Yue, który wreszcie przybywa na scenę i to chyba od tej nieco mniej spodziewanej strony.

Angelina Jolie by się nie powstydziła takiej brawurowej roli w Czarownicy!

No ale właśnie - dochodzi wreszcie do szumnie teasowanej konfrontacji z Yue i zakończenia pewnego istotnego fragmentu fabuły. Niestety, nieznajomość CCS w jakiejkolwiek formie sprawiła, że do recenzji wybrałam sobie zestaw tomów 5-7, co jest o tyle problematyczne, ponieważ wraz z tomem 7 zaczyna się kolejny duży rozdział historii, a do paczki dobrze znanych już postaci dołącza zupełnie nowy, podejrzany bohater. Pozostawię sobie jednak przyjemność jego szczegółowej oceny na kolejny raz, ale fani łączonego uniwersum CLAMPa, a szczególnie ludzie czytający Tsubasa Reservoir Chronicle oraz xxxHolic, mogą mieć dość interesujące spostrzeżenia związane z tożsamością nowego chłopca. Krótka, czarna czupryna, okulary z okrągłymi szkłami, tajemniczy, często goszczący na twarzy uśmiech i więź z Sakurą... oj, w nim może być coś więcej niż tylko to, do czego sam się przyznaje na koniec 7 tomu. Zresztą, jeśli ktoś zna np. Blood-C (choć jednocześnie trochę współczuję, jeśli do tego doszło), to może wiedzieć, jaki jegomość lubi sobie okazjonalnie podróżować między światami i wtykać nos w magiczne sprawy. Gen Urobuchi mącący w losach Homury w Mahou Shoujo Madoka Magica to jest przy tym nic...

W walce o miłość nie bierze się jeńców.

Gdybym czytała Sakurę jako jedną z pierwszych pozycji od CLAMPa, to pewnie nie byłabym tak mocno zaangażowana w fabułę i wyszukiwanie najdrobniejszych nawiązań do  całego uniwersum. W sumie ciężko się dziwić, bo na tamtym etapie CCS był dopiero kamieniem węgielnym stawianym na poczet dalszej, ponad dwudziestoletniej budowy. Jednak kiedy się już zna Tsubasę i xxxHolic, to cały ten kociokwik związany z Clowem Reedem wydaje się o wiele, wiele ciekawszy niż się na pierwszy rzut oka wydaje. Tak właściwie CCS powinno być uznawane za równoważną pozostałej dwójce pozycję jeśli chodzi o mocno popaprane kontinuum czasoprzestrzenne. Wciąż jednak nie umiem powiedzieć, do jakiego typu widowni jest skierowana ta manga. Do dzieci? Raczej odradzałabym. Do dorosłych? Momentami mogą być zmęczeni prostotą charakteru i naiwnością dziecięcych postaci. Amatorów mahou shoujo? To z pewnością, choć nie spodziewajcie się olbrzymich rewolucji w gatunku, bo na tę trzeba było czekać do powstania Nanohy i Madoki. Ale za to dla fanów CLAMPa to pozycja bardziej niż obowiązkowa i potrzebna do zrozumienia pełnej, wielowarstwowej i wielomangowej historii.

Czasami miewam bardzo złe myśli, żeby kupić drugi komplet Sakurki i złożyć z kolorowych stron własny artbook... przecież miałby łącznie prawie 100 stron...


Za udostępnienie mangi serdecznie dziękuję wydawnictwu Waneko

Publikowanie komentarza

0 Komentarze