Gdyby kózka nie skakała, toby nóżek nie zjarała - recenzja mangi Fire Force (tom 1)

"Ogień zwalczaj ogniem" głosił tytuł znanego filmu z Brucem Willisem z 2012 roku i trudno nie mieć wrażenia, że właśnie tym zwrotem kierował się Atsushi Ohkubo, kiedy opracowywał plan na fabułę swojego kolejnego wielkiego shouneno-tasiemca. W końcu skoro tutejsi strażacy muszą sobie radzić z magicznym ogniem, to oczywiste staje się to, że nie mogą używać do walki zwykłych, prozaicznych sikawek i hydrantów z wodą...  Z innej znów strony można się powołać na szlachetne dzieło naszego wybitnego polskiego prozaika, niejakiego Henryka Sienkiewicza. Stworzył on bowiem "Ogniem i mieczem", które idealnie oddaje relację między dwoma strażackimi żółtodziobami, Shinrą a Arthurem - jeden z nich swobodnie korzysta z mocy ognia, a drugi wywija mieczem właśnie (plazmowym, ale jednak). Okazuje się również, że "Nie ma dymu bez ognia", a bez ognia nie ma strażaków, którzy stanowią tutaj główną siłę dbającą o porządek na świecie, przeoranym przez pożary niczym Australia podniesiona do kwadratu. Czy i tym razem udało się stworzyć hit na miarę legendarnego już Soul Eatera? Spróbujmy to przewidzieć na podstawie pierwszego tomu.



Tytuł: Fire Force
Tytuł oryginalny: Enen no Shouboutai
Autor: Atsushi Ohkubo
Ilość tomów: 21+
Gatunek: shounen, akcja, supernatural, komedia, szkolne życie, ecchi, dramat
Wydawnictwo: Waneko
Format: 175 x 125 mm (standardowy)


Ludzie od zarania dziejów bali i wciąż boją się śmierci, tym bardziej że do wyboru jest cała masa niezbyt przyjemnych wariantów. Umrzeć można w wypadku samochodowym, w wyniku choroby, napaści, starości... jednak za najpopularniejszą, a zarazem najstraszniejszą uznaje się śmierć od ognia. I to nie takiego zwykłego, wywołanego eksplozją gazu czy przypadkowym zapruszeniem papierosa, ale doprowadzającego losowych ludzi do samozapłonu, przez co stają się oni Płomiennymi - ni to ofiarami, ni to potworami, które kompletnie tracą kontrolę nad sobą i swoim człowieczeństwem. W takich przypadkach do boju wysyłane są Specjalne Służby Pożarowe, do których należą wyszkoleni zawodowcy specjalizujący się w odsyłaniu dusz Płomiennym na tamten świat. Nowym narybkiem Ósmego Zastępu SSP jest Shinra Kusakabe, siedemnastoletni strażak, który jest zarazem pirokinetykiem trzeciej generacji. Potrafi on wytwarzać i kontrolować ogień wydobywający się z jego stóp, dzięki czemu jest super szybki i potrafi latać. Niestety, dla głównego bohatera moc ta wiążę się również z mało przyjemnymi wspomnieniami, ponieważ uaktywniła się ona podczas pożaru domu, w którym zginęła mama oraz młodszy brat Shinry, a na dodatek on sam został przez to oskarżony o wzniecenie pożogi. Mimo to chłopak stara się nie poddawać i przysięga, że spełni marzenie z dzieciństwa, kiedy to zapragnął zostać superbohaterem zdolnym ratować ludzi.

No nie powiem - całkiem mocno tu patriotycznie!

Standardowy shounen jaki jest - każdy widzi. Są tu zróżnicowani charakterologicznie bohaterowie, są magiczne moce ściśle związane z motywem przewodnim serii, są przeciwnicy, którym trzeba skopać osmalone tyłki i jest powolnie rozkręcająca się akcja, która wprowadza czytelnika w cały ten nowatorski świat przedstawiony. Mimo to już ten pierwszy tom potrafił dobrze zademonstrować, jak odmiennymi przypadkami muszą zajmować się tutejsze Specjalne Siły Pożarowe i że czasem wystarczy jeden celny cios w serducho, żeby ulżyć Płomiennemu w jego cierpieniach, a kiedy indziej do walki musi stanąć cała ekipa strażaków, żeby móc opanować szalejący pożar i nie tylko. Staje się to również dobrą okazją do zaprezentowania paczki barwnych bohaterów. Póki co najbardziej przypadł mi do gustu kapitan Oubi, który w przeciwieństwie do wszystkich swoich podkomendnych (wyłączając jedynie siostrę Iris) jest kompletnie pozbawiony mocy pirokinetycznych. Ale nie bójcie się o niego - chociaż może liczyć jedynie na siłę swojego ciała, porządnie okratowany hełm i grubość strażackiego munduru, to jest w stanie nie tylko radzić sobie z Płomiennymi, ale też wzbudza niesamowity respekt oraz zaufanie u pozostałych członków ekipy Ósmego Zastępu. To jest szefu co się zowie! I poprowadzi brawurową akcję, i wesprze ciepłym słowem płaczącą dziewczynkę, która straciła w pożarze rodzica, i postawi do pionu najmłodszych, wydurniających się szeregowych. Aż chciałoby się mieć takiego starszego brata czy coś (szczególnie gdyby mógł mieć głos Kazuyi Nakaia jak w anime).

Para buch - ogień w ruch!

Jeśli ktoś pamięta, jak wyglądały ostatnie tomy Soul Eatera, to raczej zdaje sobie sprawę, że Atsushi Ohkubo mocno ograniczył tam cieniowanie i zaczął stosować duże kadry z pustymi tłami na miarę samego Tite Kubo (zbieżność nazwisk całkowicie przypadkowa... chociaż...?). Jasne, taką przyjął stylistykę dopasowaną do ogarniającego świat szaleństwa i tak dalej, ale nie da się ukryć, że istnieje zauważalna różnica między nieokrzesanym jeszcze początkiem, świetnym środkiem i odstającym zakończeniem. Przed rozpoczęciem Fire Force Ohkubo musiał jednak zaliczyć jakiś porządny kurs rysowania detali, bo tutejsza kreska to zupełnie inna, lepsza jakość. Dym, ogień i eksplozje to po prostu czysta poezja, a ilość detali mogłaby się równać z wysokoprofilowymi seriami wypuszczanymi raz na miesiąc, a nie co tydzień. Moje ulubione graficznie momenty to te, kiedy akcja dzieje się w kościele Ósmego Zastępu - w tle przewija się mnóstwo rur, kabli, krat, cegieł i wszelkiego śmiecia, przez co baza wygląda jak specyficzna krzyżówka skupu złomu z gotycką katedrą (którą trochę jest). I to ma swój niepowtarzalny klimat. Tak samo pomysłowo prezentuje się przedstawienie mocy po jednej i po drugiej stronie konfliktu. Projekty Płomiennych są totalnie nie z tej ziemi. Jeden wygląda jak wysuszona, dopalająca się zapałka na cienkich nóżkach, inny to seksowna kobieta o długich, wściekle płonących włosach, a jeszcze kiedy indziej to wariacja na temat Ghost Ridera, bo pali mu się tylko czacha. Widać, że autorowi zostało jeszcze sporo szaleństwa w zapasie.

Creepy uśmiechu nie można Shinrze odmówić, ale za to wypada przeuroczo jako zmartwiony chibik

Niestety, ten tytuł ma jedną podstawową wadę, której nie zamierzam w żaden sposób bronić - a chodzi o to nieszczęsne ecchi. Naprawdę nie jestem przeciwniczką pokazywania jakichkolwiek wdzięków i nawet jako kobieta potrafię docenić piękno damskiego ciała. Ba, gdyby Ohkubo ograniczył się do okazjonalnego patrzenia na dekolt czy ewentualnie brania prysznica na zapleczu (w sumie to fajne miejsce na szczere, babskie pogaduchy), to uznałabym wyraźną wyższość Fire Force nad Soul Eaterem, który przy ecchi scenach też momentami odwalał straszną manianę. Ale nie, niestety, autor dał ostro - za przeproszeniem - dupy i postanowił stworzyć Tamaki, czyli Dziewczę, Które Istnieje Tylko Po To, By Ją Przypadkowo Molestować. Pojawiła się dopiero w ostatnim rozdziale na zaledwie dwie sceny, a już tyle wystarczyło, by uznać ją za jeden, wielki, mocno nieśmieszny żart. Niby mamy 2020 rok, a jednak ktoś wciąż wpada na idiotyczne pomysły, żeby "bycie ofiarą macania" miało stanowić coś w rodzaju... kuriozalnej mocy czy innej przypadłości? Uch. Nie wiem. Nie chcę o tym myśleć. W tym momencie chciałabym też przeprosić wszystkie pantyshoty świata, że uważałam je za wulgarne - wulgarne to jest wsadzanie łap pod stanik lub za majtki i pokazywanie tego tak, jakby obłapianie miało być dla obu stron nie wiadomo jak zabawnym zajściem. Oby w dalszych tomach było tego jak najmniej.

...bo bardzo zależy mi na tej robocie?

Muszę w zamian przyznać, że wydania mang Waneko z roku na rok stają się coraz lepsze. Praktycznie standardem są teraz matowe obwoluty znaczone lakierem wybranym, co w Fire Force prezentuje się wyjątkowo zgrabnie. Niestety, shouneny mają to do siebie, że nigdy nie uświadczymy w nich żadnych kolorowych stron (ale pewnie i tak byłby z tym problem, bo Ohkubo nie gustuje nawet w robieniu ilustracji do rozdziałów). Pod obwolutą z jednej strony znajduje się powtórzenie ilustracji z frontu, natomiast z tyłu mamy mini-portfolio postaci - w tym przypadku Shinry - które zostało również przerobione na dodawane w sklepiku Waneko karty. I tu wyjątkowo pozachwycam się dłużej nad dodatkiem, bo naprawdę jest tego wart - szykuje nam się bowiem naprawdę zacna kolekcja do zebrania na podobieństwo tej, którą J.P.F. organizował przy okazji przedpłat One Piece'a, tylko że karty postaci z Fire Force są w mojej ocenie o wiele ładniejsze i przyjemniejsze w dotyku. Są wykonane z identycznej, mhatej tektury co pocztówki dorzucane przez Dango do Marcowego lwa albo do Prawdziwej bestii. Co do tłumaczenia to jestem z niego całkiem zadowolona - znalazłam jedynie błąd na trzecim kadrze na stronie 48, gdzie Shinra zostaje wyliczony jako "...jeden pirokinety trzeciej generacji", no i jestem cichutko niepocieszona, że wóz strażacki został ochrzczony mianem "zapalczaka" (wiem, że nie powinnam się sugerować fanowskimi wymysłami w subach, ale jednak to "pudełko z zapałkami" było niezwykle urocze). Onomatopeje za to, jak możecie to sami sprawdzić na zdjęciach poniżej, wyglądają po prostu niesamowicie. To już naprawdę wyższy poziom wkomponowywania ich w kadry, kiedy robi się je przeźroczyste, jednocześnie dbając o to, by rysunek wciąż był kompletny.

Czerwony jak cegła, rozgrzany jak pieeeec... i to tak mocno, że aż onomatopeja popękała z gorąca!

Zdaję sobie sprawę z tego, że nie jest to historia idealna i że wiele osób odrzuci ją za ecchi czy bycie niekończącym się shounenem, ale w mojej ocenie Fore Force ma jednak wyraźnie więcej zalet niż mankamentów - jak oprawa graficzna, znaczna część obsady i sam pomysł na świat przedstawiony. Wcale bym się nie pogniewała, gdyby cała seria wyglądała jak ten pierwszy tom, w którym to młodzi strażacy uczą się, że ich praca nie jest wcale taka nieskazitelnie szlachetna ani prosta, bo na drugim planie istnieje ludzka tragedia, której nie da się już naprawić, jak mocno by nie próbowali. Policjant może chociaż ująć sprawcę, a lekarz działa w służbie ratowania życia, natomiast strażak... ten to ma raczej kaprawą fuchę, bo gasi ogień, który zawsze zdoła coś zniszczyć i spopielić. I dlatego ten fach tym bardziej zasługuje na odrobinę chwały i pięć minut epickości, który na ten moment osiągnął już rozmiary dwudziestu jeden tomów. Nie zachęcam, ale i nie odstraszam, bo to mimo wszystko ładny kawałek mangi jest. A, no i nie dłuży się jak anime, więc warto chociaż sprawdzić, jak z wami zarezonuje akurat to medium.

To się nazywa kopniak z przyDUMem

Za udostępnienie mangi serdecznie dziękuję wydawnictwu Waneko.

Publikowanie komentarza

6 Komentarze

  1. Chymm... Moje wątpliwości się nie rozwiały (a nie powiem troszkę na to liczyłam XD). Chociaż może jednak...? Chyba teraz jestem bardziej skłonna do ogarnięcia pierwszego tomu. Tylko to ecchi... chymmm...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na szczęście (lub nie) mało jest wydanych u nas mang, które mogłabym hejcić z czystym sumieniem. Było nie było - to ja chciałam recenzować Fire Force, nie wydawnictwo, więc serio nie uważam tego za złą serię. Tylko serię posiadającą złe ecchi. I to takie na serio złe 😶 I jeśli to właśnie to cię odstrasza, to zdecydowanie odradzam mangę. Z nowych shounenów od Waneko Dr.Stone i Kimetsu no Yaiba są zdecydowanie lepsze 👍

      Usuń
  2. Fajnie, że po znanym w świecie m&a "Soul Eaterze" autorowi udało się stworzyć coś, co też zyskało całkiem spory rozgłos. Twoja recenzja utwierdziła mnie jednak w przekonaniu, że sobie daruję - z powodu tego ecchi, o którym wspomniałaś. Już widzę, jakiej białej gorączki bym dostawała przy lekturze. A szkoda, bo zapowiadało się całkiem ciekawie. :<
    (Ale okładki wyglądają kozacko! I zgadzam się w pełni, że w dużej mierze jest to też dzięki sposobowi, w jaki Waneko wydaje swoje tomiki.)
    Dzięki za recenzję! <3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ogólnie dobre ecchi nie jest złe, ale tutejsze... nie, nie będę czarować, że da się je przeżyć. Jeśli "bycie molestowanym" to cały charakter danej postaci, to tego nie można czegoś takiego pochwalać. I najgorsze jest w tym to, że gdyby wyciąć Tamaki, to poziom całej mangi natychmiast by podskoczyłby. Zresztą - w tym tomie była też scenka ecchi z inną bohaterką (Maki), co wyszło już mega naturalnie. Było wtedy widać ujęcie na ładny, nie za głęboki dekolt, bo dziewczyna pochylała się, żeby sprawdzić, czy dobrze przeszyła głównemu bohaterowi nogawki spodni. Kiedy Kusakabe zauważył to, co trzeba, to od razu odwrócił wzrok. Nie było żadnej krwi z nosa ani żadnych plaskaczy za nic. Takie... o. Normalna sytuacja z życia wzięta. I czy nie można tak było cały czas...? ;__;

      Okładki są super - te kolory i lakier wybrany robią naprawdę cool robotę. Od razu wiadomo, że to jest ta seria :)

      Usuń
    2. O rany, w takim razie to już na pewno nie kupię. Mam nadzieję, że ten motyw charakteru jakiejś młodej bohaterki "moją jedyną cechą jest bycie molestowaną" zacznie w mangach zanikać, bo to paskudztwo straszne. :<
      Niestety ze świecą szukać można nienatrętnego, ładnego ecchi. Nie tylko u nas, ale w ogóle (Spice&Wolf, na ciebie patrzę. Jedyny tytuł, jaki przychodzi mi na myśl). Rany, w ogóle ciężko znaleźć jakiekolwiek wartościowe dzieło w tej tematyce, a nawet hentajcem bym nie pogardziła, gdyby był taki... przyjazny dla wszystkich. Jeszcze się w moim mangowym życiu na taki nie natknęłam. :/

      Usuń
    3. Pamiętam jeszcze, że w Opowieści Panny Młodej "ecchi" jest świetnie wpasowane w fabułę - jak chociażby kąpiele kobiet w publicznych łaźniach czy dodatkowy rozdział, kiedy mąż opiekował się przeziębioną żoną i obmywał jej ciało z potu wilgotnym ręcznikiem (rany, nie dość, że to było takie słodkie i kochane, to jeszcze całkiem erotyczne). Z przyjaznych "hentajów" to kojarzy mi się jedynie 10-tomowe Hapi Mari - to josei z regularnymi scenami seksu. Czytałam dawno temu, więc trochę nie pamiętam, czy było tam wiele szczegółów (piersi na pewno, ale chyba nic więcej). To taka telenowela w stylu dawnych shoujo, tyle że z dorosłymi bohaterami, ale miało jakiś swój urok. Dziś pewnie mocniej bym się na to wkurzała. Hmm... to wolne to idealny czas, żeby poczynić w tym względzie jakieś mangowe śledztwo...

      (dzięki za komentarze i przepraszam za obsuwy w odpisywaniu - na mejla powiadomienia wpadają w złe zakładki, a jak już się na nie natknę, to zwykle odkładam odpisywanie na później, aż wreszcie zapominam .3.)

      Usuń