Duże ilości ciachanego mięska naraz - recenzja mangi Akame ga kill! (tomy 6-10)

Choć historia przedstawiona w Akame ga kill! z pewnością nie jest żadną milutką lekturą do podusi - no chyba że ktoś ma nadzieję na jakiś mały, krwawy koszmarek w zastępstwo porannej kawy - to jednak manga pochłonęła mnie na tyle, że minął nieco ponad miesiąc, a już jestem gotowa podzielić się z wami kolejną porcją wrażeń z tej serii. Byłam przede wszystkim ogromnie ciekawa, co stanie się z fabułą tuż za tomem 8 i czy podąży ona zupełnie innym torem niż to, co zostało zaprezentowane w anime (czyt. czy manga również zechce zafundować nam w finale grupowy pogrzeb ala książkowy Wiedźmin). I w sumie... jeszcze niczego nie da się jasno określić. Statystyki zgonów dalej są tak samo bezlitosne jak do tej pory i co tom głowę traci co najmniej jedna ważna postać (RIP powietrzna manta). Mimo to konflikt wciąż i wciąż eskaluje, robiąc za solidną podbudówkę do nadchodzącej wielkimi krokami wojny i do ostatecznej konfrontacji między Armią Rewolucyjną a siłami Imperium *w tle zaczyna grać "Marsz imperialny" z Gwiezdnych Wojen* Kto ma większe szanse na zwycięstwo? I czy znajdzie się tu miejsce na jakikolwiek happy end przy tej ilości okrucieństwa i rysowanego gore? Podywagujmy o tym nieco w poniższej recenzji.



Tytuł: Akame ga kill!
Tytuł oryginalny: Akame ga kill!
Autor: Takahiro (scenariusz), Tetsuya Tashiro (rysunki)
Ilość tomów: 15
Gatunek: shounen, dramat, akcja, fantasy, romans
Wydawnictwo: Waneko
Format: 175 x 125 mm (standardowy)


Do przetrzebionych sił Night Raid dołącza dwoje nowych członków przysłanych z samego centrum dowodzenia Armii Rewolucyjnej - Najenda otrzymuje organiczne teigu w postaci rogatego przystojniaka imieniem Susanoo, a dodatkowo do zabójców dołącza również urocza, pełna ironii mistrzyni kamuflażu, Chelsea. Tak wzmocniona drużyna przenosi się do nowej tajnej kryjówki (poprzednią odkryła ekipa doktora Stylisha). Niestety, naszej grupie bohaterów nie jest dane zażyć spokoju, by móc zająć się planowaniem kolejnych cichych, nierzucających się w oczy mordów. W lasach rosnących nieopodal stolicy zamęt zaczyna siać nowy gatunek niebezpiecznych bestii, które napadają na ludzi niezależnie od ich przynależności partyjnej. A ponieważ dla Night Raid nie ma znaczenia, czy zagrożenie stanowią krwiożerczy politycy, czy może zwykłe potwory, zabójcy przygotowują się na udział w akcji... Tymczasem do tego samego zadania przydzieleni zostają Jaegers. Z jednej strony chcą po prostu pomóc obywatelom, z drugiej Premier pragnie schwytać kilka sztuk stworów, aby zachować je jako swoje zabawki, a z trzeciej ekipa łowców mocno liczy na to, że w międzyczasie uda im się natknąć na Night Raid właśnie. I nie są wcale tacy dalecy od prawdy, bo już niebawem drogi Esdeath i Tatsumiego ponownie się skrzyżują...

Po co inwestować w bombki, skoro można mieć pod choinką pełen przekrój tęczowych dziewczynek?

Jak widać i czytać, fabuła nie zwalnia ani o odrobinę, natomiast (nie narażając was oczywiście na żadne konkretne spoilery) trup wciąż ściele się gęsto niczym łany kukurydzy, nad które nadleciał szwadron ufo. Już samo to, że na każdego bohatera nieustannie czyha kostucha, niesamowicie nakręca czytelnika do tego, aby sięgać i sięgać po kolejne części, chcąc dowiedzieć się, co się stało później. Chociaż wiem, że moje tempo czytania znajduje się stanowczo poniżej fandomowej normy, to jednak kiedy zdołałam się dorwać do nowej porcji Akame, udało mi się pochłonąć te pięć tomików w zaledwie cztery dni (czyli całkiem nieźle jak na zapracowanego człowieka, szczególnie w gorącym okresie przedświątecznym). Wydanie dalej prezentuje się naprawdę solidnie, niektóre onomatopeje niesamowicie cieszą oko - znów pojawiły się takie wkomponowane w rysunki, co wygląda mega kozacko - a strona wizualna jest przyjemna i adekwatna do przyjętej stylistyki. Właściwie to nawet lepiej, że kreska wygląda tak bardziej shounenowo, bo choć trochę łagodzi to klimat, który momentami bywa naprawdę przytłaczający. Jeszcze w 6 tomie pojawiło się dużo humoru i lekkiego fanserwisu, ale warto ostrzec, że z każdym kolejnym arcem powaga zaczyna brać nad wszystkim górę.

Jeśli chłodne piękno pani kapitan nie zdobyło waszego uznania, to słodycz loli-Esdeath zrobi to z łatwością.

Ogromnie podoba mi się konsekwencja autorów w kwestii odnoszenia przez bohaterów obrażeń i tego, ile zajmuje im pełen powrót do zdrowia - kiedy ktoś ma połamane kości, a nie jest użytkownikiem teigu, które umożliwia szybsze leczenie (jak u Leone czy Susanoo), to nie zrastają mu się one w dwa dni, tylko trzeba czekać całymi miesiącami, aż będzie można przystąpić do kolejnej misji. Podobnie - ale bez spoilerów - ma się sprawa z konsekwencjami pewnej rany Kurome. Wiemy, że w wyniku treningu na super-zabójczynię była ona regularnie szprycowana wieloma medykamentami i ma to przełożenie na jej ponadprzeciętną sprawność oraz, hmm, odporność, ale wciąż cios, który w normalnych warunkach powinien ją przenieść do zaświatów (i niektórych przenosi), staje się nieuleczalną dolegliwością, która ją dekoncentruje i przeszkadza w osiągnięciu pełni potencjału. Satysfakcjonujące jest również to, co chwaliłam już przy recenzji poprzednich tomów - szeregi zarówno jednej, jak i drugiej frakcji są przetrzebiane na równi i choć serce często boli, bo nawet Jaegersi są niesamowicie fajnymi, złożonymi postaciami (Bols! <3), to jednak daje to poczucie, że nikt nie jest chroniony bezzasadnym plot armorem.

Jesień 2019 zdecydowanie stoi pod znakiem German Suplexów.

A przynajmniej tak czułam do tomu 10, kiedy do akcji na poważnie włącza się syn premiera - Shura - wraz ze swoją elitarną grupą zabijaków zwanych Wild Hunt. W anime pojawili się oni jedynie na kilka sekund jako zakapturzone postacie, o których potem wszelki słuch zaginął, natomiast w mandze każdy dostaje swój unikalny design, własne teigu i... ech... i tak obrzydliwe, szczątkowe charaktery, że doktor Stylish wydaje się przy nich moim ulubionym bohaterem. Oczywiście rozumiem, że taki był zamysł autorów, aby ci "źli" Jaegers mieli za plecami jeszcze gorszą, bardziej zwyrodniałą drużynę, przez działania której wreszcie zaczęłyby się w nich budzić jakieś wątpliwości wobec działań państwowych oficjeli. Problem w tym, że Wild Hunt jest tak karykaturalną, wstrętną i paskudnie przykrą wizualnie grupą, że czytanie o ich działaniach przez cały tom sprawiło mi aż fizyczny dyskomfort. I spokojnie zaakceptowałabym postać samuraja karmiącego swój miecz krwią czy nawet pirata kręcącego bioderkami na prawo i lewo, ale ten gruby, obleśny klaun... przepraszam, ale to już było za dużo nawet jak na serię, która stoi brutalnością i torturami. Co innego gdy ktoś pastwi się nad dorosłymi żołnierzami czy rebeliantami, którzy mniej więcej wiedzieli, na co się pisali, a co innego, gdy dobitnie sugeruje się czytelnikowi, co się dzieje z kilkuletnimi dziećmi - i nie, śmierć nie jest tu wcale najgorszym elementem...

Czy to je jeszcze moje mangu o asasynach, czy może już spin-off o prehistorycznych Transformersach?

Dla równowagi pomyślmy jednak o czymś przyjemnym - o miłości na ten przykład! Ta rozkwita w dalszych tomach jeszcze wyraźniej niż do tej pory i dotyczy już nie tylko członków Night Raid, ale również i Jaegersów. Jestem ogromną fanką Bolsa i jego uroczej rodzinki, a także niemrawych podchodów Wave'a do Kurome - w przypadku tych drugich niby żadna ze stron nie ma jednoznacznie sprecyzowanych myśli, ale mimo wszystko widać, jak coraz bardziej napięta sytuacja oraz strata kolejnych towarzyszy zbliża ich do siebie na poziomie co najmniej przyjacielskim. Z drugiej strony ciekawe rzeczy dzieją się u naszych barwnych asasynów. Dowiadujemy się, że Lubbock ma Przeszłość z Najendą (no dobra, to sroga nadinterpretacja, ale jednak był dla niej gotów rzucić wygodne życie bogacza i skoczyć w szeregi Rewolucjonistów, więc jednak to dla szefowej jego serce bije najmocniej), za to Chelsea kieruje w stronę Tatsumiego coraz cieplejsze spojrzenia... no ma ten chłopak niesamowite branie, bo po drodze zalicza również kolejny gorrrący epizod z Esdeath. I w sumie z zaskoczeniem muszę przyznać, że jak ten wątek wydawał się początkowo mocno komediowy, to jednak ma to pozytywny wpływ na rozwój obu postaci, nawet jeśli Tatsumi nie czuje do Esdeath tego, co ona żywi do niego.

*na nutkę Eltona Johna* And can you feel the love tonight~

Ach, właśnie! Esdeath! Czas na obowiązkowy kącik poświęcony zachwytom nad sadystyczną panią kapitan! Zdecydowanie służy jej fakt, że autorzy mocno ograniczyli czas antenowy poświęcany urządzanym przez nią krwawym łaźniom. Oczywiście cały czas wiemy, że zajmuje się eksterminacją tych czy tamtych plemion, ale raz, że puszczane jest to off-screen, a dwa - wciąż mówimy tu o zabijaniu wrogów. Można więc nie lubić jej metod działania, ale akceptować chociaż to, że Esdeath kieruje swoje sadystyczne zapędy jedynie w stronę osób, którzy są jej pojęciu przeciwnikami. Wiadomo, walczy z ludźmi działającymi w słusznej sprawie i nie waha się ich torturować, jednak wciąż nie tapla się we krwi zupełnie niewinnych osób (jak niektórzy ekhuWildHuntekhu). W zamian Esdeath coraz częściej przedstawiana jest jako świetna sojuszniczka i po prostu fajna babka. Poddanych jej żołnierzy nagradza sowitymi sumami w złocie, nie waha się też przeznaczać pieniędzy dla rodzin poległych, a podkomendnych z Jaegers traktuje z czułością i troską niczym prawdziwą rodzinę. Potrafiła w uroczy sposób zachęcić Bolsa do tego, aby zjadł wspólny posiłek z resztą ekipy, a Seryuu wspiera cennymi radami, pozwalając jej chociażby zrelaksować się przy grze w piłkę z dzieciakami z plebsu. Więc tak, Esdeath jest bezwzględna dla wrogów i dobra dla swoich. To rzadki przykład antagonisty, który wzbudza niesamowity strach i respekt, ale jednocześnie wciąż ma się maleńką nadzieję, że kiedyś przejdzie na dobrą stronę mocy, bo jest zbyt interesująca, żeby ją tak po prostu ukatrupić.

Gdzie ja ostatnio czułam ten srogi klimacik nadchodzącej apokalipsy... aaa, to ci ludzie na fejsie walczący o nieczyszczenie onomatopej w JoJo...

Jeśli przy poprzedniej recenzji Akame ga kill! pisałam, że jest to tytuł dla odbiorców o mocnych nerwach, to teraz pozostaje mi już tylko zaktualizować tę opinię i uznać, że można postawić tę mangę w jednym rzędzie razem z Goblin Slayerem - tak bardzo nie ma tu żadnych hamulców. Nie umiem powiedzieć, czy jest to jakaś znacząca zaleta, czy może jednak obelga dla którejś ze stron, ale wierzę, że obie wspomniane serie są totalnie bezkompromisowe jeśli chodzi o pokazywanie brutalności oraz zezwierzęcenia wielu instynktów (przy czym Akame robi to wyłącznie na przykładzie ludzi, co jest chyba tym bardziej dobitne i straszne). Jednocześnie nie czuję, żeby w zamyśle autorów miała to być manga głęboka i z większym przesłaniem. Mimo wszystko to głównie przygodówka, choć podkręcona do maksimum i skierowana do dojrzalszego czytelnika. I to najlepiej takiego czytelnika, który jest przygotowany na częste pożegnania z ulubionymi bohaterami, bo niestety, ale nikogo tutaj nie oszczędzają. Szczególnie biednych odbiorców...

RIP powietrzna manta...

Ano bardzo miękka - w końcu sama sobie wystawiasz death flag!

Za udostępnienie mangi serdecznie dziękuję wydawnictwu Waneko.  

Publikowanie komentarza

0 Komentarze