Gra o tron w wydaniu czarno-białym - recenzja mangi Akame ga kill! (tomy 1-5)

Gdy w 2014 roku w japońskiej telewizji zaczęło wychodzić anime Akame ga kill!, Gra o tron właśnie wchodziła w pamiętny etap szczytu popularności i bycia popkulturowym fenomenem. Walka o władzę, nagłe śmierci ulubionych postaci, bezpardonowość w pokazywaniu drastycznych scen czy wdzięków pań lekkich obyczajów... Wydaje się, jakby duet panów mangaków wyciągnął z serialu HBO absolutnie wszystko, co najbardziej nowatorskie i szokujące, i umieścił to w swojej serii. Prawda jest jednak taka, że to Takahiro i Tetsuya Tashiro byli pierwsi - a przynajmniej pierwsi niż HBO - debiutując z mangą w 2010 roku i pokazując, że Japończycy nie gęsi, swoje angsty mają. A jako że czuję się pełnoprawną sierotą po Grze o tron, a do premiery aktorskiego Wiedźmina pozostał jeszcze ponad miesiąc, to w tej sprzyjającej przerwie postanowiłam poszukać oryginalnej serii, która trochę by tego znajomego dreszczyku emocji zapewniła i w efekcie sięgnęłam po wyżej (oraz niżej) wspomnianą wariację na temat krwistego, mangowego fantasy.


Tytuł: Akame ga kill!
Tytuł oryginalny: Akame ga kill!
Autor: Takahiro (scenariusz), Tetsuya Tashiro (rysunki)
Ilość tomów: 15
Gatunek: shounen, dramat, akcja, fantasy, romans
Wydawnictwo: Waneko
Format: 175 x 125 mm (standardowy)


Nastoletni Tatsumi razem z dwójką przyjaciół wyrusza ze swojej małej, zapyziałej wioski w kierunku osławionej stolicy Cesarstwa, aby tam zdobywać sławę oraz pieniądze na utrzymanie rodzinnych stron. Niestety, gdzieś po drodze traci kontakt z Sayo i Ieyasu, dlatego do miasta przybywa sam. Tam stara się zaciągnąć do wojska, licząc, że będzie mógł zademonstrować swoje ponadprzeciętne zdolności wymachiwania mieczem, dzięki czemu zyska szansę na szybkie wspięcie się po szczeblach kariery. Oczekiwania muszą się jednak zderzyć z twardą ścianą rzeczywistości, bo chętnych jest na tyle dużo, że chłopak musiałby się zadowolić pozycją szarego szeregowego. Zawiedzionego Tatsumiego zgarnia w międzyczasie nieznajoma, hojnie obdarzona dziewoja, która obiecuje, że za drobną dopłatą wstawi się u odpowiednich urzędników i zapewni mu wejście do armii boczną furtką... co oczywiście okazuje się być totalną ściemą, która kończy się ogołoceniem naiwnego chłopaka ze wszelkich oszczędności. Ostatecznie po zapadnięciu zmroku nasz główny bohater zostaje bez grosza przy duszy i bez jakichkolwiek perspektyw na sensowną pracę. Wtedy natrafia na młodą szlachciankę, która oferuje mu nocleg i pomoc. Myślicie - do trzech razy sztuka? Ano prawda, do trzech - bo dopiero za trzecim razem dowiadujemy się, jak prawdziwie spaczonym miejscem jest Cesarstwo, jak tamtejsi możni pławią się w zepsuciu i jak uznawana za przestępców grupa Night Raid robi tak naprawdę z tym burdelem jedyny sensowny porządek...

Choose yor waif... znaczy, choose your fighter!

Tak jak już to wspomniałam na samym wstępie, zgony i okaleczenia bohaterów są w Akame ga kill! na porządku dziennym, a żeby tego było mało, to okraszone jest to wszystko solidną posypką z tortur, gwałtów i sugestywnych scen maltretowania postaci drugo- i trzecioplanowych. Więc jak to kiedyś powiadano w telewizji - jest to program tylko dla widzów o mocnych nerwach. Albo przynajmniej takich, którzy lubią sobie obejrzeć fruwające flaczki i są w stanie zaakceptować, gdy małe, urocze dziewczynki są katowane na śmierć. Właściwie to jestem pod wielkim wrażeniem, że w tej stolicy wciąż mieszkają jacyś normalni ludzie, bo sądząc po zwyczajach wszystkich arystokratów, polityków oraz wojska, tam wszyscy powinni mieć co najmniej ze trzy traumy na koncie. W całej tej krwistej opowieści świetnym zabiegiem jest więc to, że nie obieramy wcale perspektywy obrońców sprawiedliwości, którzy rozwiązują konflikty szlachetnie i z uśmiechem godnym amerykańskich superbohaterów. A guzik! Członkowie Night Raid od początku zaznaczają, że ich działania wcale nie są honorowe i że to po prostu zwykłe morderstwa, najlepiej wykonywane tak, aby nikt się nie dowiedział, kto za nimi stoi. Ba, w wielu przypadkach takie rzeźnickie akcje to już mocna musztarda po obiedzie zamiast bronienia obywateli przed złem - doskonale pokazywał to przypadek dziewczyny, która musiała się poddać ostrej prostytucji, żeby zebrać pieniądze na zlecenie dla Night Raid w zemście za zamordowanego przez policję narzeczonego. Więc nie, nikt tu nie działa charytatywnie, nawet jeśli chodzi o wolność całego narodu. Zwyczajnie tak działa brutalne życie.

Łubudubu, łubudubu, niech nam ginie prezes naszego klubu... Nieeeech ginie nam!

Główny konflikt, który popycha grupę głównych bohaterów do intensywnego działania, jest wyjątkowo nietuzinkowy jak na "shounen", za jaki Akame ga kill! mimo wszystko uchodzi. No bo znacie to ze wszystkich tych Fairy Tailów, Bleachów i innych Naruto, kiedy to antagoniści ze wszystkich sił próbują zdobyć władzę nad światem i za każdym razem guzik im z tego wychodzi (a jeśli zginie jakaś drugoplanowa postać, to chyba wyłącznie dlatego, że manga dostała wilczy bilet i trzeba było zrobić coś dla zwiększenia dramy). Tutaj role się odwracają, sytuacja od samego początku jest absolutnie opłakana i to zły, niemożliwy do sprzątnięcia Premier trzyma wszystko w garści. Ale właśnie przez to fabuła nabiera świeżości, a czytelnik ma wrażenie, że członkowie Night Raid faktycznie są w realnych tarapatach, nie wspominając już o tym, że w każdej chwili ryzykują swoim życiem. No i to jest właśnie thriller, o jakiego nic nie robiłam! To są bohaterowie, dla których nie wstydzę się obgryzać paznokci aż do samych łokci! To są zwroty akcji, które wgniatają w fotel tak, że potem trzeba operacyjnie wyciągać sprężyny z tyłka! Jednocześnie fajną odskocznią od tego przeraźliwego marazmu jest wprowadzenie wypasionych magicznych broni nazwanych teigu. Ale nawet i tu udało się przemycić ciekawy, wzmacniający ciekawość czytelnika chwyt, bo jeśli bój na śmierć i życie toczy ze sobą dwóch użytkowników teigu, to tylko jeden z nich może ostatecznie wyjść cało z pojedynku.

Takie czadowe podwójne strony to miód na moje serce i amunicja dla antagonistów. No i spójrzcie na tę onomatopeję u góry, jak pięknie wkomponowuje się w dym!

Za najciekawszą kreacją postaci w całym tym przebogatym (i mocno przetrzebionym zgonami) tle uznaję, o dziwo, Esdeath. Kiedy pojawia się po raz pierwszy, wydaje się być okrutnym demonem w ludzkiej postaci i kobietą, która żyje tylko po to, by pławić się w krwi torturowanych jeńców. Z czasem jednak poznajemy ją bliżej i wtedy wychodzi na jaw, że ma też całkiem godne pochwały cechy charakteru (oczywiście w oderwaniu od tego, że służy złej stronie mocy): swoich bezpośrednich podkomendnych traktuje z należytym szacunkiem, potrafi z nimi rozmawiać całkowicie luźno, kiedy dzieje im się krzywda, to zrobi wszystko, żeby się za nich zemścić, nie ma żadnego problemu z przytulaniem i chwaleniem za udane działania, a nawet potrafi się szczerze zakochać. Jednocześnie jest absolutnie przerażająca i nie ma się do niej ani grama zaufania, węsząc podstęp w każdym krzywym spojrzeniu. Warto więc pochwalić autorów za to, że służący Premierowi ludzie to nie tylko skończeni skurwiele i przekupieni zbrodniarze, ale nieco bardziej zniuansowane postacie, które w przyszłości mogą całkiem sporo namieszać w historii i którym ociupinkę się nawet kibicuje... oczywiście jeśli chodzi o przejście na właściwą stronę konfliktu.

Gum-gumowy byczy gatling!

Zwykle w polskich wydaniach nie zwracam na to specjalnej uwagi - no bo i zwykle nie ma się do czego przyczepiać - jednak tutejszy typesetting wypadł dość kiepsko. Teksty w dymkach nie zawsze są poprawnie wypośrodkowane, a jeśli jakiś znajduje się blisko zewnętrznej krawędzi strony, no to zaczyna się robić naprawdę dziwnie. Wiem, że często jest to kwestia uważania na spady, ale czasami margines błędu jest jednak trochę zbyt duży bądź dymki znajdują się zbyt w centrum, by wysnuwać takie podejrzenia. Na szczęście jest to jedyna rzecz, do której mam zastrzeżenia. Cała reszta wypada świetnie, na czele z jakością druku oraz z wykonaniem onomatopej. Zwłaszcza te ostatnie robią naprawdę świetną robotę, bo seria jest przepełniona walkami, więc właściwie wzmocnienie efektu ciosów i pchnięć odpowiednio wkomponowanymi wyrazami dźwiękonaśladowczymi dodaje im mocy. I w ogóle te rysunki... mmm... niebo w gębie i piekło na ziemi. Rysownik w genialny sposób bawi się podwójnymi stronami i nie tylko tworzy świetne splash page'e, ale wykorzystuje przestrzeń na różne ciekawe sposoby. Dodatkowo bardzo podoba mi się to, jak zaprojektowano kolejne obwoluty - co prawda póki co mamy do czynienia z reprezentacją samych pań, ale jest to zespół niezwykle urokliwy, a przede wszystkim intensywnie barwny. Lubię, kiedy kolejne tomiki tworzą taką ładną tęczę, bo to pięknie prezentuje się na półce i umila czytelnikowi życie jeszcze długo po właściwej lekturze.

Och, Wave, nie tylko gotowanie jest tu dziwne, ale i układ twoich dymków...

Należy jednak po raz kolejny podkreślić, że nie jest to tytuł dla dzieci ani dla wrażliwych osób, bo nikt tu się nie certoli z tym, czy powinno się pokazywać pełną perforację jamy brzusznej aż do kręgosłupa wykonywaną za pomogą tępego miecza, czy też nie (za to studenci medycyny będą tym oczarowani - poparte opinią znajomej, która Akame czytała). Nie warto również przywiązywać się do jakichkolwiek postaci, bo głowy padają na ziemię częściej niż śnieg pada na Syberii. A jeśli oglądaliście anime i przypadło wam ono do gustu, to tym bardziej powinniście się zainteresować mangą, bo serial adaptuje zaledwie osiem tomów i dorabia swoje własne zakończenie - a to oznacza, że przy piętnastu częściach serii mamy do dyspozycji praktycznie drugie tyle nieznanego materiału. Ja jestem bardzo kupiona tym konceptem oraz jego wykonaniem, choć będę musiała pamiętać o ograniczeniu spożywania przekąsek przy lekturze, bo momentami coś mi się tam jednak w żołądku potrafiło przewrócić. Pewnie to ten ósmy sezon Gry o tron za bardzo mnie rozmiękczył...

Moja kolekcja też się powiększyła, choć na szczęście o bezpieczne pięć tomów krwistej (tylko na papierze!) serii.

Za udostępnienie mangi serdecznie dziękuję wydawnictwu Waneko.  

Publikowanie komentarza

0 Komentarze