Ranmaru Zariya do wyjątkowo popularna na naszym rynku autorka specjalizująca się w pikantnych, pełnych szczegółów yaoi - nakładem wydawnictwa Dango doczekała się wydania już kilku interesujących pozycji: jednotomówki Zakochany we śnie (to zbiór kilku krótszych historii) oraz Alkohol i papierosy, jak również serii Coyote, która póki co dotarła do całych dwóch tomów. Do tej całkiem pokaźnej kolekcji możemy także dorzucić wydany przez Waneko w 2018 roku VOID. Jako że wcześniej miałam okazję czytać wspomnianego Zakochanego, więc w teorii wiedziałam mniej-więcej, czego powinnam się spodziewać po twórczości tej mangaki, ale i tak lektura nowej jednotomówki przyniosła ze sobą kilka ciekawych przemyśleń - po pierwsze że nie wszystko przyjemne porno, co się świeci (szczególnie gołe półdupeczki), a po drugie to do BL można jednak podejść w zupełnie inny, oryginalny sposób niż tylko poprzez osadzanie historii w naszej, obyczajówkowo-komediowej rzeczywistości...



Tytuł: VOID
Tytuł oryginalny:VOID
Autor: Ranmaru Zariya
Ilość tomów: 1
Gatunek: yaoi, romans, dramat, psychologiczny
Wydawnictwo: Waneko
Format: 195 x 135 mm (powiększony)


Świat przedstawiony już na wstępie różni się od naszego jednym, istotnym szczegółem - dostępna technologia umożliwia tworzenie humanoidów, czyli sztucznych ludzi (nie, nie robotów ani cyborgów - to są istoty z krwi i kości), których można dowolnie programować do wykonywania określonych zadań bądź nadawać im żądane cechy. Jak można się spodziewać, humanoidy cieszą się sporym popytem wśród zwolenników i fundatorów najstarszego zawodu świata... czyli jako nielegalne seks-zabawki. Aby jednak zapobiegać takim praktykom, do życia powołano Biuro do Spraw Ochrony Humanoidów. Pewnego dnia do byłego, odpoczywającego na wcześniejszej emeryturze szefa tej placówki - Makiego - zgłasza się obecny dyrektor, a zarazem dawny kumpel głównego bohatera, który ma niego pewien specyficzny podarunek. Przynosi mu bowiem olbrzymią trumienkę, w której czeka już na niego świeżutki humanoid typu zabawka. To nie jego specyfika jest jednak w tym przypadku najważniejsza, ale sam wygląd bohatera, ponieważ z jakiegoś tajemniczego względu Arata, wspomniany humanoid, jest bliźniaczo podobny do zmarłego ukochanego Makiego, Rena. Sytuacja komplikuje się tym bardziej, kiedy humanoid otwiera oczy i po zobaczeniu Makiego wpaja go sobie na amen (dokładnie na podobieństwo "Zmierzchowych" wilkołaków). Jak się to wszystko potoczy, mając na względzie pozostawienie Araty pod opieką Makiego? I czemu zamiast wzruszenia czy radości główny bohater czuje do humanoida jedynie przejmujący żal?

Takiej okładki nie wstydziłabym się pokazać nawet w muzeum!

VOID z pewnością nie jest historią tak przyjemną i łatwą w odbiorze jak inne yaoi z serii Jednotomówek Waneko. Z drugiej strony nie jest to również rzecz tak złożona czy przytłaczająca jak Jelaousy albo Złamane skrzydła. To zdecydowanie coś pomiędzy. Autorka nie wzbrania się przed pokazywaniem seksu w wyraźnie gorszym świetle, jako mało subtelna próba wyładowania stresu na drugiej osobie, choć trzeba też przyznać, że czasami te odważne sceny wydają się trochę za bardzo pretekstowe, a przynajmniej ich umiejscowienie i natężenie jest trochę zbyt... zbyt. To, co się dzieje bliżej początku, zalicza się już do formalnego gwałtu, więc ciężko się czymkolwiek w pełni zachwycać. Wydaje mi się też, że trwało to o kilka stron za dużo jak na coś, co miało wzbudzić w nas konkretne emocje, a stało się takim epatowaniem dla epatowania. Mimo to jak najbardziej widać, czemu te sceny miały służyć i że seks nie stanowił dla głównego bohatera jedynie prostej, sadystycznej rozrywki. Był to jego sposób na rozliczenie się z przeszłością - okrutny i bez najmniejszej wątpliwości godny potępienia, ale jednak wynikający z tego, jak bardzo zniszczoną przez żal i niską samoocenę osobą był do tej pory Maki.

Nie lubię smutnych seksów. Smutne seksy są takie... smutne.

Dopiero gdy główny bohater jest w stanie pogodzić się z tym, co było i zrozumieć, że nie dla wszystkich ludzi jest gorszą kopią swojego brata - jak widać posiadanie bliźniaka nie zawsze wiąże się z miłymi rzeczami czy widowiskowymi zwrotami akcji - historia kieruje się do znacznie bardziej optymistycznego finału. Szkoda, że nie pokuszono się o odrobinę głębszą eksplorację świata (bo jest ogromnie ciekawy), jednak w ramach tej jednej opowieści przedstawiono właściwie wszystkie fakty, które się dla niej liczą. A że jest to yaoi z mięskiem, no to cóż... wiadomo, że największy nacisk zostanie położony właśnie na prostytucji i próbie zrozumienia, czy seks-zabawka może prawdziwie kochać, bez konieczności używania jakichś dziwnych, wbudowanych funkcji. Ale skoro człowiek wciąż jest człowiekiem, to wierzę, że odpowiedź nasuwa się sama, niezależnie od tego, jakiego happy endingu się spodziewamy. Swoją drogą to niezwykle pokrętne, że bohater, który cierpi na kompleks brata-bliźniaka, sam musi zrozumieć, że osoba o tej samej twarzy co dawny ukochany nie dzieli z nim również jego osobowości (jakkolwiek w przypadku humanoidów jest to trochę bardziej skomplikowane). I tak samo pokrętne jest to, że pewne życiowe nieszczęście dało później początek ogromnemu szczęściu, które nie miałoby szansy zaistnieć w żaden inny, mniej bolesny sposób...

Ja cię kocham, a ty gotujesz~

Kreska Zariyi na pewno należy do jednej z bardziej dopracowanych i plastycznych jeśli chodzi o zaprezentowanie ludzkiego ciała czy o wykorzystanie "kamery", aby pokazać na kadrach mangi jakieś ciekawe, pełne erotyzmu ujęcia. Z drugiej strony boli nieco fakt, że wszystkie jej mangi jak jeden mąż charakteryzują się tylko dwoma rodzajami twarzy męskich bohaterów: długowłosym seme i krótkowłosym uke (opcjonalnie mocno opalonym, krótkowłosym uke). Aż szkoda, bo kiedy autorka zaczynała przygodę z doujinami do Hetalii to... emmm... no, w każdym razie polecam je gorąco i aż dziw, że niektórzy autorzy na przestrzeni lat trochę się w swoich zdolnościach ograniczyli. Do tłumaczenia w polskim wydaniu nie mam żadnych zastrzeżeń, a i nie spostrzegłam, żeby trafiły się jakiekolwiek błędy. Nieco gorzej jest z drukiem. Co prawda na samych kadrach właściwej mangi nie dojrzałam niczego niepokojącego, bo Zariya uwielbia szarości, a jeśli już korzysta z czerni, to wkomponowuje w nią jakieś refleksy czy inne desenie, jednak jeśli chodzi o czarne strony oddzielające od siebie kolejne rozdziały, to tu już pojawiły się spore pokłady łupieżu. No cóż - chyba pozostaje mi uznać, że to tylko taka wizualizacja gwiaździstej nocy nad grobem Rena?

Spoko wodza, o porsche postaramy się na jakiejś kolejnej randce.

Na pewno cieszę się, że w VOID udało się zawrzeć tak konkretną, pełną, satysfakcjonującą opowieść o stopniowym naprawianiu psychiki jednego, skrzywdzonego przez los bohatera. Jasne, interesujący świat przedstawiony, który aż prosi się o rozwinięcie to jedno, ale w przypadku historii Makiego i Araty zostało opowiedziane chyba wszystko, co trzeba. Nie przeszkadza mi nawet to, że tak po macoszemu potraktowało postać Rena. W pewien sposób to o to właśnie chodzi, żeby pozwolić martwej osobie odejść w zapomnienie, by rany zdołały zaschnąć, a serce mogło skupić się na tej osobie, która jest teraz, tuż obok. Dodatkowo jeśli ktoś lubi konkrety (oł, dużo konkretów) i jest dość otwarty na pewnego rodzaju BDSM-owe kinki, to na pewno ta jednotomówka zaspokoi wszelki apetyt... a na koniec jeszcze uleczy serduszko, kiedy szczęśliwie dobijecie do brzegu tylnej okładki.

Iść, ciągle iść w stronę słońca... w stronę słońca, aż po fabularny kres...

Za udostępnienie mangi serdecznie dziękuję wydawnictwu Waneko.