Gra w otwarte karty - recenzja mangi Card Captor Sakura (tomy 2-4)

Od polskiej premiery Card Captor Sakury minęło już pół roku, dlatego postanowiłam sięgnąć po zaległe tomy i sprawdzić, czy przez ten czas coś się zmieniło w tej - wydawałoby się! - spokojnej i uroczej serii. Sądzicie, że Sakura wciąż zbiera karty? Że Keruś zaciąga niczym stary góral, rzucając przy tym czerstwymi tekstami, za to Tomoyo wszystko nagrywa i szczerze żałuje, że Instagram w ich czasach jeszcze nie został wynaleziony? Że drugi plan sobie istnieje i zapycha przestrzeń, żeby nie było tam tak zupełnie pusto? A guzik! Ostatnie, co można powiedzieć o seriach spod szyldu CLAMPa, to że są przewidywalne i nudne aż do samego końca. Również i w CCS wiele stereotypowych zagrań zostaje bez uprzedzenia wywróconych na nice, a warstwa obyczajowa zaczyna obrastać w dość nietypowe zwroty akcji. Tak właściwie to w sferze uczuciowej dzieje się nawet więcej niż w kwestii łapania magicznych kart, a tworzące się pairingi swoją pomysłowością zawstydziłaby niejednego scenarzystę polskich oper mydlanych...


Tytuł: Card Captor Sakura
Tytuł oryginalny: Card Captor Sakura
Autor: CLAMP
Ilość tomów: 12
Gatunek: shoujo, akcja, fantasy, komedia, dramat, szkolne życie, romans
Wydawnictwo: Waneko
Format: 195 x 135 mm (powiększony)


Sakura Kinomoto kontynuuje swoją dorywczą pracę jako magiczna dziewczynka, zbierająca rozproszone po okolicy karty Clowa - niezwykłe artefakty z zaklętymi wewnątrz mocami, które puszczone samopas są w stanie sprowadzić na świat ogromne nieszczęście. Czasami trafiają jej się prostsze robótki, czasami zdarzy się nieco trudniejsza i bardziej wymagająca pomyślunku sprawa, ale w gruncie rzeczy głównej bohaterce stopniowo udaje się powiększać zdobytą talię (przy okazji chroniąc świat od dewastacji i jednocząc wszystkie ludy... no, znacie całą resztę). Sielanka nie trwa jednak zbyt długo, ponieważ niespodziewanie w trakcie roku szkolnego do podstawówki Sakury ni stąd, ni zowąd przenosi się mrukliwy uczeń z Hongkongu, niejaki Syaoran Li, który od pierwszych sekund wpatruje się w dziewczynkę jak sroga w gnat. A jeśli uważacie, że ten bigos wciąż jest zbyt mało doprawiony, to już lecę wyjaśnić, że Syaoran również zdaje sobie sprawę z istnienia Clowa i pozostawionego przez niego czarodziejskiego majdanu. Ba! Chłopak ma wielką chrapkę na to, żeby przejąć zdobyte przez Sakurę karty i samemu doprowadzić misję do końca, szczególnie że ród Li jest powiązany z Clowem, a konkretnie to z jego pochodzącą z Chin matką, więc odpowiednie kompetencje do tej roli ma. Czy to jednak znaczy, że można go uznać za utajonego wroga, czy jednak za specyficznego sprzymierzeńca? Czas (oraz któryś z kolejnych tomów) pokaże.

Cosplayer płakał, jak szył te cudeńka [*]

Myślałam, że Card Captor Sakura okaże się raczej prostą historią skierowaną do nieco młodszych odbiorców, w której to kolejne rozdziały będą sobie spokojnie pełznąć swoim powolnym tempem od jednej magiczną przygody z nieposłuszną kartą do drugiej, a jakaś konkretna fabuła pojawi się może na trzy tomy przed zakończeniem serii. Tymczasem autorki już na obecnym poziomie dość hojnie rozrzucają okruszki z podpowiedziami (albo przeciwnie, z dodatkowymi zagadkami), które coraz bardziej zagęszczają akcję: a to Sakurę od zakusów karty iluzji ratuje tajemniczy mężczyzna, a to okazuje się, że Toya potrafi wyczuwać duchy, a to w tle regularnie przewija się imię "Yue", mające jakieś powiązania z Kerberosem, a kto wie, czy również nie z samym Clowem... za to pod koniec trzeciego tomu do miasta przybywa nowa postać, Kaho Mizuki, która potrafi przewidywać przyszłość, a wkrótce obejmuje również posadę nauczycielki w podstawówce Sakury. Cholibka, jakaś strasznie renomowana ta szkoła, że regularnie ktoś się do niej przenosi... Niemniej od swojego ujawnienia się panna Kaho zaczyna odgrywać całkiem istotną rolę i sprawia, że zaczynam się coraz mocniej zastanawiać, jakie pobudki kryją się za jej działaniami i czy gdzieś tam faktycznie nie czyha już jakiś konkretny wróg. Może będzie nim ona, a może właśnie tajemniczy/tajemnicza "Yue"?

Bo porządna franczyza nie może istnieć bez choćby jednej oficjalnej ilustracji w klimatach Alicji!

Nie spodziewałam się również, że tyle miejsca zostanie w CCS poświęcone... romansom! I to wszelkiej maści oraz wielokątowości! W recenzji pierwszego tomu polecałam Sakurę dzieciakom - dziś nie jestem już tego taka pewna, ale to raczej przez fakt, że związków jest naprawdę sporo i to w tak nietypowych konfiguracjach, że nie nadążyłabym tłumaczyć małoletnim czytelnikom, co się tak właściwie dzieje. Sakura podkochuje się w Yukito - wiadomo, tym fajnym koledze głupiego, starszego brata - i uważam to za całkowicie normalne w jej wieku. Tomoyo czuje do Sakury miętę i na swój sposób więź między dziewczynkami ma prawo rozkwitać w ten sposób. Nawet to, że Toya i Yukito wydają się być dla siebie kimś więcej niż tylko spoko przyjaciółmi jest zaznaczone w bardzo łagodny, przystępny, ale mimo wszystko podprogowy sposób. Rodzice Sakury poznali się, kiedy on był nauczycielem w jej liceum, a potem wzięli ślub, mimo że ona miała zaledwie szesnaście lat - no cóż, bywa i tak, choć z pewnością w wielu miejscach wywołałoby to spory skandal. Natomiast kiedy trafiłam na przypadek dziesięcioletniej Riki, która potajemnie utrzymuje związek z panem Teradą, jej nauczycielem (co najmniej dwudziestoletnim gościem, a kto wie, czy w hardkorowym przypadku nie mógłby nawet uchodzić za jej ojca)... no to wtedy zaczęłam się poważnie zastanawiać, czy to już nie podpada pod pedofilię i gdzie właściwie znajduje się kres tego pairingowego szaleństwa. A i tak nie wymieniłam jeszcze drugiej połowy równie zaskakujących miłości, więc serio - panie z CLAMPa ani trochę się nie oszczędzały i dały upust wszelkim kumulowanym przez lata żądzom, tworząc wielokąt tak wielowarstwowy, że poziomem skomplikowania nie ustępuje nawet brazylijskim telenowelom.

Ale trzeba przyznać, że nawet po teksty na podryw pan profesor sięgał do podręcznika.

W pierwszym tomie sposób prowadzenia dialogów wydawał mi się jeszcze odrobinę staroświecki i wymuszający na bohaterach tworzenie gagów (było nie było, początki mangi sięgają 1996 roku), jednak wraz z kolejnymi częściami fabuła zyskuje właściwe tempo, a i zbieranie kart staje się coraz trudniejsze i bardziej interesujące. To już nie tylko mini-potyczki, w których trzeba znaleźć sposób na pokonanie oponenta, ale często taka samoświadoma karta wie, gdzie powinna uderzyć dziewczynkę, żeby zabolało ją to najmocniej - i nie zawsze chodzi po prostu o część ciała, ale również o urazy mentalne. Dzięki temu możemy obserwować rozwój charakteru Sakury pod wieloma różnymi kątami: poprzez relacje z innymi postaciami, które pomagają jej bądź są celem ataków kart; przez dostosowywanie się Sakury do danych sytuacji i korzystanie z możliwości zdobytych z czasem mocy, ewentualnie przez konfrontację z jej własnymi słabościami jak strach przed duchami czy tęsknota za mamą. Jestem naprawdę mile zaskoczona kierunkiem, jaki seria obrała, a dodatkowo zaczynam coraz lepiej rozumieć powiązania Card Captor Sakury z Tsubasa Reservoir Chronicle i dokąd to w efekcie zaprowadzi naszych bohaterów.

I am the Bone of my Sword~

Szczerze podziwiam rysunki CLAMPa i sposób, w jaki autorki się rozwijają - niby manga ma już swoje latka, niby oczy bohaterek wciąż zajmują nieprzeciętnie duży procent twarzy, ale nie umiem oprzeć się tej atmosferze oraz słodyczy, która wylewa się z każdego kadru, lecząc praktycznie wszystko, co tylko napotka na swojej drodze, od jesiennej chandry po zaawansowany katar. Jedynie, co wprawia mnie w regularną konsternację, to to, że dorośli bohaterowie cierpią na spiczaste podbródki... oj tak... właściwie im wyższy stopień naukowy delikwenta, tym poważniejsze jest schorzenie, dlatego Toya i Yukito praktycznie nie mają się czego obawiać, pan Terada zwykle miewa dość topornie rysowaną mordkę i fryzurę ala detektyw Rutkowski w latach swojej minionej świetności, za to tatko Kinomoto mógłby swoją szczęką ryby filetować. Na szczęście główne skrzypce grają dzieciaki, więc to tylko taki drobny minus, który i tak potrafi rozweselić dzień. Warto za to wspomnieć, że polskie wydanie z pięknymi, perłowymi obwolutami wciąż wypada obłędnie, a ilość kolorowych ilustracji (jedenaście stron w KAŻDYM TOMIKU! normalnie jak jakie wielopaki z Biedry!) oraz pięknych dodatków (Sakura zbiera karty, zbieram i ja) to praktycznie ewenement na skalę całego rynku.

Łeee tam, nieprzytomnego całować to przecież żadna radocha... dla strony nieprzytomnej, rzecz jasna.

Jak na taką babcię wśród mahou shoujo, Card Captor Sakura starzeje się bardzo ładnie i z klasą, nie ustępując wcale swoim nowszym koleżankom po fachu. Graficznie to nawet niejedną młódkę zjadłaby na śniadanie, no i warto docenić fakt, że za dawnych czasów magiczne dziewczynki same dbały o outfit na każdą misję, a nie tylko zrzucały odpowiedzialność na magiczne berło i czekały na gotowe. A skoro jest ślicznie, uroczo i intrygująco, to mamy gotowy przepis na solidnego przedstawiciela gatunku, który daje masę dobrej rozrywki w połączeniu z ucztą dla oczu. Z radością będę więc pielęgnować swoją manię zbieractwa, bo na ten tytuł zdecydowanie warto się szarpnąć.

Tylko proszę, niech się gdzieś w trakcie nie okaże, że Kerberos po kryjomu spiknął się z którąś z pań ochroniarek od Tomoyo... bo jestem w stanie uwierzyć, że ktoś by na to wpadł, pamiętając przypadek quasi-zoofilii w Kobato...

Tylko jak ja tymi kartami będę mogła sobie pasjansa stawiać...

Za udostępnienie mangi serdecznie dziękuję wydawnictwu Waneko

Publikowanie komentarza

0 Komentarze