Już taki jestem zimny drań! - recenzja mangi Kolekcja łajdaka (jednotomówka)

Horrory można podzielić na dwa główne nurty - slashery, w których dominują żądne krwi potwory nafaszerowane dużą ilością rogów, szponów oraz kłów (ewentualnie zastępuje się je seryjnymi mordercami czy tam innymi nie radzącymi sobie z makabrycznymi skłonnościami klaunami (to praktycznie zawsze są klauny)) oraz nieco bardziej stonowane, ale wciąż mocno niepokojące dreszczowce, gdzie najstraszniejszym elementem fabuły okazuje się ludzka psychika. Te drugie wydają się mimo wszystko nieco bardziej ciekawe i nietuzinkowe, bo przez zagadki można pokazać znacznie bliższe nam problemy, a pod płaszczykiem metafor - ukryć zaskakującą puentę dotyczącą naszych własnych przywar. Miło więc widzieć, że i w mangach coraz chętniej wykorzystuje się te motywy, a obok Junjego Ito i jego "body horroru" wyrastają także nowi autorzy, którzy bawią się formą i z pomocą wyrazistych rysunków prezentują także przystępniejsze takim strachałjom jak ja opowieści grozy. Kolekcja łajdaka zdecydowanie się do tego kierunku zalicza, a chociaż nie znajdziecie tu żadnych obrazowych flaczków ani potworów prosto z szafy, to wciąż nie jest to zupełnie grzeczna historia. Oj, nie...



Tytuł: Kolekcja łajdaka
Tytuł oryginalny: Akudou Bunko
Autor: Motoi Tanaka
Ilość tomów: 1
Gatunek: thriller, seinen, psychologiczny, dramat
Wydawnictwo: Waneko
Format: 195 x 135 mm (powiększony)


Młoda redaktorka Akisato ma za zadanie wykazać się w pracy i znaleźć kilku młodych, utalentowanych pisarzy, których książki można by było wypromować pod szyldem wydawnictwa Touyou. Z tego też powodu kobieta zapuszcza się do Jinbouchou - klimatycznej, nieco osobliwej dzielnicy miasta skupiającej w sobie drukarnie, księgarnie czy wiekowe antykwariaty. Jeden z takich zaniedbanych sklepów z książkami, który okazuje się dawną siedzibą wydawnictwa "Kolekcja łajdaka" (tak, to nazwa firmy), prowadzi samotnie nie byle kto, bo Shinri Tobayama, autor niesamowitego, nietuzinkowego i podziwianego (również przez Akisato) dzieła pod tytułem Wijąc się. Chociaż powieść zachwyciła masę czytelników oraz krytyków, to sam Tobayama nigdy nie zdecydował się stworzyć jakiejkolwiek innej książki. Mimo to pełna optymizmu Akisato dostrzega w tym szansę i dopinguje pisarza, aby ponownie chwycił on za pióro. I faktycznie, Tobayama coraz częściej zachowuje się jak pod wpływem silnego natchnienia, jednak o dziwo dzieje się tak jedynie przy styczności z jednostkami nie do końca prawymi. Można się więc domyślić, że ten nietypowy duet redaktorsko-pisarski będzie coraz częściej podążać śladami spraw, które powinny raczej zainteresować... cóż... policję.

Białowłosy bisz z pokrętnym uśmieszkiem (razy dwa!), czyli trochę taki Joker na miarę mangowych możliwości.

Przyznam, że nie jest to łatwa w odbiorze jednotomówka. Ponieważ skupia się na targających ludźmi emocjach - tych raczej mało pięknych, jak zazdrość, małostkowość, zagubienie, żądza czy poczucie niższości - dlatego trzeba być przygotowanym na to, że kreacje bohaterów raczej nie będą czymś, co podniesie nas na duchu. Komiks przypomina raczej kompendium wiedzy o wszystkim tym, co w ludziach potrafi być najgorsze, łącznie z dziwnymi fetyszami i problemami psychicznymi. Co ciekawsze przypadki drugoplanowych postaci, z którymi stykają się Akisato i Tobayama, eskalują w tempie dość zastraszającym: na początku chodzi jedynie o zazdrosnego mężczyznę, który trochę nieświadomie dręczy innych ludzi, a na końcu dochodzimy do morderstw pełną gębą. Wszystko to zasługa pana pisarza-samozwańczego-detektywa, który ma dziwną skłonność do tego, aby prowokować napotkanych ludzi do zatracaniu się w poczuciu winy bądź szale. Dodatkowo zastosowany język jest dość mocno stylizowany ni to na poezję, ni to na filozoficzne dywagacje, dlatego polecam mieć do lektury odpowiednie nastawienie i chłonną głowę. Mimo to nie ustrzeżono się od pewnych błędów. Na stronie 79 pojawia się zdanie "Te rany są skupione po wewnętrznej stronie rąk." chociaż widać, że bohaterka ma je obklejone plastrami z praktycznie każdej możliwej strony (a na pewno nie tylko od wewnątrz). Na stronie 107 jest znów "Rana, która pojawiła się u mnie kilka dni wcześniej, jątrzyła." - w tym przypadku brakuje na końcu "się", żeby wskazać, że to sama rana się pogarszała, a nie że "jątrzyła" na zasadzie "skłócała ze sobą". Na stronie 210 zauważyłam znów przecinek postawiony w złym miejscu przy "To teraz masz, to na co zasłużyłeś."

O! Siemka! Najwyraźniej Baal z Herezji miłości znudził się brakiem kontynuacji swojej serii i postanowił wystąpić tu gościnnie.

Polskie wydanie wygląda bardzo gustownie - opasły tomik ma 270 stron i jest zaopatrzony w stylową, matową obwolutę. Nie miałam problemów z czernią w druku, a jeśli już coś delikatnie utrudniało czytanie, to font wykorzystywany w tych "groźniejszych" dialogach (jak widoczny choćby na zdjęciu powyżej). Historia jest podzielona na kilka rozdziałów, z których każdy skupia się na innym człowieku oraz zżerającej go słabości. Kreska  naprawdę pasuje do tego typu opowieści - w momentach, w których autor musiał budować nastrój lub pokazać wykręcające twarze emocje, wprost nie sposób oderwać oczu od wyrazistych kadrów, wyglądających niczym żywcem wyjęte z sennego koszmaru. Szczególnie wielkie wrażenie robią te, w których mangaka pokusił się o jakąś delikatną metaforę wypełzających spod ubrań robaków bądź demona szepczącego na uszko niecne rzeczy. Kiedy znów atmosfera robi się luźniejsza, dominują nieco bardziej szkicowe rysunki, a i czasami pojawi się jakiś luźniejszy chibik (za co odpowiada głównie radosna i kompletnie nieuświadomiona Akisato). Jako że w portfolio autora Kolekcja łajdaka jest to praktycznie jedyna praca (nie licząc pojedynczego one-shota z 2013 roku), dlatego trzeba mieć na uwadze, że czasami zdarzają mu się pewne błędy anatomiczne. Widać jednak, że ma olbrzymi potencjał i smykałkę do rysowania twarzy o demonicznych rysach.

A najlepiej ogląda mi się kotlety schabowe oblane czerwienią zachodu słońca...

Przyznam jednak, że nawet jeśli autor powołał do życia niezwykle ciekawą kreację tutejszego detektywa, to nie w każdym punkcie dało się poprawnie wyegzekwować to, jak działa w świecie przedstawionym. Po pierwsze - chociaż dowiadujemy się, skąd został zaczerpnięty pomysł na fabułę Wijąc się, to jednak nie mamy pojęcia, kto, czemu i jakim cudem nakłonił Tobayamę do przerobienia jej na książkę. Po drugie - nigdy nie zostaje wyjaśnione, czemu właściwie wydawnictwo stało się sklepem i przeszło pod opiekę pisarza (który ma dość wylane na sprzedaż książek), przez co ma się wrażenie, że tło jest rzeczą bardzo umowną i przygotowaną wyłącznie na potrzeby spotkania głównych bohaterów. Po trzecie - postać Akisato wydaje się być zrobiona bardziej na doczepkę i służy tylko temu, żeby czytelnik mógł się utożsamiać z jej zaskoczonymi reakcjami. Dlatego o ile postacie drugoplanowe mają jakąś głębię, a ich postępowanie daje czytelnikowi mocno do myślenia, to najbardziej kulejącymi elementami mangi są właśnie ci, na barkach których spoczywa ciężar prowadzenia fabuły. Nie powiem, że są kompletnie źli czy coś, ale ani nie czuć między nimi wyjątkowej chemii, ani nie próbują wydostać się poza ramy zdefiniowanych na samym początku charakterów. Ot, Akisato pozostaje tą łatwowierną optymistką, a Tobayama ma na wszystko kompletnie wylane, no chyba że akurat podnieci się ciemną stroną duszy jakiegoś nieszczęśnika.

Kiedy jest jeszcze tyle mangów do przeczytania i zrecenzowania!

Wydaje mi się, że nie jest to pozycja dla każdego, ale o to przecież w wytworach kultury chodzi, żeby trafiały do konkretnej grupy odbiorców - a w tym przypadku powinni się nią zainteresować czytelnicy nastawieni na dramat psychologiczny zmieszany z kropelką intensywnego szaleństwa. Jeśli lubicie historie z lekkim dreszczykiem bądź przyjemność sprawiają wam sytuacje, kiedy bohaterowie motają się niczym te ćmy lecące do ognia (których ostatecznie i tak nie czeka nic dobrego), to tu poczujecie się jak w domu. Kolekcja łajdaka wpisuje się bowiem idealnie w mangowy kanon groteskowego piękna znanego chociażby z takiego Tsumitsuki bądź z Tokyo Ghoula. I chociaż nie wiem, czy będę wracać do tej historii, to jednak parę kadrów na zawsze utkwi mi w pamięci - oby wyłącznie jako przestroga, żeby nigdy nie życzyć bliźniemu, co samej sobie jest niemiłe.

Za udostępnienie mangi serdecznie dziękuję wydawnictwu Waneko.

Publikowanie komentarza

0 Komentarze