Bo takich trzech jak one to nie ma ani jednej - recenzja mangi Magic Knight Rayearth (tom 1)

Moja przygoda z CLAMPem wydaje się o tyle skomplikowana, że wcale nie sięga jakiejś głębokiej młodości i wiąże się z zaczytywaniem się w takich klasykach jak X czy Tokyo Babylon, tylko jest znacznie bardziej niechronologiczna, przypadkowa i niepełna. Zaczęło się chyba od polskiego wydania Kobato, potem nadrobiłam na porządnie Tsubasę i xxxHolic, aż wreszcie doszłam do Magic Knight Rayearth, z którym zetknęłam się po raz pierwszy zaledwie trzy lata temu. Wciągnęłam skany obu serii praktycznie ciągiem, więc ogólnie rzecz biorąc - dobrze pamiętam wszystkie plottwisty, jednak zupełnie nie jestem w stanie przypomnieć sobie detali, żartów czy postaci pobocznych. Że istnieje anime, to docierało do mnie piąte przez dziesiąte, jednak poza muzyką z openingu nie umiałabym powiedzieć o nim absolutnie nic. Czemu spowiadam się z tego nudnego kawałka życia, który nikogo nie interesuje? A bo daje mi to ciekawe pole do popisu przy recenzji, kiedy z tą skromną wiedzą ponownie stawiam czoła MKR, tym razem jako pełnowartościowe wydanie mangi w Polsce. Pierwszy tom, póki co. Ale gwarantuję już w tym miejscu, że szykuje się zakup kolejnych.


Tytuł: Magic Knight Rayearth
Tytuł oryginalny: Magic Knight Rayearth
Autor: CLAMP
Ilość tomów: 6 (zawiera Magic Knight Rayearth i Magic Knight Rayearth 2)
Gatunek: przygoda, dramat, fantasy, mecha, shoujo, supernatural
Wydawnictwo: Waneko
Format: 195 x 135 mm (powiększony)


Tokyo Tower, rok 1997. Już wtedy było to miejsce oblegane przez turystów, dlatego raczej nie dziwi fakt, że nagle w jednym miejscu zebrało się kilka wycieczek pochodzących z różnych, mniej lub bardziej prestiżowych szkół. Wtedy też mała, energiczna gimnazjalistka, Hikaru Shidou, dostaje od pewnej sympatycznej okularnicy drobniaka, aby mogła sobie popatrzeć przez płatną lornetkę na miasto. Hikaru jest poruszona tym gestem, dlatego decyduje się pobiec za nieznajomą, aby jej podziękować. W międzyczasie natyka się na jeszcze inną, długowłosą uczennicę, elegancką niczym dama z wyższych sfer, a kiedy przez przypadek spojrzenia tychże trzech dziewczyn się krzyżują, nagle za oknem wieży pojawia się oślepiające światło, głos znikąd wzywa Magicznych Rycerzy o przybycie, a trzy protagonistki zostają wessane przez podłogę, aby znaleźć się… no, chyba już wiecie - w magicznym świecie, tutaj akurat zwanym Cephiro. Hikaru, Fuu oraz Umi (bo tak nazywają się pozostałe bohaterki) trafiły do tej krainy za przyczyną uprowadzonej księżniczki Emeraude, która ma jedno, jedyne życzenie - żeby legendarni Rycerze ocalili ten świat.

Prześliczna zakładka od Waneko dopasowana do klimatów (i rozmiarów) lektury :3

Chociaż można sobie śmieszkować, że Magic Knight Rayearth są takim trochę protoplastą gatunku isekai (kiedyś się mówiło o mahou shoujo, ale ja wiem swoje), to jednak już hen, na początku istnienia motywu z przenoszeniem ziemskiego nastolatka do magicznego świata, seria MKR poczynia sobie bardzo nieszablonowo. Po pierwsze - to ślicznie narysowana, zupełnie zakończona manga, nie jakaś produkowana po ciemnych kątach light novel, która najprawdopodobniej nigdy nie doczekałaby się finału. Po drugie - do ratowania księżniczki przydzielone zostają zdolne, ładne dziewczęta zamiast beznadziejnego licealisty, który do tej pory hodował mech gdzieś na dnie szafy. Po trzecie - dziewczęta są aż trzy, no bo po co się ograniczać, skoro w kupie siła? Same pozytywy. A że bohaterki są sympatyczne (serce póki co skradła mi Hikaru, która nie jest głośna i nerwowa, jak można by się było spodziewać po tym archetypie niskiej postaci, ale bije od niej ciepełko, jest uprzejma i umie działać w razie zagrożenia), to aż chce się poznawać ich losy.

Wyższy poziom czytelnictwa, czyli jak ładnie mangi CLAMPa wkomponowują się w biblioteczkę.

Trzeba też przyznać, że fabuła dość raźno gna przed siebie, co w tym przypadku jest dużą zaletą. Zresztą, nie ma się co czarować, bo przecież od początku wiemy, o co w tym bajzlu będzie chodzić: zdobądź moce, pokonaj kilku poślednich przeciwników, sklep buźkę arcywrogowi, wróć do swojego świata. Kluczem do sukcesu tej mangi jest jednak to, jak w sposób nieoczywisty bawi się tymi schematami. No bo Magiczni Rycerze są kobietami, wiele z istotnych drugoplanowych postaci też, mamy sporo żartów z zasad rządzących grami RPG (i to na długo przed powstaniem takiej KonoSuby), a pod koniec trzeciego tomu szykują się takie plottwisty, że się tego absolutnie nie spodziewacie. No chyba że czytaliście już MKR, wtedy się spodziewacie. Myślę też, że to głównie dla tych dalszych tomów fabuła na tym poziomie się nie certoli, jednocześnie rozpylając przed czytelnikami zasłonę dymną z rodzaju “tę historię pewnie oglądaliście już dwadzieścia razy”. Jedyne, co może ewentualnie razić, to humor. Raczej nie wspina się on na wyżyny współczesnych możliwości, ale o dziwo w tłumaczeniu udało się to wygładzić na tyle, że slapstickowe scenki sobie są i są sympatyczne. Nie wybijają z rytmu zapoznawania się z fabułą, a czasami można dzięki nim poczuć taki łagodny, nienachalny powiew nostalgii, że kiedyś to się robiło facepalmy pełną gębą... dosłownie.

Księżniczka miałaby je w opiece, gdyby akurat nie siedziała w innym zamku (cytując klasyka).

Manga ma format powiększony, z bardzo ładną, matową obwolutą ozdobioną lakierem wybranym w miejscu głównego rysunku oraz napisów - sprawia to, że ten trochę toporny projekt zmienił się w coś naprawdę eleganckiego. Niestety ani pod obwolutą, ani wewnątrz tomiku nie znajdziemy już żadnych kolorowych ilustracji - taka specyfika tego konkretnego wydania, nie kwestia złej woli wydawcy (tym bardziej że, spojlu spojlu, w Card Captor Sakurze jest tych kolorowych stron aż 11). Mimo upływu lat rysunki dalej sprawiają niesamowite wrażenie i cieszą oko, co zdecydowanie zasługiwało na sprezentowanie tej mangi w formacie praktycznie A5 (a nie, jak biedna Kobato, w notesie). I w ogóle kiedyś to były czasy, że wszystkie rastry robiło się ręcznie, a przy tworzeniu projektów postaci nie uciekało się od tworzenia im na strojach milionów wypiździałków... Do tłumaczenia też się nie przyczepię, jest bardzo płynne i uniwersalne oraz, jak już wspominałam, doskonale podreperowuje leciwość humoru z końca ubiegłego wieku. Onomatopeje są za to zrobione zwyczajnie po mistrzowsku. Tak, odważę się zaryzykować takie stwierdzenie, bo mam na to solidne argumenty - chociażby scena, kiedy Hikaru walczy z Alcyone. Tutejsze "WUUUS" czy “SZUCH”, jak również wiele innych odgłosów, zwykle wydawanych podczas walk, jest wkomponowywana w obrazki, a nie tylko na nie nałożona, co sprawia, że mamy do czynienia z praktycznie drugim One-Punch Manem. Kto by się spodziewał po tytule sprzed ćwierć wieku, co nie?

Zwróćcie uwagę na to, że onomatopeje na lewej stronie znajdują się za postacią bohaterki. Normalnie magia, no! Prawdziwa!

Bardzo cieszę się z tego, że mimo wcześniejszych perturbacji CLAMP ponownie wraca do Polski i uważam, że póki co wybór tytułów zapowiedzianych przez Waneko jest wyjątkowo trafiony. Sakura i MKR to serie z przystępną liczbą tomów, o ustanowionej renomie, kresce starej, ale najzupełniej jarej i uniwersalne mimo upływu lat względem zaprezentowanych historii. A co do MKR konkretnie - w dobie, kiedy co sezon anime mamy nowy wysyp tytułów isekai, praktycznie nie ma lepszego momentu, żeby sięgnąć sobie po taką niby klasykę gatunku, która jednocześnie bije młodziaków na głowy. I piszę to ja, która nie dała się nabrać na żaden czar wspomnień i nostalgii za bajką puszczaną na RTLu czy co to tam było. Magic Knight Rayearth to po prostu manga dobra dla każdego: dla fanów fantasy, dla koneserów staroci, dla ludzi, którzy lubią czytać “jak siem bijom” i nawet dla spragnionych romansu znajdzie się sporo ciekawych kąsków. Jakkolwiek nie zniechęcajcie się po pierwszym, mocno wprowadzającym w burdel tomie - pionki są rozstawiane pod szach-mat w trzecim.

Za mangę serdecznie dziękuję wydawnictwu Waneko

Publikowanie komentarza

6 Komentarze

  1. Też się cieszę, że dostajemy po takim czasie CLAMPa w Polsce! Co prawda panie znam tylko z Kobato, bo zawsze jak chciałam zapoznać się z innymi dziełami, to miałam pod górkę z różnych powodów, ale teraz zamierzam z radością zapoznać się zarówno z Sakurą jak i MKR. :D
    Wydania wyglądają naprawdę prześlicznie! Nie mogę się doczekać tych dwóch tomików na mojej półce. ;w;

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No i lepsza jest taka klasyka niż niektóre nowoczesne eksperymenty ;) Dobrze, że chociaż tyle z nowości Waneko jest miłego.
      Sakura jest jeszcze cudowna do miziania, ale nie chcę psuć niespodzianki - zresztą, z tego też zrobię recenzję, ale ciutkę później, bo jeszcze mam inne notki w kolejce do zrobienia :3

      Usuń
  2. Styl CLAMPa to jest dokładnie to, co moja mama uważa za „styl mangi”. I nie, to nie przytyk ani nic, tak tylko rzucam faktem – jak kiedyś spojrzała na coś bardziej współczesnego jak oglądałam, to się zdziwiła że „małe oczy” jak na mango.

    I tak, jak napisałaś o tym wciągnięciu przez podłogę to też moją pierwszą myślą było „o, isekai”, no i akapit niżej o tym piszesz :’D A z onomatopejami fajna sprawa, faktycznie ładnie to wygląda.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I twoja mama ma słuszność (swoją, ale ma) XD Zresztą, też bym uznała CLAMPa za taki czysty, skoncentrowany wyciąg z tego, jak manga jest postrzegana przez statystycznego Kowalskiego. Wielkie oczy, dużo krzyków, mocno naćkanego wszystkiego. Jak dobrze, że żyjemy w lepszych czasach dla grafiki w mangach ^^"

      To jest tak bardzo isekaiowate, że bardziej isekaiowata byłaby już tylko nagła śmierć w dziwnych warunkach i odrodzenie się na miejscu ;)

      Z onomatopej przy czytaniu skanów nie zdawałam sobie sprawę (z oczywistych raczej względów - nikt się nie gapi specjalnie w cienkie krzaki), ale w polskim wydaniu to naprawdę zgrabnie ujęli. Miło bardzo :3

      Usuń
  3. Zdecydowanie muszę swoją znajomość z CLAMPem odświeżyć, bo jak tak próbuję sobie coś przypomnieć, to tak trochę słabo cokolwiek kojarzę. Wiem, że na pewno była Kobato i chyba kilka Chiobits (na półce są wszystkie, ale czy przeczytanie...?) No czarna dziura. XD
    W każdym razie, wcześniej czy później po MKR czy Sakurę sięgnę. Szczególnie, że tak ładnie się prezentują. :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. *klepie się w czółko* Jasna-ciasna! Chobits! Zapomniałam, że czytałam XD Teraz nie dość, że leży na półce w domu rodzinnym, to jeszcze gdzieś za drugim rządkiem zrobionym z One Piece'a. Jak się tego CLAMPa prześledzi, to w Polsce go jednak troszkę (jest jeszcze urwany X oraz Wish), choć to były początki powstawania rynku. W sumie to nawet lepiej było tyle poczekać, ale już dostać takie porządne, duże tomiki :)

      Usuń