I jeszcze jeden, i jeszcze raz! - podsumowanie sezonu anime (jesień 2018)

Witajcie cieplutko w nowym, kwartalnym podsumowaniu! Gdzieś tam, na zapleczu, przygotowuje się właśnie podsumowanie roczne, ale póki co skupmy się na tym, czym żyliśmy przez ostatnie trzy miesiące. A trzeba przyznać, że miniona jesień przysporzyła nam dużo niespodzianek - jak zwykle nie obyło się bez serii, na widok których ręce same rwały się do poszukiwań szuflady ze sztućcami, ale znalazło się również sporo pozycji, które ogrzewały nasze serca skuteczniej niż narzucony na plecy koc. Jeśli więc jesteście ciekawi, co na ten temat ma do powiedzenia Podajnik, to trafiliście pod właściwy adres. Znajdziecie tu bowiem kilka subiektywnych opinii o 15 zakończonych (ważny warunek) seriach. Jedynie Tsurune wymknęło się nieco spod kontroli i jego emisja zakończy się dopiero w styczniu, ale to niestety była wina tajfunu, który nawiedził Japonię w październiku. Na szczęście obyczajówkom to aż tak nie szkodzi, więc wspomniałam tu także i o licealnych łucznikach. Na kolejny sezon przechodzą za to SAO: Alicization, TenSura i Przeminęło z wia... znaczy, Kaze ga Tsuyoku Fuiteiru. Sprawdzą się jako żelazne zapasy w razie zimowych niewypałów.

W porządku, w porządku. Przecież zimą też na pewno znajdą się fajne serie do oglądania.

 

Anima Yell!

Kiedy doping nie wystarcza, warto tak na wszelki wypadek obłożyć przeciwnika klątwą.

Kohane jest bardzo radosną, uwielbiającą pomagać dziewczyną, która pod koniec gimnazjum natrafia na mecz, gdzie grupa cheerleaderek tańczy i wykonuje niesamowite pozy, mające zagrzewać zawodników do walki. Tak bardzo natchnęło to Kohane do działania, że w nowym liceum zapragnęła dołączyć do klubu cheerleaderingu! Gorzej, że takowy nie istnieje. Ale od czego jest przecież pozytywne nastawienie, szczypta uporu oraz przypadek, aby w tej samej szkole, którą się wybrało, natrafić na jedną z cheerleaderek, która pchnęła główną bohaterkę do tego marzenia?

Spodziewałam się mało ambitnego, pociesznego anime, a dostałam… no, w sumie to mało ambitne, pocieszne anime. Ciężko przyrównywać Anima Yell! do perełek w stylu Yuru Camp czy Yama no Susume, gdzie słodkie dziewczynki robią naprawdę ciekawe, inspirujące rzeczy, ale też chyba nie na tym seria o cheerleaderkach chciała się skupić. Tutaj mimo wszystko o wiele bardziej eksponowano leciwy, szkolny humor (przez trzy czwarte danego odcinka), który wieńczyło przekazywanie podniosłych prawd zalatujących jakimś Paolo Coelho (na finał danego epizodu). Nic odkrywczego, ale jednocześnie nic, co obrażałoby inteligencję widza czy wywoływało u niego grymas niezadowolenia. Animacja nie wygląda na mega szczegółową, ale jest względnie przyjemna - typowy poziom Doga Kobo, któremu nawet jak się mocno nie chce, to każde anime z uroczymi dziewczynkami przerobi na żyłę gadżetowego złota. Niesamowicie przyjemnie wypadają na tym stabilnym tle opening i ending, które od razu wpadają w ucho i posiadają bardzo fajne elementy wizualne zgrywające się z tematyką serii (chociażby klaskanie bohaterek w rytm muzyki to prosty, ale niewątpliwie skuteczny trik). I cóż można rzecz… to… w porządku bajka? Nie żeby ją mocno przeżywać czy czekać na seans z tygodnia na tydzień, ale kiedy jesteście nie w sosie, to licealne cheerleaderki powinny poprawić wam humor i zagrzać do działania.

5/10 - dostałam dokładnie to, czego się spodziewałam, więc nie mam więcej żalów do produkcji.

Banana Fish

W tej serii igranie z bananami to dość... śliska sprawa.

Nowy Jork, współczesność, ciemne zaułki rządzone przez bezwzględne gangi. Gdzieś tam, pomiędzy standardowym, życiowym szambem, zaczynają się dziać pewne niepokojące incydenty, które łączy jedna nazwa - Banana Fish. Młody, lecz piekielnie ambitny Ash Lynx, który dowodzi znaczną częścią gangsterskiego podziemia, zdaje się bardzo interesować całą sprawą, tym bardziej że jego "przybrany" ojciec, papa Dino, mocno macza w tym palce. Jednocześnie do miasta przybywa fotograf Ibe wraz ze znajomym studentem, Eijim Okumurą, aby przeprowadzić z Ashem wywiad. Spotkanie dwóch światów stanie się jednak początkiem końca na znacznie większą skalę, niż się początkowo mogło wydawać.

Raczej nie nazwę Banana Fish złą historią, bo to by była stanowcza przesada, tylko mocno  nierówną i momentami skupioną nie na tym, na czym by mi jednak najbardziej zależało. A zależało na wartkiej akcji i gangsterskim konflikcie o nowy, niezwykle niebezpieczny narkotyk, nie na kopaniu zakochanego kotka przez trzy czwarte seansu. Początek był naprawdę świetny, odkrywane stopniowo machlojki budowały klimat, tylko gdzieś połowie serii złapałam się na myśli, że przedstawieni antagoniści są tak kiczowaci i mało przekonujący, że cały dramatyzm wypada zwyczajnie sztucznie... Tak, Arthur, na ciebie patrzę, na ciebie i ten angstowy plan z zakutym w łańcuchy Ashem tak bardzo rodem z mokrego snu nastolatka o BDSM! Papa Dino zresztą wcale nie wypadł lepiej, a jego pobudki stają się z czasem zwyczajnie sprzeczne - jakby ktoś liczył na to, że się zapomni, że jest to gościu zajmujący się handlem i prostytucją małych chłopców. Wolałabym coś znacznie bardziej niejednoznacznego jak początek wątku z Yut-Lungiem (który ostatecznie też skopano, ale głównie dzięki okropnej roli Fukuyamy Juna, ych, tragiczne były te jego zmiany tonacji). Ilość męskiej obsady, która regularnie gwałciła Asha, wprawiła mnie ostatecznie w silne osłupienie, a Eiji-dama-wiecznie-do-ratowania, który dekretem Plot Armoru wychodził cało z każdej opresji, osłabił mnie już po drugim uprowadzeniu. Finalnie otrzymałam dramo-romans z mało ambitnym powieleniem kiczowatych arców co kilka odcinków (w tym “Ash jest uwięziony”, “Ash tropi przeciwników, których likwiduje jak Rambo”, “Ash i Eiji mają sielskie życie”, “porwij Eijiego”, "poważnie zrań Eijiego/Asha" i tak z pięć razy w różnej kolejności). No a tytułowy narkotyk? Łeee, kto by się tym przejmował, przepadł gdzieś po drodze... Pochwalę za to grafikę i przełożenie mało dynamicznej mangi na świetny świat z anime. Studio MAPPA, jak to studio MAPPA, oczywiście miało swoje wzloty i upadki na ryło - częściej upadki - ale tragedii jak w YoI jednak nie było. Ostatecznie jednak mój hype umarł śmiercią naturalną, a Bananowa Rybka idzie do loży honorowej, które kochały za mocno i starały się trochę za długo, żeby wyszedł z tego konkret.

7/10 - czy to już jest sentyment, czy może raczej taki szacunek, że w ogóle podjęto się tematu adaptacji starej mangi z niezbyt słodziaszną fabułą? Może i to, i to. Głównego pairingu miałam jednak trochę dosyć, bo zasłaniał wszystkie inne wątki.

Dakaretai Otoko 1-i ni Odosarete Imasu.

Stasiu, ja wcale nie płaczę, mi się tylko tak... oczy pocą... od zezowania...

Saijou Takato od pięciu lat niepodzielnie dzierży tytuł "Mężczyzny, Przez Którego Chciałoby się Być Przytulonym" - a przynajmniej tak było do tej pory, bo szóstego roku został zepchnięty na miejsce drugie przez Azumayę Juntę, nową, młodą, wschodzącą gwiazdę seriali. Oczywiście Saijou nie jest z tego faktu w ogóle zadowolony (ba, ma wyraźny kompleks), dlatego postanawia pokazać młodemu aktorowi, gdzie znajduje się jego miejsce. A szybko wychodzi na to, że to miejsce będzie w łóżku, tuż nad rozebranym Saijou.

Porzućmy na razie świadomość, jak zły i szkodliwy jest to tytuł, i skupmy się na samej kwestii adaptacji. I tu pojawia się gigantyczny problem - co mieli w głowach twórcy oraz producenci, decydując się na zekranizowanie mangi, która w 90% składa się ze scen (wymuszonego, a jakże) seksu, skoro potem okrajają materiał do zaledwie kilku sugestywnych jęków i krzywych zbliżeń na sutki bohaterów? I to takie nieszczególnie ładne? Jakby... no kurna, no! Chcieliście pokazać gej-bajkę pełną gębą, to ją chociaż zróbcie. A jeśli zamierzaliście zrobić łagodną serię o miłości między dwoma facetami, to macie multum tytułów, które prezentują się pod względem fabularnym czy dialogowym o kilkanaście klas wyżej niż to coś. A to tylko wierzchołek góry lodowej, bo należy jeszcze nieco wspomnieć o tragicznej reżyserii, która serwuje nam szalenie nierówny pacing (łolaboga ten plażowy ósmy odcinek!) czy poszarpane sceny bez większego ładunku emocjonalnego (szczątkowy dramatyzm scen z szóstego odcinka wolał się chędorzyć po krzakach za studiem) i udźwiękowienie, które nikogo nie obchodzi. Całość wychodzi totalnie nieprzekonująco, “miłość” między Takato a Juntą powinno się szufladkować w kategorii co najwyżej źle przedstawionego syndromu sztokholmskiego, a na takie przedstawienie biznesu filmowego to by się byle świeżak z planu “Trudnych Spraw” lewą ręką przeżegnał. Temu yaoi już dziękujemy.

3/10 - bo chociaż było tak źle, że aż śmiesznie. I tak śmiesznie, że aż strasznie...

Double Decker! Doug & Kirill

Humor w tej serii jest jak animacja - bez sensu, nie w porę i zawsze po wszystkim boli tyłek.

Anime osadzone (ponoć) w tym samym uniwersum co Tiger&Bunny opowiada o detektywach zajmujących się sprawami przestępców posiadających nadnaturalne moce. Moce te są wywoływane tajemniczym narkotykiem zwanym Anthem, a wszystkie sprawy z nim związane są automatycznie kierowane do specjalnej grupy operacyjnej SEVEN-O. W niej pracuje Doug Bilingam, który przy okazji jednej z takich akcji obezwładnienia naszprycowanego przestępcy trafia na Kirilla Vrubela, młodego, nieco zbyt energicznego policjanta z aspiracjami do zostania bohaterem.

Moje zęby trzeszczą na samą myśl o tym anime. W ogóle odmawiam akceptacji, że to się dzieje choćby w sąsiednim uniwersum co Tiger&Bunny (ponoć faktycznie się nie dzieje), bo to straszna potwarz dla serii o superbohaterach. Tutaj mamy co najwyżej super-nieśmiesznych-idiotów w ilości zatrważającej. Byłam w stanie znieść dwa odcinki, zanim serię widowiskowo rzuciłam, a potem na koniec sezonu zmusiłam się do jeszcze trzeciego, żeby już na dobre upewnić się, czy było warto. I nie było. Ten humor jest bardziej "cheesy" od świątecznego sernika mamusi, a narrator odzywający się tylko po to, żeby wypunktować "Spójrzcie! W tym żarcie chodzi o to i o to, dlatego jest taki zabawny!" powinien przejść na wcześniejszą emeryturę. No brakowało tylko śmiechu z puszki... chociaż może lepiej nie kraczę, bo kto wie, do czego doszło w dalszych odcinkach. Wszystko jest tu nie tak - od plastikowej grafiki, która z niewiadomych przyczyn łączy bohaterów tworzonych komputerowo z tymi rysowanymi, przez marne projekty postaci, gdzie najważniejszym punktem ich tworzenia było to, żeby wszyscy bohaterowie mieli wydęte usta i maksymalnie dwukolorową paletę, po fabułę, która nie oferuje nic w kwestii rozwoju charakterów czy choćby ciekawych zwrotów akcji. Tak topornej rzeczy dawno już nie widziałam i nie chcę widzieć nigdy więcej.

brak oceny, bo soczysty drop

Gaikotsu Shotenin Honda-san

Idzie szkielet z osmalonymi żebrami. Spotyka go drugi. "Co się stało?" pyta. "Miałem wczoraj pożar na klatce!"

Jeśli nie wiecie, co fascynującego może być w pracy w księgarni, to Honda - miły, bardzo przyjazny i chętnie pomagający ludziom kościotrup - wam to wytłumaczy. Codziennie styka się bowiem z sytuacjami, które absolutnie nie pozwalają mu się nudzić, a nam, widzom, zafundują mnóstwo życiowych mądrości (oraz radości). Również mangowych. Głównie mangowych.

To anime może być niedoceniane, a brak sensownej animacji nawet potępiany... Ale wiecie co? Humor tej serii zdecydowanie trafia w takiego starego, podrzędnego, pracującego dziada jak ja. Oczywiście mojej robocie daleko jest do szaleństw dziejących się w japońskiej księgarni, ale i tak doświadczając różnych sytuacji na przestrzeni Internetu czy konwentów jestem w stanie bez problemu uwierzyć w studenta z Brazylii, który ni z tego, ni z owego pyta, czemu mangi są drukowane w czerni i bieli. Przy czym muszę przyznać, że kawał świetnej roboty odwalił tu Souma Saitou, czyli seiyuu wcielający się w rolę Hondy. Jest moim niekwestionowanym typem do najlepszego aktora głosowego roku, bo to, co robi z postacią kościotrupa, który przecież nawet nie ma mimiki, to przechodzi pojęcie wczucia się w sytuację. Jest w tym po prostu świetny i “obrigado” mu za to wielkie. Spychając jednak na bok komediowy sosik, to seria przekazuje bardzo dużo wiedzy o kulisach rynku książkowego w Japonii (z głównym naciskiem na mangi, rzecz jasna, a to dlatego, że Honda to autor serii, w której występuje... no Hondocepcja, no!). Na przykład o tym, jak pracownicy muszą śledzić wiadomości, bo nigdy nie wiadomo, kiedy śmierć jakiegoś autora nagle niesamowicie podbije sprzedaż, bądź jak to mangowe czasopisma są trzymane w ścisłej tajemnicy, jakby to była co najmniej siódma część Harry’ego PotteraGaikotsu Shotenin Honda-san to jedna z lepszych pozycji tego sezonu i ogromnie polecam ją freakom książkowych tematów.

8/10 - i mimo wszystkich tych strasznych "z życia wziętych" sytuacji wciąż nie miałabym nic przeciwko pracy w takiej księgarni.

Golden Kamuy 2nd Season

Trójkę! Trójkę wybierz, panie!

Kontynuujemy morderczy wyścig za górą ukrytego na Hokkaido złota. Asirpa, Sugimoto i ekipa dalej szlajają się po kątach, idąc do Yuubari, za to Tsurumi wykonuje kolejny odważny ruch i zwraca się do pewnego taksydermisty, który poza wypychaniem zwierząt ma także ciągoty do ludzkiej skóry... Dodatkowo w tle przewija się rosyjski spisek oraz wróżbitka, która namawia Tanigakiego, aby ruszył w ślad za Asirpą. Będzie się działo!

Nie jestem pewna, kto się bardziej w tym wszystkim pogubił - autor, który wypalił za dużo tego Ajnoskiego ziela, przez co zaczął tworzyć coraz bardziej krawędziowy humor, czy może studio, które przyzwoliło na zaadaptowanie tego w ilościach hurtowych. Niemniej ten sezon zamiast na poszukiwaniu złota okraszonym ciekawostkami kulturowymi skupił się na stanikach z ludzkich twarzy, przywoływaniu w co drugiej rozmowie jakiegoś nawiązania do określeń na męskie narządy rozrodcze, chowaniu się w jelenich tyłkach czy bieganiu nago w pościgu za grupą niewidomych morderców. Przerosło mnie to. Bałam się odpalać kolejne odcinki w obawie, że stracę apetyt na resztę życia. I chociaż wiem, że pierwszy sezon do pereł animacji nie należał, że każdy śmiał się z tym komputerowych miśków czy ognia z filtrów, to jednak sama opowieść coś sobą reprezentowała. Teraz legło już wszystko, łącznie z openingiem, który do połowy pasowałby do jakiegoś odjazdowego spin-offu “Podróży kulinarnych Roberta Makłowicza”, a od połowy stanowi jedyne sztampowy zlepek scen prezentujących bohaterów w jakiejś cool pozie (i to też częściowo wyciągniętych żywcem z samego anime). Dodatkowo nie zbliżyliśmy się ani o jotę do rozwiązania czegokolwiek poza włączeniem do zabawy paru fałszywych koszulek i posłaniem do piachu paru na szybko wprowadzonych bohaterów. Trzeciego sezonu nie przewiduję, bo samo studio nawet nie zająknęło się o tym na koniec ostatniego odcinka, więc... czas pogrzebać nadzieję na rozwiązanie zagadki, jakoż i same złoto.

6/10 - nie mam nic przeciwko bezczelnemu humorowi czy nawet żartom o kupie, ale jako dodatek do całości, nie istotę serii.

Irozuku Sekai no Ashita kara

Ano widzisz, droga wnusiu. Kiedy ja byłam w twoim wieku, to się co weekend szmuglowało Pocky za granicę...

W nie tak całkiem dalekiej przyszłości na świecie w niesamowity sposób rozwinie się magia. Każdy człowiek powinien być tym faktem zachwycony, ale nie Tsukishiro Hitomi, która nienawidzi magii całym sercem i cierpi, ponieważ straciła możliwość postrzegania kolorów. Babci Hitomi jest bardzo żal wnuczki, dlatego decyduje się wysłać ją do przeszłości, a dokładnie do roku 2018, by młoda dziewczyna odnalazła utraconą radość z życia... a być może i kolory.

P.A.Works ma to do siebie, że robią dwa typy obyczajówek: albo bardzo powolne, albo bardzo głupie. Na szczęście w tym przypadku mamy do czynienia z tym pierwszym typem i jak do śledzenia z tygodnia na tydzień ta seria nadawała się dość marnie, bo widz miał poczucie, że fabuła zmierza praktycznie donikąd, tak nadrabianie kilku epizodów pod rząd mocno się anime przysłużyło. Dodatkowym, wyjątkowo mocnym plusem jest fakt, że fabuła nie próbowała robić z każdego wątku niewiarygodnego dramatu, którego początek sięgał przynajmniej dziesięć pokoleń wstecz, tylko przedstawiała dane historie tak… po ludzku. Jak ktoś miał jakiś problem, to dość szybko z kimś na ten temat dyskutował, a potem przechodził z tym do porządku dziennego (jak chociażby okularnica, która zwierzyła się, że czuje się głupio, bo nie ma żadnego wielkiego marzenia, na co kumpel poradził jej, że to okej, bo kiedyś na pewno je znajdzie… i już, po zmartwieniu). Owszem, może wydawać się to nieszczególnie porywające, ale samą prezentacją postaci o wiele bardziej trafia do mnie jako zachodniego (no, na zachód od Japonii?) widza. O wizualiach raczej nie ma się co zbędnie rozwodzić, bo grafika jest absolutnie przepiękna, a operowanie kolorami wprawi w zachwyt niejednego estetę. Było nie było, jest to seria o magii, o fotografii oraz o dziewczynie, która nie widzi barw. Takie zestawienie i osadzenie tego w klimatach okruchów życia okazało się przepisem na mały sukces.

6/10 - ot, solidna seria. Nie będę za nią jakoś szalenie tęsknić, ale doceniam jej wkład wizualny oraz nieprzesadzony dramatyzm w relacjach międzyludzkich.

Jingai-san no Yome

Wydaje mi się, że odnalazłam brakującą członkinię Franchouchou z Zombieland Sagi...

Trzyminutowa seryjka, z czego połowę stanowi openingo-ending. Pewnego dnia Tomari Hinowa zostaje wywołany z klasy, żeby dowiedzieć się, że poślubi tajemnicze, puchate monstrum zwane Kanenogi.

Przed obejrzeniem pierwszego odcinka myślałam, że będzie to tylko ostro dziwny short, skoro za cel obrano sobie zrobienie z włochatego stwora żony dla licealisty. Prawda okazała się znacznie bardziej kuriozalna i piorąca mózg - to licealista okazał się być żoną dla gigantycznej, karmiącej się betonem, zupełnie niemej maskotki. A nawet gorzej! Każdy licealista był w tej serii żoną, niezależnie od tego, czy przypadł mu w udziale jakiś mały wypierdek przypominający pokemona z gorszej generacji, czy były to dwie wyraźnie żeńskie anioło-cyklopki, które, alleluja!, przynajmniej umiały mówić. Najgorzej! Seria z biegiem odcinków z niepokojącej komedyjki przerodziła się w coś udającego całkiem serio słodziaszny romans, chyba nawet z jakimś przesłaniem, że “nie liczy się wygląd, tylko uczucia”. Tylko że to nie było słodziaszne. Ooo, nie było. Po shorcie oczywiście nie ma się co spodziewać jakiejś niesamowitej kreski (co akurat guzik jest prawdą i jak się chce, to może być niesamowicie estetyczne, jak choćby Nobunaga no Shinobi), ale braki w technice powinno się przynajmniej nadrabiać historią. W efekcie jednak dostajemy serię z pogranicza między Internetem a San Escobar i chyba nawet zapalony furas dwa razy by się zastanowił, czy zaprezentowane w Jingai-san no Yome potworki aby na pewno leżą w jego guście (oraz zasięgu ogłoszenia matrymonialnego).

2/10 - codziennie zdobywam jakiś kraniec świata i codziennie mnie on zaskakuje. Tylko proszę, Japonio, nie idź tą drogą. Deviantart już dawno temu tam przepadł...

Kishuku Gakkou no Juliet

Już patatajam, by skraść twoje serce!

Do akademii Dalii chodzą uczniowie dwóch wrogich państw, nazywani w szkolnych murach jako "Black Dogs" i "White Cats". Liderami tych grup jest Inuzuka Romio i Persia Juliet - para, która walczy ze sobą już od piaskownicy. Nikt nie wie, że Inuzuka cierpi tak naprawdę na chroniczną miłość do pięknej koleżanki, a to, że z nią walczy, to tak naprawdę przykrywka, aby nikt nie starał się jej zrobić realnej krzywdy. Nieskuteczność szefa nie podoba się jednak niektórym chłopakom z obozu "Black Dogs", dlatego decydują się wprowadzić własny plan...

Nie potrafię tak do końca zjechać tej serii, jakkolwiek dobrym romansem w klimatach szkolnych to bym jej nie nazwała. Kishuku Gakkou no Juliet na pewno imponuje tym, że główny pairing od początku miał się ku sobie, a elementem napędzającym historię był znany z szekspirowskiego dramatu konflikt stron, z których się wywodzą. Na duży plus można też odnotować to, że bohater wcale nie zbierał haremu (jak można byłoby wnioskować po openingu czy endingu), ale miał tylko jedną miłość życia, jedną przyjaciółkę zabujaną w nim od dzieciństwa - a jak powszechnie wiadomo, przyjaciółki z dzieciństwa zawsze są na straconej pozycji - i… i spokojnie można zaprzestać pisanie listy na tych dwóch punktach. Czyli tu historia bardzo zyskuje na podejściu i nieszablonowości. Gorzej jest z humorem, który ociera się o taki typowy, japoński, leciwy już absurd: ktoś kogoś uderzy z plaskacza, ktoś kogoś nie zrozumie, ktoś wyjdzie bez majtek z pokoju, kogoś jelenie nadzieją na rogi, ktoś poszybuje w niebo na milion kilometrów. Jakbym miała dziesięć lat i oglądała kreskówkę na dobranoc to okej, widzę to, bawiłabym się przednio. Na starego konia jak ja to jednak było stanowczo za mało. Dodatkowo przy dalszych odcinkach dość rzadko zdarzały się takie efektowne sztuczki jak te, które zaprezentowano w pierwszym odcinku (sparkle, zabawa światłem, bokeh, taka sytuacja), choć kiedy spojrzę na sąsiadujące z opisem pozycje, to mam ochotę wołać, że to było bardzo ładne średnie shoujo. I chyba tak trzeba do tego podejść - jak do ładnego średniego shoujo, córki swego gatunku i wnuczki kilku popularniejszych schematów.

5/10 - gdyby to trochę uporządkować i wyciąć wstawki komediowe, to wyszłoby to wszystkim na zdrowie. A tak mamy zwykłość nad zwykłości i wszystko zwykłość.

RErideD: Tokigoe no Derrida

Jak to co? Wystąpiłeś w tak słabej bajce, że nawet na gifa nie zasłużyłeś!

Derrida jest zdolnym naukowcem, jak również synem twórcy robotów, które zrewolucjonizowały świat. Na kilka dni przed wejściem do użytku nowej linii robotów bojowych DZ Derrida razem z przyjacielem Nathanem odkrywają olbrzymi błąd, który może sprawić, że wszystkie roboty za jednym zamachem staną się niebezpieczne. Próbują coś z tym zrobić, ale szef ich ignoruje. Niestety, oczywiście dochodzi do spodziewanej usterki, wobec czego przełożony chce ich uciszyć. Derridzie udaje się uciec i próbuje pobiec do córki Nathana, aby ją ochronić, ale splotem przypadków zostaje zamrożony w komorze kriogenicznej, z której budzi się dopiero po 10 latach...

Seria, która tak bardzo nikogo nie obeszła i była tak wielkim marnotrawstwem megabajtów, że nawet ja zapomniałam do ostatniego momentu nadrobić trzech finalnych odcinków (chociaż anime zakończyło się pod koniec listopada). Trzeba jednak spojrzeć prawdzie w oczy - nawet reżyser od Steins;Gate’a to dupa, jeśli w studiu panuje kupa. A tu od pierwszego odcinka coś tęgo śmierdziało. Realizacja przywodziła na myśl raczej drewniane anime lat 90 ubiegłego wieku, przy czym wciąż mam wrażenie, że nawet za czasów Slayersów jakoś lepiej to wszystko udawało. No i fabuła nie prezentowała tak idiotycznego konceptu, zaczynającego się od dziko stojącej komory kriogenicznej, na której zmęczony główny bohater przypadkiem się położył, na odczapowych retrosach pani mordercy, która przewijała się w tle jak jakiś wiecznie napalony na suchary zespół R skończywszy. Niestety, to nawet zapychacz antenowy nie był, tylko jakiś szkolny projekt na zaliczenie z animacji (i to pewnie z ledwością). Derridzie należy się natomiast statuetka im. Naruto Uzumakiewicza za zapał w powtarzaniu co odcinek imienia “Mage” przynajmniej dwadzieścia razy - oczywiście uwzględniając fakt, że sama zainteresowana ani razu nie pojawiła się wtedy na ekranie. I tylko podróży w czasie żal, bo było ich tyle, że nic, a i wyjaśnione zostały w tak idiotyczny sposób (że są "napędzane wspomnieniami"), że dziadek z paradoksu sam by się zabił...

2/10 - a komu to potrzebne? A dlaczego? A czemu twórcy nie poszli po rozum do głowy i nie zaczęli uprawiać marchwi?

Seishun Buta Yarou wa Bunny Girl Senpai no Yume wo Minai

Keep calm and całuj pan omleta!

Dzień jak co dzień, księgarnia jak księgarnia - tak mogło się wydawać dla Sakuty Azusagawy, a przynajmniej do momentu, kiedy obok niego przeszła młoda dziewczyna ubrana w seksowny strój króliczka. Na dodatek dziwne w tym wszystkim było to, że tylko jeden jedyny Sakuta zdawał się widzieć pannę-króliczka... czy może raczej Mai Sakurajimę, znaną aktorkę młodego pokolenia oraz starszą koleżankę ze szkoły Sakuty. Co się za tym zachowaniem kryło? I dlaczego uczniów dotykają takie dziwne, lekko paranormalne sytuacje?

Niby wydaje się, że ma się tu do czynienia jedynie ze zbieraniem dziewczynek do haremu jak w Bakemonogatari, ale to zdecydowanie nieprawda. W połowie przypadków można by nawet spokojnie zignorować wpływ Sakuty, bo konflikty dotyczyły pozostałych bohaterów drugoplanowych oraz relacji między nimi (jak na przykład spóźniona miłość między przyjaciółmi protagonisty czy relacja przyrodnich sióstr, których matki zmusiły do parania się show-biznesem). I owszem, może Sakuta ma po prostu szczere serduszko zawsze gotowe do niesienia pomocy ładnym dziewczynom, ale jego wybór na głównego bohatera ma wciąż dwa ciekawe uzasadnienia. Po pierwsze, jak powiedziała na początku Futaba - nadprzyrodzone sprawy przyciągają nadprzyrodzone sprawy, więc dlatego sens ma nagromadzenie tylu przypadków po sobie w ramach reguł uniwersum. Po drugie - jako narrator i aktywny aktor Sakuta sprawdza się znakomicie. Jest takim bystrym Kyonem na miarę bajki z tej dekady, co to zawsze może błysnąć jakimś trafnym spostrzeżeniem (za co serdeczne dzięki również jego cudownej, nie mniej inteligentnej dziewczynie, czyli Mai). Cieszę się więc, że tak dobrze napisana pod względem dialogów i spostrzeżeń historia dostała tak śliczną oprawę graficzną i muzyczną, a takiego wykorzystania komputerowo generowanych tłumów jak tu to powinni uczyć na kursach dla animatorów. Osobiście jest to moja bajka sezonu, bo dzieje się tu dużo, w dobrym tempie, główny pairing ma niesamowitą chemię (wyznania! randki! pocałunki! rozmowy o zaufaniu! samo zaufanie!), która się rozwija i ani na chwilę nie jest spychana na dalszy tor, a problemy są rozwiązywane przez rozmowy, zwykle w hurtowych ilościach. Niby jest tu wszystko, co już dobrze znamy, ale podane we właściwej formie i z ogromną  reżyserską charyzmą. Gorąco polecam!

9/10 - i przybyła w 2018 perfekcyjna haremówka, która wcale nie była haremówką, i była ona tak cholernie dobra... Błagam o więcej tak zdrowych relacji jak tutejsze, oczywiście w każdej możliwej konfiguracji!

SSSS.Gridman

Jeśli okulary zbite są, a żarówka w pokoju świeci się na drapieżnie żółto, to wiedz, że coś się z twoim dzieckiem dzieje...

Główny bohater budzi się na kanapie w domu pewnej dziewczyny, równolatki chyba... i za cholerę nie wie, kim jest ani co się dookoła niego dzieje. Od dziewczyny - Rikki, która jest jego koleżanką z klasy - dowiaduje się, że nazywa się Hibiki Yuuta i że ma przestać się wygłupiać. Tylko że Yuuta absolutnie się nie wygłupia i mało tego, na ekranie starego komputera, znajdującego się w sklepie matki Rikki, dostrzega głowę robota, który mówi mu, że musi natychmiast się przebudzić. A na zewnątrz stoi najprawdziwsza Godzilla...

Do samego końca nie wiedziałam, czy ma mnie ogarniać jeno pusty śmiech, czy jednak powinnam dać się porwać serii i wgłębić się w metafizyczny wymiar fabuły, która… próbowała… naaaah. Trigger znów chciał sklecić coś ambitnego z wielkimi robotami i kosmitami w rolach głównych (tylko tym razem bez A-1 Picture na pokładzie, chociaż nie, żeby to coś zmieniało), chciał oddać hołd gatunkowi sentai, chciał skonstruować ciekawego złodupca, którego motywy nie były do końca jasne… i trochę szlag to trafił przy składaniu wszystkiego do kupy. Bohaterowie nie są ani trochę ciekawi i cechują ich głównie duże dziury w życiorysach. Spójrzmy więc na nasz zestaw protagonistów do pokochania: główny bohater z permanentną amnezją przez 11 odcinków, jego kumpel, którego największym atutem są okulary z przezroczystymi oprawkami oraz jestem-Rikka-i-mam-najlepsze-uda-roku-2018. Wszyscy chcą walczyć w obronie miasta, w którym mieszkają i to by było chyba na tyle z ich charakterów. W przypadku ostatniej dwójki to to całe “chcenie” ogranicza się zaledwie do krzyczenia w stronę monitora i komentowania nam, widzom, co się dzieje (jakbyśmy nie byli, uwaga, widzami). Jasna strona mocy jest kompletnie bezużyteczna, natomiast ciemna sprawia wrażenie, jakby na śniadanie wcinała serca zabitych wrogów popite czarną kawą, a w drodze do szkoły skopywała do nieprzytomności przynajmniej jedną honorową staruszkę. Dopiero w odcinku 9 cokolwiek ruszyło się na tle hintowanej niejednoznaczności i manipulacji przez siłę wyższą, ale na hintowania sprawa umarła aż do ostatecznego rozstrzygnięcia. No i ten… no i to nie jest nawet specjalnie ładna pod względem dynamizmu walk bajka. Za dużo w niej CG, za dużo hołdu dla staroci, a jej głównym atutem jest chyba jedynie zdrowa atmosfera przy produkcji (odcinki nie były kończone na godzinę przed emisją, ale kilka tygodni wcześniej) oraz opening i ending. Pozostaje mieć więc nadzieję, że to był tylko rozbieg i test możliwości animatorów dla jakiejś bardziej dopracowanej serii. Bo nie, że to było tak na serio...

5/10 - chyba muszę zacząć się przygotowywać do tego, żeby okrzyknąć Trigger studiem o największej ilości serii-niewypałów. Jeśli PROMARE czegoś nie zmieni, to ja się poddaję. Więcej kosmitów od nich już nie zdzierżę.

Tsurune: Kazemai Koukou Kyuudoubu

Relacja Minato z Kumo była najcudowniejszą rzeczą do oglądania w tym anime.

Minato Narumiya rozpoczyna naukę w liceum, gdzie trafia na dwójkę przyjaciół z dzieciństwa, Ryouheia i Seiyę. Z Seiyą chodził nawet do jednego klubu łucznictwa, ale coś się w międzyczasie popsuło (o czym może świadczyć również blizna na brzuchu Minato) i chłopak musiał zrezygnować z zajęć. Okazuje się jednak, że w liceum, do którego teraz uczęszczają, też działał klub łucznictwa, tylko mu się nieco umarło, dlatego jeden z nauczycieli - Tommy-sensei - prosi Minato i jego kolegów o wskrzeszenie działalności. Niestety, główny bohater wydaje się mieć jakąś głębszą traumę z tym związaną, na którą lekarstwem może okazać się spotkanie z tajemniczym łucznikiem…

Tu powinien pojawić się wielki esej o tym, jak kilka bucowatych postaci może zepsuć całą przyjemność z oglądania dobrej bajki (cięciwa ci w oko, Onogi, nadziejcie się na strzały, bliźniaki), ale ostatecznie dałam jakoś radę skupić się na reszcie ekipy. A ta, chociaż nie była jakimiś specjalnie wielowymiarowymi bohaterami, stworzyła bardzo spokojną, całkiem nawet mądrą opowieść. Bo nawet jeśli wydawało się, że hej, to anime o łucznictwie, więc szykuje się emocjonująca sportówka - no nie do końca. Uczymy się bowiem, że to nie wynik ma tak naprawdę znaczenie, tylko żeby mieć motywację oraz sympatię do tego, co się robi. A jak ma się te dwie rzeczy, to reszta przychodzi naturalnie. I wiecie co? Chyba mnie to nawet kupiło, tym bardziej że seria jest bardzo ładna i niesamowicie dobrze umuzyczniona - a jeśli ktoś z taką dbałością podchodzi do tematu, no to ciężko mu nie wierzyć. I chociaż Tsurune daleko jest do detali z Violet Evergarden, to widzę w tym pierwszym anime mnóstwo miłości i szacunku. Polecam też ogromnie zapoznać się z soundtrackiem, nad którym (że już pozwolę sobie zdradzić) będę się rozpływać w podsumowaniu roku.

7/10 - na nieszczęście KyoAni zaczęło emisję tak późno, że na finał musimy poczekać jeszcze trzy tygodnie, ale na ten moment uważam, że seria spełniła już swój cel i czegokolwiek nie poda na koniec, to wciąż pozostanie bardzo ładnym, obyczajowym anime.

Yagate Kimi ni Naru

Dobra dziewczynka, dobra. A najlepsza, bo moja!

Yuu uwielbia romansowe mangi oraz piosenki o miłości - niestety, aż do liceum nie doczekała się momentu, aby jej serce zatrzepotało i powiedziało "tak, to właśnie to uczucie". Z gorzkim poczuciem, że zakochanie nie jest dla niej, Yuu zostaje wkręcona w pomaganie samorządowi uczniowskiemu. Tam natrafia znów na piękną senpai, Touko, która jest miła, uprzejma, odpowiedzialna... i tylko raz za razem musi odmawiać wyznaniom kolejnych absztyfikantów, tłumacząc, że niestety kompletnie nic do nich nie czuje. Tak dziewczyny zaczyna łączyć nietypowa więź zrozumienia, że miłość to może być czymś nieosiągalnym... przynajmniej do momentu, aż jedna zaczyna czuć coś do drugiej.

Mniej więcej do połowy sezonu seria wypadła bardzo solidnie - żeby nie powiedzieć, że świetnie - jako romans i szkolna obyczajówka. Potem jednak zaczęłam trochę wątpić w to, czy konieczność utrzymywania fabuły na wyższych obrotach i nadziewanie sytuacji zwrotami akcji w takim settingu to aby na pewno dobra decyzja. I dlatego właśnie z lekkim niepokojem wspominam dziś drugoplanowego bohatera, który tak długo był podporządkowany roli “cichego obserwatora”, że za hobby obrał sobie śledzenie rozwoju miłości u kolegów i koleżanek, jeszcze najlepiej, żeby to było takie tajne uczucie, o którym tylko on jeden wie (i chyba nikt nie dostrzegł, że to, co robił, to był już przejaw stalkingu). Inna postać z miłej senpai przerodziła się w cichą zazdrośnicę strzelającą krzywymi spojrzeniami i siejącą dookoła ferment (Bogu dzięki ogarnęła się gdzieś po trzech odcinkach siania zgrozy). Jedna z głównych bohaterek natomiast w pewnym momencie wyjechała z tezą, że “nie chce, żeby osoba, którą kocha, się w niej zakochała, bo by się odkochała”. Filozoficzność i metaforyczność weszła komuś za mocno i za głęboko… Mimo to wciąż jest to bardzo dobry romans, a i warstwa wizualna robi wrażenie do samego końca - chyba już zawsze łagodny pomarańcz oraz szybkie pociągi będą mi się kojarzyć z Yagate… Tylko jeszcze kilka razy bym się porządnie zastanowiła, czy seria miała na celu pokazać stopniowe odkrywanie złożonych uczuć do drugiej osoby i że nie ma nic złego, jeśli będzie to ktoś tej samej płci, czy może jednak jest to przekombinowana telenowela podana w pięknym opakowaniu.

7/10 - jestem trochę zła o to zakończenie urwane przed rozwiązaniem wątku z przedstawieniem szkolnym (które budowano przez 3/4 serii!), ale jednocześnie podsumowano to tak optymistycznie, że nie chcę się gniewać. Niech to tak zostanie i czekam ogromnie na mangę.

Zombieland Saga

Najlepsze bitch slapy sprzedają na placu Pigalle.

Jest 2008 - Sakura Minamoto jest radosną, pełną energii licealistką, która marzy o karierze jako idolka. Z takim właśnie planem zamierza się zgłosić do studia z próbnym nagraniem, więc rano pospiesznie zjada śniadanie, wybiega do szkoły i... uderza w nią rozpędzona Ciężarówka-kun, z wiadomymi skutkami.
Jest 2018, a Sakura Minamoto budzi się w starym, zatęchłym domu przypominającym plan zdjęciowy rodem z horrorów... i okazuje się, że teraz jest zombie, która razem z szóstką innych podgniłych dziewcząt ma ocalić prefekturę Saga jako idolki. Cokolwiek to znaczy.

Zombieland Saga jest jak takie jajko-niespodzianka z kilkoma warstwami smakowymi. Na początku plakat i trailer baitingowały widzów tak, jakoby miał to być horror z (zatęchłej) krwi i (podgniłych) kości. Z pierwszym odcinkiem okazało się, że tak naprawdę fabuła będzie krążyć wokół komediowych przygód grupy (niekoniecznie) świeżych w tym biznesie dziewczynek. Od połowy jednak zaczynały się przebijać zalążki niezłej intrygi rozwiązującej co poniektóre pytania jak chociażby "ale czemu w ogóle zombie i idolki?". I wiecie co? Odpowiedź ma sens, tylko brakuje jej jeszcze detali. Dlatego właśnie z ostatnim odcinkiem poczułam się naprawdę zawiedziona, że to już finito, bo scena z reporterem sugerowała jeszcze większe pokomplikowanie sytuacji i odkrycie tajemnicy Franchouchou. Teraz należy się zastanawiać, czy ma to być materiał na drugi sezon, czy raczej na historię do przeniesienia do komórkowej gierki... no bo nie oszukujmy się. Współproducentem serii jest firma Cyangames, a oni kochają mieć anime podbijające sprzedaż swoich produktów (nawet tych jeszcze nieistniejących). Wracając jednak do właściwego medium - Zombieland Saga okazało się serią naprawdę przyjemną, zabawną i wartą poświęconego jej czasu antenowego. Moimi ulubionymi momentami były sceny, w których dziewczęta w ten czy inny sposób dokopują Koutaro (sorry not to be sorry, ale nie lubię gościa ani troszeczkę), ale zawiązywanie przyjaźni też oglądało się przemiło. Nie w każdym aspekcie anime stoi na przyzwoitym poziomie - well, robiła to MAPPA, więc wiadomo, że animacja ssała jak Tae mózgi koleżanek - jednak posiada do siebie taki dystans i samoświadomość, że nawet nie sprawia to bólu. Zachęcam, bo nawet jeśli nie lubicie idolek, to tu znajdziecie dużo więcej konkretnego, komediowego mięska.

7/10 - MAPPA jest tak głupia, że aż genialna. Nie wiem, jakim cudem to robią, ale praktycznie wszystko, czego się dotkną, zamienia się w mały, fandomowy fenomen, który sprawia więcej radości niż wygląda. Ba! Ja tu nawet nie pogardzę drugim sezonem!


Wyróżnienia specjalne:

Najlepsza grafika
Naprawdę, KyoAni powinno już dawno temu wylecieć z tej zabawy, bo to aż się robi nudne. Oddajmy jednak Tsurune to, że było pieruńsko ładne i nawet młoda ekipa animatorów postarała się, żeby chłopcy byli uroczy i nie mieli spiczastych podbródków jak ci we Free!
 
Najlepsza muzyka
I znowu wygrywa Tsurune, choć tym razem totalnie zasłużenie i bez najmniejszego stękania. Soundtrack jest absolutnie genialny i wprost nie mogę się doczekać, kiedy na początku stycznia pojawi się w pełnej, płytkowej wersji. Będę słuchała jak Bach na haju.

Najlepszy opening/ending

Chociaż z tą serią jeszcze się nie żegnamy (i raczej długo się nie pożegnamy, skoro ma mieć cztery coury), ale pierwszy opening Sword Art Online: Alicization sprawił naprawdę świetne wrażenie. Ludzie z A-1 Picture wiedzą, jak dopasować beat muzyki z odpowiednio zsynchronizowanymi scenami. I uwielbiam ten początek rodem z przyspieszonego poglądu Civilization.

Najlepsza postać

Moje serce należy do Sakurajimy Mai z Seishun Buta Yarou wa Bunny Girl Senpai no Yume wo Minai, która przywróciła mi wiarę w żeńskie bohaterki. Zdobyła mnie uprzejmością, gotowością do pomocy i ciętym językiem w odpowiednich momentach. Bardzo chciałabym być na miejscu Nodoki i mieć taką siostrę jak ona. Albo chociaż kuzynkę. Koleżankę z pracy może...?

Moje OTP

Zgodnie z powyższym wyborem łatwizną będzie wskazanie na pairing Sakuta x Mai z Seishun Buta Yarou wa Bunny Girl Senpai no Yume wo Minai. Są słodcy, uroczy, szczerzy i mogłabym na nich patrzyć godzinami, jak po prostu kroją wspólnie ziemniaki albo idą po plaży, trzymając się za ręce.
 

Największe feelsy:
Chciałabym powiedzieć, że Banana Fish, ale ostatni odcinek nie zaciera wystarczająco tego niesmaku pozostawionego przez poprzednie... hm... piętnaście epizodów? Znów wolę więc wybrać Seishun Buta Yarou wa Bunny Girl Senpai no Yume wo Minai, które wzruszyło mnie do łez całą drugą połową trzeciego odcinka, jak również pierwszą połową ostatniego. Czasami lepiej zrobić mniej, ale uważniej.

Największe wtf?!

Wooow, silna konkurencja... Ale jednak mniej rozumiałam, co dzieje się w Jingai-san no Yome. I właściwie do dziś nie chcę wiedzieć. Konceptu licealisty-żony włochatego monstrum nieokreślonej płci nie da się przełożyć na nic logicznego. To anime to musiał być taki wewnętrzny zakład w studiu.
 

Moje guilty pleasure
No normalnie żyłam dla tego krótkiego akapitu. W tej kategorii króluje Dakaretai Otoko 1-i ni Odosarete Imasu., które nie dość, że śledziłam skrupulatnie co tydzień (i to z ręką na sercu), to jeszcze odnajdywałam masochistyczną radość w obśmiewaniu tak krawędziowo-sztokholmskiego związku.

Największy zawód

Ten spin-off Tiger&Bunny niech przepadnie w mrokach wszelkiej niepamięci... za to wskażę tutaj Golden Kamuy 2nd Season. Ani toto nie przypasowało mi natężeniem humoru, ani ostatecznym (nie)rozwiązaniem wątków. I pozwalając sobie na obrazowe porównanie godne serii - zostaliśmy w tym wszystkim z ręką w nocniku.

Najlepsza kontynuacja

Jedyne, co podpada pod tą kategorię, to wspomniane chwilkę wyżej Golden Kamuy... ale że jest to żaden wybór, więc tym razem pozostawię to bez komentarza. Zresztą, to był sezon bardzo poświęcony nowym rzeczom...

Najlepsza nowa seria

...a wśród nich królowało Seishun Buta Yarou wa Bunny Girl Senpai no Yume wo Minai. Nie było tu pościgów za ukrytym złotem, za żadnymi kartelami narkotykowymi czy innymi kaijuu, ale dało mi najwięcej ludzkiej radości i pozytywnych przemyśleń. Czekam z niecierpliwością na ostateczne zwieńczenie historii Shouko w zapowiedzianym na 2019 rok filmie!

Publikowanie komentarza

10 Komentarze

  1. Dzięki za podsumowanie, mam parę pomysłów na powrót do oglądania anime po dłuższej przerwie. Dobrze wiedzieć że nadal wypuszczane są serie godne zainteresowania. Pozdro!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję ogromnie i cieszę się, że troszkę pomogłam. Sądzę też, że przy podsumowaniu roku (pojawi się 14 stycznia) znajdzie się jeszcze kilka serii wartych uwagi :3 I ogólnie uważam, że 2018 wypadł znacznie lepiej niż 2017. Oby było tylko lepiej 👍

      Usuń
    2. Czekam z niecierpliwością ^^

      Usuń
  2. Rany, jak ja podziwiam Cię za to, że jesteś w stanie sezonowo to wszystko obejrzeć. Ja bym chyba nie wysiedziała przy tylu anime przed ekranem komputera. XD
    Gaikotsu Shotenin Honda-san muszę w końcu obejrzeć, bo same pozytywne opinie słyszę, teraz także od Ciebie. No i lubię takie mangowo-książkowe klimaty, więc tym bardziej muszę przyjrzeć się tej serii bliżej.
    Z tego wszystkiego oglądałam tylko BF, które bardzo mi się spodobało, chociaż tak jak piszesz nie obyło się bez niedociągnięć i schematów. Mnie osobiście nie przeszkadzało porzucenie wątku z narkotykiem, bo średnio mnie interesował (wolałam skupić się na relacji Ash-Eiji), ale widziałam już parę osób, które miały podobne odczucia do Ciebie, i całkowicie to rozumiem, bo też by mnie to pewnie zirytowało.
    Dakaretai Otoko 1-i ni Odosarete Imasu brzmi tak źle, że nie wiem, czy aż nie obejrzeć. XD

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To się tylko tak wydaje, że to jest dużo, ale jak pomyśleć, to dzieląc na przestrzeni tygodnia robi się z tego tylko po dwa odcinki dziennie - przy czym coś można sobie przerzucić na weekend, a coś jest tylko trzyminutowym shortem :) Najtrudniejsza jest systematyczność, ale wtedy napędza mnie chęć, aby potem napisać o tym na blogu.
      Honda jest dodatkowo krótki, więc samo wchodzi. Polecam raz jeszcze i cieszę się, że taka opinia krąży po sieci :D
      Może też źle to napisałam, bo to nie tak, że chciałam tylko wątku z narkotykiem. Po prostu na początku to fajnie zrównoważyli - tutaj Eiji wzbudził w Ashu podziw, kiedy przeskakiwał przez mur, tam zdarzył się jakiś tajny pocałunek, żeby przekazać info w pigułce, jeszcze indziej szukamy Shortera czy poznajemy Maxa. Bohaterowie mieli i chemię, i fabuła szła do przodu przez pokazywanie wątków na różne sposoby. Potem zostało to brzydko skompresowane, ale to raczej wina tego, ile tomów próbowano upchnąć :<
      Dakaretai polecam, tylko trzeba przygotować się na "yaoi, robisz to bardzo źle" i zabawa jest przednia :)

      Usuń
  3. W definicji party soft mieszczą się blogi, soł. Dorzucę swoje cztery grosze.

    Banana Fish – generalnie to tak, tytułowy narkotyk faktycznie gdzieś po drodze się zagubił, a w pewnym momencie zaczęło mnie lekko drażnić że wątki Asha w tarapatach aż tak często kończyły się, hm, naruszeniem nietykalności cielesnej. W pewnym momencie co widziałam jakiegoś kolejnego Zuego to już się zastanawiałam „dobra, to ile czasu zanim ten też będzie go chciał zgwałcić”, co w sumie chyba nie jest czymś co powinno mi przychodzić do głowy podczas oglądania.
    No i na samym początku serii na Hejted: Fandom zaliczyłam dość siarczysty spoiler dotyczący zakończenia. Trochę mi to spsuło wrażenia z oglądania, nie powiem.

    Honda-san – jakie to było... przyjemne. Ale ejże, jak to szkielet nie ma wyrazu twarzy, te jego spanikowane mordki to wręcz idealne obrazki reakcyjne są! Patrząc na komentarz PustegoKwadracika – aż dziwne, jak wiele osób mówi że nie widziało, ale wszyscy chwalą więc trzeba sprawdzić, mam wrażenie jakbym widziała ich jakoś więcej niż standardowo? Ludu, oglądać szkielet w księgarni, marsz!
    Ano obrigada, księgarzu. Nie wiem czy w sumie ta seria mi nie podpasowała najbardziej z tego co oglądałam jesienią (choć KazeTsuyo biegnie żwawym truchtem zaraz za).

    Jak o KazeTsuyo mowa... tak, wiem, wiem, trwa jeszcze, ale. Jeżu zielony, CZEMU tak długo nikt nie zwrócił uwagi na to, że Książę biega jak połamaniec?! Czemu mama Haiji nic z tym nie zrobił?! Przecież chłop się dużo bardziej przez to męczył, no miejcie wy litość. Przyznaję bonusowe punkty za okrzyki zagrzewające do wysiłku, ale też kilka potrącam za – wciąż – brak jakichkolwiek zakwasów.
    Yh, czemu kolejny odcinek tak daleko.

    ...o Prawniczych Rewolucjach powiem tylko że dalej oglądam, i... no. Khm. O Toaru tak samo, dalej uważam że jest to robione bardzo chaotycznie, usiłują wepchnąć za dużo w te odcinki i przy upychaniu kolanem bokiem wylatują ważne wątki. Za to zostaje scena kąpielowa. Yay.

    Ostatnie na tapet idzie nieszczęsne Kitsune no Koe, które dziś się w końcu skończyło (z subami). To takie... nijakie. Serio. Włącznie nawet z problemem Główny Bohater Ma Jeden Zestaw Ciuchów. Raz przez tydzień miałam nadzieję, że ludź poniekąd poboczny, Kong Que pod którego Hu Li podkładał głos gdy ten tańczył na scenie, pokaże coś ciekawego, bo na opieprz od szefa zareagował dość specyficznie, jakby coś kiedyś już podobnego przeżył – zaciekawiło mnie, nie powiem. Ale nie, kolo okazał się jednak zwykłą Totalną Szują (bo ktoś musi być, nie ma że jest za fajnie!). Ji Hotien, zamiast motywatora, na koniec wypadł jak stalker-manipulator (tyle dobrego że wygrał te nieszczęsne zawody, gdyby Hu Li wygrał to by już była przeginka fabularna). A sam Hu Li wywołał u mnie dosłowny jęk irytacji, gdy pokłócił się z bratem na korytarzu przy sali operacyjnej (a na sali matka w stanie mocno krytycznym), brat w napadzie złości krzyknął że „zależy ci tylko na muzyce, idź sobie!” na co Hu Li... idzie sobie. Śpiewać. W konkursie.
    No ludzie.

    Szczęśliwego 2019, Dziab.

    P.S. Eh, te ankiety, zawsze mam dylemat jak głosować, bo to co mi się najfajniej oglądało wcale nie jest obiektywnie najlepsze i doskonale o tym wiem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Imprezy trzeba robić takie, żeby było na nich przyjemnie. A takie party soft brzmiało bardzo przyjemnie <3

      Banana Fish - o, to, to, to. Jak już wpadło to w ten schemat z Ashem to się we mnie aż znieczulica włączyła, i przy okazji loża szyderców. Bo rozumiem, jaki to miało wielowymiarowy sens w więzieniu na początku (że to była jego broń, że był juz tak bardzo skrzywdzony, że nie czuł nawet okropieństwa kolejnego gwałtu z kolei, że wciąż chciał się za to zemścić itd.). I już, wystarczyło. Ale robienie ze wszystkich dookoła chętnych na wsadzenie mu... niewiele się to różni od standardowych kiepskich yaoi, gdzie nagle wszyscy bohaterowie w promieniu całego miasta to homo. Albo przynajmniej sadyści.
      Ech, miałam tego samego spoilera, tylko że ja od drugiego odcinka zakładałam, że któreś z głównej dwójki zginie (dzień dobry, anime). Stawiałam na Asha przez to, jak zniszczonym człowiekiem był już na początku anime. On zwyczajnie nie mógł byc szczęśliwy z takim wielkim bagażem wykorzystywania seksualnego i morderstw.

      Honda-san - pocący się szkielecik <3 I pewnie mu musiały nieźle kolana o siebie dygać. Też zauważyłam, jak sporo osób tak mówi, a byłam święcie przekonana, że już po pierwszym (dość sławnym już) odcinku masa osób się zainteresuje. Może niektórzy wolą zaczekać bezpiecznie do końca sezonu? ^^ Dla mnie Honda był zaraz na drugim miejscu i w niedzielę to absolutnie nie mogłam pójść spać, zanim nie obejrzałam nowego odcinka :D

      KazeTsuyo - Haiji chyba był za dobry i dał zbyt wolną rękę, nie chcąc specjalnie cisnąć chłopaków, aby biegali szybciej (właściwie to mam wrażenie, że robił to trochę specjalnie, żeby broń boru nie włączył się w nich jakiś krzywy gen rywalizacji jak u Kakeru). Ale to z Księciem to aż biedne było, jak się męczył. Zakwasów to raczej już nie uświadczymy, bo teraz ich plany treningowe są tak zwarte, że nie zdziwię się, jak im się futony w nogi zaplątują, bo biegają przez sen. Ale wcześniej przydałby się taki solidny tydzień męczarni dla tych co mniej wysportowanych (no bliźniacy akurat trenowali nożną, więc wiedzą, co to znaczy biegać dziesięć kilometrów na raz).

      O Phoenixie udało mi się skutecznie zapomnieć, że istnieje, a co do Toaru to słyszałam, że się dzieje stanowczo za dużo i zbyt powtarzalnie. Chyba nie będzie mi dane nigdy tego nadgonić... Ale jak się pojawi to anime o Acceleratorze, to na pewno się wezmę :3

      Ach, więc Kitsune no Koe to koreańskie jest? E, to jeszcze sobie troszkę poczeka... No i twój opis też niespecjalnie zachęca D:

      I tobie wszystkiego dobrego, M.W. <3 Dziękuję, że tu jesteś! :*

      PS. Głosuj tak, jak ci serducho podpowiada, bo to ma być najlepsze dla ciebie. Obiektywnym i tak nie ma sensu bytu, bo co człowiek, to inny gust.

      Usuń
    2. Liski chińskie raczej. No chyba że konkurs Star of China jest w Korei, nie mnie oceniać co tam Azjaci lubią robić.
      Do kwestii operacji matki dodam w sumie jeszcze że to nawet nie tak, że Hu Li miał z nią jakieś złe relacje, wręcz przeciwnie, w ogóle zgodził się na bycie ghost singerem żeby mieć pieniądze na jej kosztowne leczenie. A na koniec sobie idzie, ugh.

      Ale z tym Księciem właśnie cały ambaras nie w tym, że wolno biegał (a niech i marszotruchta!), tylko że zwyczajnie robił to w sposób który go wycieńczał. Nie ten balans ciała, a i oddychać trudniej. Haiji stale koło niego z tyłu dreptał, zagrzewając do walki i mówiąc, żeby się nie poddawał, a gdyby mu tę postawę poprawił to te powody do poddawania się by jednak trochę zredukowano. :c

      P.S. No i takoż zagłosowałam. Ale zawsze ten sam problem, "poleć coś dobrego" - dobrego czy przyjemnego w odbiorze? :')

      Usuń
  4. Super podsumowanie, czekam na całoroczne! <3

    Kocham to, że nie zdradzasz treści z fabuły a jednocześnie, czytając Twoje recenzje, można się dobrze zorientować jaka seria jest i komu podpasuje.
    Mnie zauroczyła mnie historia Seishun Buta... (tu wstaw ten długi tytuł) no i księgarz - kościotrup. Tak, mnie też bawi anime o życiu księgarza - za staram na historie licealne. xD

    PS ...A tak serio to nie, licealne dramy nigdy mi sie nie znudzą. Meh. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Całoroczne będzie pełne ślicznych gifów i dobrych poleceń (no, z drobnymi wyjątkami), więc na pewno miło będzie je przeczytać :3

      No staram się nie być zbyt bezpośrednia w opisach (a już na pewno nie zdradzać fabuły poza tym, czy ma otwarte, czy zamknięte zakończenie i jakie wywarło na mnie wrażenie), ale i tak mam ochotę podyskutować znacznie, znacznie szerzej o szczegółach, które mnie ruszyły. Ale to już sobie zostawiam na komentarze dla chętnych :)
      A ślicznie polecam obie serie. Jakbyś miała jakiś słabszy dzień, to obie podnoszą na duchu *u*

      PS. Nie widziałaś dostatecznie dużo licealnych dram w swoim życiu ;) Za to tytułów superbohaterskich pewnie aż za XD

      Usuń