Rozmyślania wieczorową porą - recenzja mangi Pan Cykada (jednotomówka)

Pan Cykada - czterdziesta dziewiąta jednotomówka z serii Waneko - jest pozycją o tyle ciekawą, ponieważ stanowi tomikowy debiut pani Ryuko Iwabuchi. I to nie tyle w kontekście Japonii, tylko w ogóle, światowy. Niedawno na Kickstarterze miał miejsce projekt związany z produkcją filmu dokumentalnego Mangaka - a sketch of life in Tokyo, opowiadający o kulisach pracy, ale też o wyzwaniach stojących przed autorami mang. Przy tej okazji jednym z bonusów za osiągnięcie pewnego progu wsparcia była cyfrowa lub papierowa wersja antologii prac pani Ryuko Iwabuchi, czyli Cicada Man właśnie. Zbiór ukazał się po raz pierwszy w lutym 2020 roku, a już w maju 2020 zawitał do nas w polskiej wersji językowej. Jest to więc niezwykła okazja, żeby poznać początki kariery mangaki, która często zaczyna się od właśnie takich pojedynczych one-shotów lub zbiorów luźnych pomysłów, mających potencjał na to, żeby kiedyś-kiedyś zaowocowały pełnoprawną serią w znanym magazynie.


Tytuł: Pan Cykada
Tytuł oryginalny: Cicada-Man
Autor: Ryuko Iwabuchi
Ilość tomów: 1 (z serii Jednotomówek Waneko)
Gatunek: seinen, dramat, romans, obyczajowy
Wydawnictwo: Waneko
Format: 195 x 135 mm (powiększony)

Pan Cykada to pierwsze i najdłuższe z sześciu intrygujących, zamkniętych historii zgromadzonych w antologii pod tym samym tytułem. Opowiada ono o niezbyt urodziwym ogrodniku, darzącym milczącą estymą śliczną panienkę, w której posiadłości służy. Pewnego razu kobieta natyka się na zaskoczonego ogrodnika, zwracając się do niego z dość nietypową prośbą... Wśród innych one-shotów znajdzie się opowieść o niebinarnych dzieciach nazywanych aniołami, które same mogą zadecydować, jaką płeć przybiorą na dalszą część życia. Niestety, mimo posiadania wolnego wyboru nie wszystko pójdzie idealnie po myśli grupki przedstawionych tu bohaterów. Kiedy indziej poznamy perspektywę cichej fryzjerki, której zostaje postawione pytanie "czy nie brzydzi się włosów obcych ludzi?", a potem będziemy śledzić poczynania piątki dziewczyn darzących kolegę z klasy tak nabożnym podziwem, że bardzo łatwo przerodzi się ona w skrajną obsesję. Na koniec natkniemy się na tragiczną w skutkach interpretację niewinnego komplementu "jesteś tak urocza, że aż chciałbym cię schrupać" oraz zgłębimy kulisy krótkiej relacji dwóch chłopców, połączonych przez niezwykle piękny tatuaż.


Przybyli mangowcy pod okienko, pukają, wołają - puść... robaczku?

Mam wrażenie, że spotkałam się już kiedyś z dziełem o bardzo podobnym klimacie (i dalibóg, nie była to żadna ambitna książka ani tomik poezji, bo z nimi nie miałam do czynienia od czasów liceum), jednak nie do końca umiem ogarnąć słowami kręcącą się na końcu języka myśl. Może przypomina mi to coś pomiędzy Dziewczynami z ruin a Opowieściami o białej księżniczce? Albo jakiś niewydany u nas zbiór one-shotów od Mizu Sahary? Oczywiście to zupełnie nie ta sama stylistyka czy kreska, ale wydaje mi się, że wszystkie te zbiory opowiadają mocno niejednoznaczne historie, często opłakane w skutkach dla swoich bohaterów. Pan Cykada różni się jednak tym, że morał rzadko kiedy podany jest bezpośrednio na tacy, a postacie niekoniecznie przekuwają przykre wydarzenia w jakąś pozytywną naukę na przyszłość. To czytelnikowi pozostawia się wybór, co sobie pomyśli o danej historii i jaki dalszy ciąg dopowie w swojej głowie. Czasami zdarzy się również tak, że jakaś historia zupełnie nie przypadnie do gustu, jednak nawet wtedy zmusza ona czytelnika do refleksji "ale dlaczego mi się nie podobało? co można było zrobić lepiej? co dało się rozwinąć? jak dało się rozwiązać ten problem, żeby wszyscy byli szczęśliwi?". Coś takiego. Wierzę, że gdyby wiersze mogły przyjąć postać mangi, to byłoby to właśnie coś w rodzaju zbioru pani Iwabuchi.

Ano piękną mamy wiosnę tego lata!

Osobiście najbardziej spodobała mi się historia o fryzjerce. Została chyba najlepiej ujęta mimo zastosowania bardzo oszczędnych środków stylistycznych i zredukowania dialogów do minimum. W pełni rozumiałam motywacje stojące za bohaterką, jej uczucia, nieśmiałość, rezygnację i czerpanie satysfakcji z drobnych rozmów czy okazjonalnych spotkań. Namiastkę szczęścia dawało jej to, że mogła obcować z włosami tej konkretnej osoby i to ona jedna rozumiała ich piękno nawet po ścięciu. Konkluzja łamie serce i jest ostatecznym pożegnaniem z tym, czego zdobyć się nie mogło, ale jednocześnie jest to sposób, aby fryzjerka wreszcie mogła wyjść z okowów, które sama sobie narzuciła. Może zamiast pogodzić się i żyć zgodnie z twierdzeniem, że nigdy nie będzie tą pierwszą i jedyną, będzie w stanie znaleźć kogoś innego, pielęgnując w sercu wspomnienie o minionej miłości? Jest to na tyle proste i życiowe, że bardzo ze mną zarezonowało. Najmniej ciekawa wydała mi się za to opowieść o aniołach. Pomysł na świat i fizjonomię aniołów był zbyt skomplikowany, żeby móc zamknąć to w krótkim one-shocie, przez co nic tak naprawdę dobrze nie wybrzmiewa. To trochę tak, jakby ktoś chciał zainteresować konceptem omegaverse na zaledwie trzydziestu stronach - jakby nie próbował, to okaże się to strasznie płytkie. Dodatkowo nie zdążyłam wczuć się w rozterki postaci, zrozumieć ich relacji, a ucięte zakończenie wydaje mi się trochę taką ucieczką od próby podjęcia "no dobrze, tylko co dalej?". Mam wrażenie, że problem wcale się w tym miejscu nie zakończył, a dopiero tym mocniej zaognił.

...rzekł młodzieniec tuż po zapodaniu plaskacza rodem z brazylijskiej telenoweli.

Można z łatwością wyczuć, że jest to dopiero debiut pani Iwabuchi - choć rysunki są piękne i sensualne (ślicznie wychodzą jej kobiety o jasnych włosach), to autorka nie zawsze potrafi się podporządkować formie, jaką jest manga. W zbiorze wyraźnie brakuje teł, a projekty bohaterów są momentami mocno niejednorodne, przez co ciężko się zorientować, czy wciąż mamy do czynienia z tą samą postacią, czy jej koleżanką. Jest to szczególnie widoczne w rozdziale o niebinarnych aniołach. Polskie wydanie prezentuje się bardzo ładnie. Okienko w obwolucie jest fajnym urozmaiceniem, choć muszę was przestrzec - kiedy po skończeniu tomiku chciałam wsunąć go na półkę z innymi jednotomówkami (bez szamotania się, serio), obwoluta zaczepiła się o sąsiednią mangę i okienko lekko się naderwało. Na szczęście łatwo udało się je podkleić taśmą od wewnątrz, ale na pewno trzeba się obchodzić z tomikiem podwójnie czujnie. Na uwagę zasługuje też zastosowany na obwolucie lakier. Jest w nim coś innego niż w standardowych błyszczących obwolutach, co może dało się ująć na zdjęciu powyżej. Lakier użyty w Panu Cykadzie jest jakiś taki... taki bardziej. Jak karoseria wyjątkowo drogiego, obłego porche. Jest w niej coś niezwykle hipnotyzującego, choć jestem też ciekawa, jak tomik by wyglądał w Kickstarterowej czerni. Zgaduję, że trochę lepiej oddawałby dość ponury charakter tutejszych opowieści. Żałuję jedynie, że wewnątrz mangi pojawiło się nieco stron z łupieżem (np. koniec pierwszego rozdziału, początek drugiego) i wiem, że nie jestem w tym przypadku odosobniona.

Kadr wyrażający więcej niż tysiąc niepotrzebnych słów (narratora).

Pan Cykada to niezwykle ciekawy zbiór i lektura, która bardziej niż na zasobność treści stawia na wyobraźnię czytelnika. Sam tomik czyta się błyskawicznie, bo nie dość, że jest cienki, to tekstu też jest w nim jak na lekarstwo. Ważniejsze jednak wydaje się to, jak dużo zostaje z nami później. A zostaje wiele - głównie melancholijnych przemyśleń, pytań do samodzielnego zadania i podziwu nad pięknem poszczególnych kadrów. Sylwetki postaci takie jak ta powyżej czy we wspomnianej historii o tatuażu wystarczają same w sobie za przebogate historie. Przyznam się też, że regularnie popisuję fanfiki w oparciu o pojedyncze słowa lub obrazy i właśnie przy wielu scenach narysowanych przez panią Iwabuchi głowa niemal eksplodowała mi od nadmiaru inspiracji. Jest to naprawdę wartościowa pozycja, która ubogaci kolekcję jednotomówek o zupełnie nowe, niemal liryczne doświadczenie.

Oj, Stefan, aleś ty się zapuścił przez tę kwarantannę...

Za udostępnienie mangi serdecznie dziękuję wydawnictwu Waneko.

Publikowanie komentarza

0 Komentarze