Bo jak to rzecze klasyka: daj kamienia! - recenzja mangi Dr. Stone (tomy 2-4)

Już miałam zamiar narzekać, że przy tym rozwoju pandemii wszystkie oczekiwane od miesięcy kontynuacje szlag trafi i możemy się spodziewać, że ich produkcja zostanie wznowiona za jakieś dwa-trzy lata. I to przy dobrych wiatrach. A tu ni z tego, ni z owego pojawiła się informacja zamieszczona na oficjalnej stronie serii, że sequel przygód Senku i spółki ma się dobrze, ciągle powstaje i rozpocznie emisję już w styczniu 2021! To o wiele więcej niż mogłabym prosić, a przecież wydawnictwo Waneko i tak prężnie wydaje na naszym rynku mangę. Pojawiły się już całe cztery tomy, a czujni czytelnicy (oraz mniej czujni widzowie, o ile tylko widzieli anime) szybko wpadną na trop, że historia powiększy się o nową gromadkę postaci. Co takiego interesującego może dziać się w shounenie, który zamiast walk i magicznych mocy stawia na intelekt oraz nauki ścisłe? Sprawdźmy to razem!


Tytuł: Dr. Stone
Tytuł oryginalny: Dr. Stone
Autor: Richiro Inagaki (scenariusz), Boichi (rysunki)
Ilość tomów: 12+
Gatunek: akcja, przygodowe, komedia, dramat, sci-fi, shounen
Wydawnictwo: Waneko
Format: 175 x 125 mm (standardowy)


Senku, Taijuu i Yuzuriha z powodzeniem zwiali przed Tsukasą, który pragnie wymazać z kamiennego świata wszelkie ślady nauki, i zabunkrowali się w gorących źródłach na szczycie nieaktywnego już wulkanu w dawnym Hakone. Przybyli tam po ostatni składnik, dzięki któremu mogą zyskać wyraźną przewagę nad najsilniejszym (zarówno obecnie, jak i przed ponad trzema tysiącami lat) licealistą Japonii. Z pomocą siarki, bo to o niej właśnie mowa, Senku tworzy proch strzelniczy, a ten już w prostej linii zaprowadzi domorosłych naukowców do wynalezienia broni palnej. Muszą jednak pamiętać, że ich przeciwnik cały czas depcze im po piętach, więc liczy się każda godzina... W momencie przygotowywania jednej z porcji prochu Taijuu używa zbyt dużo siły, przez co dochodzi do niewielkiej, acz zauważalnej eksplozji. Zaraz potem miejsce ma niecodzienne odkrycie - nieco dalej, z głębi gęstej puszczy, od zupełnie innej strony niż przyszli i niż goni ich Tsukasa, zaczyna wydobywać się wyraźna smuga dymu. Sygnał! Od innego człowieka! Senku musi przez to podjąć szybką i bardzo ryzykowną decyzję - czy nawiązać kontakt z nieznajomym, lecz jednocześnie narazić się na wykrycie przez Tsukasę, czy siedzieć cicho i stracić niepowtarzalną szansę na zyskanie cennego sojusznika? Ostateczna odpowiedź zmieni bieg historii o całe sto osiemdziesiąt stopni...

Warto zaglądać pod obwoluty, bo inaczej może was ominąć niezłe disco!

Dr. Stone jest jedną z tych serii, które z ogromną przyjemnością włączyłabym w poczet lektur szkolnych zamiast mocno już przeterminowanych i niespecjalnie odpowiadającym gustom młodzieży powieści takich jak Tajemnicza Wyspa czy Robinson Crusoe. Szczególnie istotne rzeczy dzieją się od końcówki drugiego tomu, kiedy to diametralnie zmieniamy otoczenie i już na poważnie zaczynamy wraz z bohaterami odbudowę nowoczesnej cywilizacji, mając przy okazji niezłe zaplecze materiałowe. Raczej ciężko będzie tutaj operować wrażeniami nie mówiąc o najważniejszym wydarzeniu, czyli o odnalezieniu wioski "ludzi pierwotnych", jak to można z braku laku (i zdradzania reszty plottwistów) nazwać - no więc mówię. Odnaleziona zostaje wiosna ludzi pierwotnych, ale bynajmniej nie głupich, słabych czy pozbawionych własnej kultury. Jak łatwo da się to wywnioskować razem z Senku, ludzie z wioski są potomkami kogoś, kto zdołał wykaraskać się z kamiennej opresji jeszcze przed przebudzeniem się naszych światłych młokosów. W ten prosty sposób autorzy mogli upiec dwie pieczenie na jednym ogniu: dorzucamy do puli nową tajemnicę oraz rozwijamy obsadę postaci, przez co interakcje robią się o wiele, wieeeele ciekawsze niż tylko między prostodusznym osiłkiem i przemądrzałym naukowcem. Ludzie tacy jak Kohaku, Chrome, Suika czy dziadek Kaseki są naprawdę bystrzy jak na przysługujące im standardy i choć muszą stawić czoła niesamowitemu ogromowi wiedzy, to nie tylko dają radę ją sobie przyswoić i zaakceptować, ale nawet mocno się we wszystko angażują. Przy okazji tłumaczenie im najprostszych wynalazków zupełnie nie wywołuje irytacji (jak mogło to mieć miejsce w przypadku głupkowatego Taijuu, który podstawową wiedzę powinien wyciągnąć ze szkoły), a często potrafi nawet nieźle wzruszyć (przypadek Suiki w czwartym tomie chociażby).

Panie kierowniku, no co tu ukrywać... z tej małpy to po prostu niezły osioł był.

Skoro napomknęłam już o fakcie wystąpienia nowych postaci, to warto przy tej okazji rzucić kilka zdań o najbardziej prominentnych bohaterach nowej części historii. Na pierwszy ogień niech idzie Kohaku, czyli pierwsza napotkana przez Senku przedstawicielka ludzi z wioski. Ciężko mi powiedzieć, czy to przez scenarzystę, czy może przez lekkie naleciałości Boichiego, ale kobiecych postaci nie uświadczymy tu póki co specjalnie wielu. Wszystko wynagradza jednak właśnie Kohaku, będąca jedną z najważniejszych obywateli Królestwa Nauki zaraz za Senku. Dziewczynka odznacza się niebywałą zwinnością i ma niezłą krzepę, przez co jest uznawana za najsilniejszego wojownika całej wioski (forma męska nieprzypadkowa, bo wybija się na tle obu płci). Mimo to nie jest pozbawiona urody, a także życiowego sprytu do kompletu z elokwencją, które umożliwiają jej rozmawianie z Senku jak równy z równym. Nawet jeśli na pierwszy rzut oka nie jest podjarana przekazywaną przez niego wiedzą, to wciąż ma do głównego bohatera olbrzymi szacunek i jako pierwsza bez wahania staje po jego stronie. Jednocześnie Kohaku ma swoje drobne, uzupełniające charakter przywary, jak choćby to, że potrafi się nieźle wkurzyć, kiedy ktoś pozwoli sobie na o jeden przytyk za daleko. Z drugiej strony mamy Chrome, czyli zupełne przeciwieństwo Kohaku - nie dość, że jest facetem (no większego przeciwieństwa kobiety nie uświadczymy) o dość kiepskiej tężyźnie fizycznej, to jeszcze jest całym sercem oddany nauce, określanej przez wioskowych mianem magii. Mimo że praktycznie cała wiedza przepadła, Chrome metodą prób i błędów dokonał wielu fantastycznych odkryć ciężką pracą własnych rąk. Staje się przez to niesamowitą pomocą dla Senku i nawet jeśli sam z siebie raczej niewiele może zdziałać, to jego wypracowany przez lata intelekt okazuje się kluczowym narzędziem w dalszym rozwoju kamiennej cywilizacji.

Muohohohoho... I see what you did here...

Warto jeszcze nagrodzić dobrym słowem trzy inne postacie, które również należą do licznego stadka "moich ulubionych postaci z Dr. Stone" (a jest ich od groma i ciut ciut, wierzcie mi). Szczególne miejsce w moim sercu zajmuje Gen Asagiri, którego w podsumowaniu anime roku 2019 zaliczyłam nawet do ścisłej topki najlepszych postaci z całej ogromnej puli serii. Z jednej strony to cwaniak i materialista jakich mało, ale z drugiej jest w nim coś tak samo prostodusznego jak w Taijuu, natomiast oddaniem nie ustępuje żołnierzom na polu bitwu. I właśnie przez tę swoją wielowymiarowość oglądanie jego poczynań czy reakcji jest niezwykle przyjemnym zajęciem. Jako kolejnego warto uhonorować dziadka Kasekiego. Niby jest tylko starszym panem, który nie do końca potrafi objąć rozumem całą tą naukową techno-gadkę, ale jak przyjdzie co do czego, to tylko on jeden ma odpowiednie umiejętności i krzepę, aby wyczarować dla Senku kolejne precyzyjnie wykonane narzędzia i sprzęty. Przy okazji stawiane przed dziadkiem Kasekim wyzwania natury naukowej nieustannie pobudzają go do dalszych starań, a zdolności manualne niejednokrotnie zawstydzają i zachwycają resztę ekipy. Dr. Stone jest shounenem o tyle niesamowitym i wspaniałym, ponieważ w historii znajdzie się miejsce dla każdego - nie tylko dla jurnych młodziaków, którzy siłą nakama power... znaczy, siłą naukowej współpracy są w stanie pokonać każdą przeciwność losu. Świat potrzebuje do funkcjonowania również doświadczenia dojrzałych ludzi oraz zaradności niewinnych dzieci. No i właśnie. Tu znów świetnie sprawdza się mała Suika, która jest co prawda tylko dzieckiem, ale nawet ona ma talenty, które w konkretnych momentach ratują tyłki całej ekipie. No i jej pragnienie bycia przydatnym jest czymś, z czym sama ogromnie się utożsamiam.

Pocisk na miarę fryzury protagonisty shounena.

Wspominałam przy okazji recenzji pierwszego tomu, że Boichi po tworzonych do tej pory seinenach-dla-prawdziwych-mężczyzn-no-normalnie-nie-podchodź-bez-okresowego-badania-stężenia-testosteronu-we-krwi jeszcze nie do końca umiał się odnaleźć w nowej stylistyce i dlatego Senku wyglądał momentami odrobinę za staro i zbyt poważnie, i to nawet jak na swoją 3700-letnią petryfikację. Odkąd jednak akcja przeniosła się do wioski, wszystkie te uwagi można spokojnie wyrzucić przez okno. W kolejnych tomach znajdziemy znacznie więcej humoru, żartów sytuacyjnych, zabaw formą, zabawnych min z całego zakresu gagowości i wszystkiego, co dobra przygodówka dla każdego odbiorcy zawierać powinna. Niby mam prawie trzydziestkę na karku, ale przy lekturze bawię się jak pięcioletnie dziecko, któremu dano w prezencie zestaw małego chemika. Szczególnie mocno zaśmiewam się przy momentach, kiedy Senku (i często Chrome) wykrzywiają twarze w demonicznych uśmiechach, wiedząc, że właśnie zdobywają kolejnego sojusznika do rozwijania swojego Królestwa Nauki, a ktoś inny (zwykle Kohaku albo Gen) to beznamiętnie komentuje. Z jednej strony jest to zabawne, bo nagle odkrywają przed resztą przyjaciół swoje materialistyczne intencje, ale z drugiej... w tej diabolicznej radości chodzi też o to, że czerpią dużą satysfakcję z zafascynowania nauką nowej osoby. A to przecież bardzo fajna, wartościowa rzecz! I dlatego za każdym razem niezmiennie mnie to cieszy i rozczula, bo wiem, że chłopcy wcale nie szukają taniej siły roboczej (no dobra, to też), ale bardziej pełnoprawnego kompana, który tak samo jak oni da się pokroić za możliwość angażu przy nowym wynalazku.

Z młodej piersi się wyrwało... realistyczny rysunek jakich mało!

Pozostaje dla mnie zagadką, czy twórcy od początku planowali tak diametralną zmianę związaną z kierunkiem fabuły, czy może chodziło o bezlitosny nakaz z redakcyjnej góry, ale wiem jedno - to była cholernie dobra decyzja. Nowa ekipa bohaterów ma świetną chemię (od poziomu wielkich umysłów jak Senku-Chrome, po takie urocze i prawie rodzinne Kohaku-Suika), potrafią ze sobą rozmawiać na różne, nawet błahe tematy i każdy jest tu po coś konkretnego. Już na przestrzeni tych paru tomów doskonale widać, jaki rozwój czeka wiele osób - jak Chrome przestaje być odludkiem skupionym na swoich magicznych kamykach albo jak Kinro powoli zmienia nastawienie, widząc, że w życiu nie liczą się tylko sztywne jak pal w tyłku zasady, ale też przyświecający temu wszystkiemu cel. Niby zapoznaję się z tą historią już drugi raz na przestrzeni zaledwie pół roku, a mimo wciąż to mam olbrzymi banan na twarzy, kiedy odkrywam na kartach magi nowe detale. Koniecznie dajcie tej serii szansę, bo lepszego uniwersalnego shounena dla każdej grupy wiekowej zwyczajnie nie znajdziecie.

Niektórych cywilizowanych ludzi to cierpienie nie opuściło aż do samej matury z matematyki.

Za udostępnienie mangi serdecznie dziękuję wydawnictwu Waneko.

Publikowanie komentarza

0 Komentarze