Nie czas żałować dusz, gdy płonie też antagonista - recenzja mangi Fire Force (tomy 2-3)

Gorący okres wiosennych premier anime został wyraźnie ostudzony przez szalejącą pandemię i tuzin wynikających z niej opóźnień, ale na szczęście polski rynek ma się dobrze i obfituje w cieplutkie premiery kolejnych tomów mang. A skoro o wysokich temperaturach mowa - na szczęście tylko tych czysto metaforycznych, choć nasze polskie lato już się zbliża, już puka do naszych drzwi - to może warto byłoby się pochylić nad przygodami magicznych strażaków, co żadnego samozapłonu się nie boją, a kiedy trzeba, to wklepią zarówno jarającym się potworom, jak i mało sympatycznym kolegom z firmy. Na anime od studia David Production narzekać nie mogłam, bo świetna animacja walk dostarczyła mi kilku porządnych opadów szczęki, ale podpicowana kreska Atsushiego Ohkubo wywarła na mnie na tyle duże wrażenie, że po pierwszym tomiku przyszedł czas na lekturę dwóch kolejnych. Fabuły aż do drugiego sezonu co prawda tym nie nadrobiłam, ale chociaż mogłam sobie odświeżyć kilka wydarzeń, a przy okazji zobaczyć, jak sprawna reżyseria potrafi zmienić wydźwięk niektórych kadrów.




Tytuł: Fire Force
Tytuł oryginalny: Enen no Shouboutai
Autor: Atsushi Ohkubo
Ilość tomów: 21+
Gatunek: shounen, akcja, supernatural, komedia, szkolne życie, ecchi, dramat
Wydawnictwo: Waneko
Format: 175 x 125 mm (standardowy)

Shinra razem z innymi świeżakami, którzy w ostatnim czasie dołączyli do Specjalnych Sił Przeciwpożarowych, biorą udział w odgórnie organizowanych zawodach testujących strażackie uprawnienia. Celem jest wdarcie się do płonącego budynku, odnalezienie ofiar (odgrywanych przez starszych kolegów po fachu), wyciągnięcie ich na zewnątrz i wreszcie ugaszenie pożaru. Problem w tym, że kiedy główny bohater wykorzystuje przewagę swoich płonących stóp i wlatuje do budynku od strony dachu, natyka się na dziwnego mężczyznę, który uśmiecha się w stanowczo zbyt szeroki sposób jak na człowieka udającego poparzonego poszkodowanego. Obawy potęgują się wraz z chwilą, kiedy nieznajomy przedstawia się jako Joker i oznajmia, że wie co nieco o pożarze, w którym dwanaście lat wcześniej zginęła mama oraz brat Shinry. Skąd ma takie informacje? Czyżby to była tylko prowokacja? Może to właśnie on stoi za tamtym wypadkiem? No i czym jest czarny proszek, za pomocą którego Joker wywołuje wybuchy tak bliźniaczo podobne jak te z poprzednich akcji Ósemki? A sprawa tylko się komplikuje, kiedy na miejsce walki docierają kolejni, niczego nieświadomi strażacy...

W razie pożaru zbij szybkę i... uciekaj z ekskluzywną kolekcją kart wyciągniętą z gabloty.

Od drugiego tomu fabuła już na dobre porzuca prezentowanie pomniejszych akcji eliminowania Płomiennych i gaszenia pożarów, a zaczyna skupiać się na głównym wątku, który kręci się wokół rozwikłania tajemnicy ludzkich zapłonów. O dziwo w przypadku tej serii wcale bym się nie pogniewała, gdyby ta epizodyczność potrwała nieco dłużej, bo uderzała w naprawdę poruszające nuty. Nie chodziło w niej tylko o "potwora tygodnia", ale rozwijała dramat ludzi, którzy tak naprawdę niczemu nie zawinili, a jednak po zamienieniu się w ogniowe monstra musieli zostać bezwzględnie wyeliminowani (pod przykrywką odesłania ich na łono słonecznego boga). Właśnie te wątpliwości - czy naprawdę nie było szans, aby uratować niektórych Płomiennych, skoro często przejawiali oni jakieś podświadome ludzkie odruchy - wyróżniały Fire Force na tle tradycyjnych shounenowych bitewniaków. No ale seria musi na siebie zarabiać, dlatego nadszedł również i czas, kiedy strażacy są zmuszeni do walki między sobą. Kto ogniem wojuje, ten od ognia ginie - ta zmodyfikowana formuła sprawdza się tu znakomicie, bo z postępem rozdziałów dochodzi do nas, że głównymi podejrzanymi w kwestii niegodziwego bawienia się płomieniami są właśnie ci, którzy potrafią nad nimi panować. Pojawiają się też pierwsi poważni antagoniści, którzy o dziwo grają na bardzo różne fronty. Po pierwsze Shinra walczy z Jokerem, który nie tylko umie generować wybuchy niebezpiecznie podobne do tych, które towarzyszyły ludzkim zapłonom, ale też zdaje się wiedzieć dużo za dużo jeśli chodzi o dramatyczną przeszłość głównego bohatera. Potem stykamy się z kapitan Hibaną dowodzącą Piątym Zastępem SSP - niech was jednak nie zmyli jej dojrzałe piękno, bo każda kobieta to w głębi duszy trochę wiedźma. No a na koniec trzeciego tomu zaczynamy zbliżać się do głównego podejrzanego o tworzenie Płomiennych, który skrywa się za mundurem Pierwszym Zastępem SSP... No wyzwań to tu z pewnością nie zabraknie.

Płomień buch - Shinra w ruch!

Z tomu na tom przybywa nam postaci drugoplanowych - czasem ważniejszych dla fabuły, a czasem takich, które tylko uzupełniają koloryt świata przedstawionego. Na czoło stawki dość mocno zaczął się jednak wybijać Arthur, stając się niejako bro-rywalem dla Shinry, niczym Ishida dla Ichigo czy Hakuryuu dla Alibaby. Niestety, charakter naszego rycerza wśród strażaków jest strasznie, ale to strasznie płytki i na tym etapie historii stanowi co najwyżej comic relief niż jakiegokolwiek pełnoprawnego bohatera (co wcale nie przeszkadza forsować jego kandydaturę, kiedy tylko jest ku temu okazja). Absurd osiągnął swoiste apogeum w momencie, gdy Arthur przez kilka stron dostawał regularne bęcki, ponieważ nie zorientował się, że trzymał miecz w lewej dłoni zamiast w prawej. Leniwe pisanie walk bywa tak bardzo leniwe... Poza tym chłopak nie ma żadnych sensownych przemyśleń, a wszystkie jego wypowiedzi muszą być albo proste i obelżywe, albo odnosić się do jakichś rycerskich skojarzeń (a w każdej jaszczurce wygrzewającej się na murze widzi od razu potężnego smoka, co zajmuje stanowczo za dużo kadrów). Syndrom gimbusa to już chyba nie ten wiek, co? Jak cała brygada Ósmego Zastępu bardzo mi odpowiada i widzę między postaciami dobrą chemię, tak ten jeden element wyrzuciłabym bez jakiejkolwiek straty dla historii. Może miało chodzić o to, żeby Shinra nie był jedynym męskim świeżakiem na pokładzie...? Ale co to zmienia, jeśli z Arthurem nie można się w żaden sposób dogadać? No niestety, panie autor, coś panu tym razem nie pykło. Postaram się być jednak cierpliwa, bo taki Black Star z Soul Eatera też był początkowo nie do zniesienia, a potem udało się go spokojnie okiełznać i dać mu trochę porządnego rozwoju charakteru.

Nie numerek, lecz chęć szczera zrobią z ciebie... kaskadera?

Ważne miejsce wśród postaci zaczyna zajmować również wspomniana wcześniej kapitan Hibana, która w pewien sposób przypomina mi kreację Meduzy z poprzedniej serii Ohkubo-senseia, czyli Soul Eatera. Tam Meduza nie była co prawda główną antagonistką, ale czytelnik nieustannie miał wrażenie, że wszyscy tańczyli dokładnie tak, jak im zagrała, nawet jeśli nie miała już żadnego realnego wpływu na przebieg wydarzeń. Dodatkowo Meduza była naukowcem, o ile można mówić o takiej profesji w kontekście wiedźmy zajmującej się magicznymi eksperymentami i regularnym łamaniem wszelkiego tabu. Podobną aurą (a trochę i urodą) emanuje właśnie Princess Hibana, jednak w jej przypadku sytuacja jest nieco inna. Z pozycji pomniejszej antagonistki szybko zmienia się w zaangażowanego sojusznika i chociaż jest to transformacja nieco zbyt nagła, to wciąż pozostaje w niej coś mocno niepokojącego. Jasne, w stosunku do przyjaciół jest całkiem oddana i pomocna, ale jednak lepiej nie być jej wrogiem, bo można skończyć na stole operacyjnym, bez możliwości poproszenia o znieczulenie. Dodatkowo nawet jeśli jej wprowadzenie nie należało do najsubtelniejszych, tak uważam, że już przeszłość ściśle powiązana z Iris została zbudowana naprawdę drobiazgowo i wielopłaszczyznowo. Z jednej strony całe życie starała się odciąć od Kościoła Sola i zaprzeczyć sensowności jakichkolwiek praktyk religijnych, ale z drugiej uważny czytelnik w mig wyłapie, że swoje ogniowe techniki nazwała imionami dawnych przyjaciółek z sierocińca, nie potrafiąc zapomnieć o ich ofierze. Bardzo więc liczę na to, że Ósemka jako ostoja prawości pozostanie czysta i bohaterska, w zamian posiłkując się siłą sojuszników, którzy nie mają żadnych moralnych problemów, żeby od czasu do czasu działać w myśl zasady "oko za oko".

Przez chwilę można zaliczyć niezłą zwiechę, czy się wzięło do ręki Fire Force, czy może przypadkiem Oblubienicę czarnoksiężnika.

Jak sekwencje pełne akcji dalej wyglądają przekozacko i nigdzie nie znajdziecie tak pięknych wybuchów czy jęzorów ognia, tak wydaje mi się, że sceny sielanki bywają momentami robione na pół gwizdka. Można by było popracować nad niektórymi białymi tłami, bo to aż chamsko widać, że autorowi nie chciało się kończyć szczegółów. O ecchi mówiłam już sporo przy okazji pierwszego tomu i nie chcę się powtarzać, jak bardzo nie lubię tego zbereźnego humoru z udziałem Tamaki. Warto jednak poruszyć kwestię pewnej sceny grupowej kąpieli pań. Jeśli zastanawiacie się, gdzie leży granica w pokazywaniu golizny przy jednoczesnym nie pokazywaniu niczego, to Atsushi Ohkubo jest w tym fachu prawdziwym mistrzem. Zaskoczył mnie bowiem fakt, że pokusił się o zaprezentowanie negliżu, którego nie osłaniała żadna para ani bąbelkowa piana... a mimo to zdecydował się pominąć wszystkie szczegóły anatomiczne związane z sutkami i okolicami miednicy. Nie zrozumcie mnie też źle, bo nie czytam shounenów po to, żeby podziwiać drogi rodne bohaterek, ale jak się powiedziało A, to chyba należałoby iść za ciosem i dodać też B. A tu taki ni to pies, ni wydra, tylko coś na kształt białej kluskowatości albo może pasa cnoty, który zlał się z teksturą ciała. Zupełnie jakby kobiety nie miały nawet odpowiednich organów, żeby sikać... Zafrasowało mnie to przeokropnie, ale może akurat panom takie pomysłowe obejście cenzury się spodoba (może to i lepsze niż te upierdliwie chmurki wszędobylskiej pary). Pochwalę też w tym miejscu polską edycję. Jak zwykle nie skupiam się na onomatopejach pod względem ich kompozycji, tak Fire Force jest przykładem mangi, gdzie każdy wyraz dźwiękonaśladowczy naprawdę dodaje masę dynamiki. Są ustawione w taki sposób, że idealnie współgrają z liniami ciosów czy ruchów bohaterów i pomagają czytelnikowi wodzić wzrokiem w odpowiednią dla akcji stronę.

W myśl zasady "wszystko wygląda lepiej na tle wybuchów".

Fire Force dostarczyło mi sporo prostej, szczerej, nieprzekombinowanej i trafiającej w nastoletni gust rozrywki, stanowiąc w ten sposób dość specyficzny suplement diety razem z Seraph of the End czy Kulinarnymi pojedynkami na dalszym etapie prowadzenia fabuły. Nie jest to raczej seria, w której starsi odbiorcy odnajdą utraconą młodość czy będą z zapartym tchem śledzić postęp złożonej historii. Mimo to manga stanowi sztandarowy przykład porządnie zrealizowanej klepaniny cieszącej oko (czasami na wielu baaaardzo różnych płaszczyznach, jeśli wiecie, co mam na myśli). Wciąż sądzę, że wielu dorosłych bohaterów przypadłoby do gustu szerszemu gronu odbiorców - kolejny punkt zbieżny z Soul Eaterem, gdzie to właśnie taki doktor Stein, Shinigami czy Medusa wydawali się najciekawszymi i najbardziej złożonymi postaciami - ale nie będę też czarować, że nastoletni protagoniści są zrobieni w taki sposób, aby mogli się z nimi identyfikować konkretnie młodzi chłopcy. Na bezrybiu i rak ryba, a od kiedy J.P.F. niedomaga z wypuszczaniem swoich shounenowych tasiemców, to Fire Force zdaje się doskonale zapełniać tę gatunkową niszę. Można się skusić, ale pamiętajcie też gdzieś z tyłu głowy, że Waneko ma ostatnio pod dostatkiem naprawdę fajnych serii.

Bo fach trzeba mieć w odpowiednim (i niekoniecznie małym) palcu...

Za udostępnienie mangi serdecznie dziękuję wydawnictwu Waneko.

Publikowanie komentarza

0 Komentarze