Wszystkie książki nasze są! - recenzja mangi Czarośledztwo: Książkoholiczka na tropie magicznych uciekinierów, czyli historia Sekretnej Biblioteki (jednotomówka)

Książki to obecnie jedne z najlepszych towarzyszy kwarantannowej niedoli, choć pewnie wszyscy hikikomori i inne zawodowe piwniczaki (w tym mua) doskonale zdają sobie sprawę z wyższości prozy pisanej nad kontaktami międzyludzkimi, szczególnie z osobnikami, których niestety nie da się tak łatwo uciszyć po dwóch kiepskich rozdziałach. A co powiecie w takim razie na mangę o książkach? Toż to prawdziwa promocja dwa w jednym! Właśnie taki pomysł znalazła na siebie jedna z najnowszych pozycji w arsenale Jednotomówek Waneko. O dziwo Czarośledztwo: Książkoholiczka na tropie magicznych uciekinierów, czyli historia Sekretnej Biblioteki nie jest wcale szkolną haremówką ani przeciętnym isekajem, na co mógłby wskazywać niezwykle długi jak na polskie standardy tytuł. To fantasy bardziej we współczesnym stylu, przywodzącym na myśl serię książek Atramentowa krew albo coś w rodzaju Artemisa Fowla, gdzie baśniowość przenika do naszego, mocno współczesnego świata i przy okazji robi odrobinę zamętu. Co nowego przedstawia w tym temacie Czarośledztwo i czy zgodnie z tytułem znajdzie się tu coś dla koneserów kryminalnych zagadek? Wydedukujmy to wspólnie!


Tytuł: Czarośledztwo: Książkoholiczka na tropie magicznych uciekinierów, czyli historia Sekretnej Biblioteki
Tytuł oryginalny: Katsujichuu Dokusha no Mahontansaku arui wa Uratoshokan no koto – Mahotan –
Autor: Uta Isaki
Ilość tomów: 1 (z serii Jednotomówek Waneko)
Gatunek: dramat, shoujo, fantasy, romans, komedia
Wydawnictwo: Waneko
Format: 195 x 135 mm (powiększony)


Kaho Ichinose mogłaby śmiało walczyć o platynę w kategorii "mola książkowego" - nosi okulary, nie posiada żadnych przyjaciół, ma rozległą wiedzę na liczne tematy, no i oczywiście uwielbia przesiadywać w bibliotece, gdzie poza nią nie ma żywego ducha. Nikt jednak nie wspominał o zjawach nie z tego świata... Pewnego dnia Kaho słyszy zza półek wołanie o pomoc, a gdy zagląda na tył sali bibliotecznej, znajduje tajemnicze, bogato zdobione drzwi, których nigdy wcześniej tam nie było. Wrodzona ciekawość każe dziewczynie sięgnąć do klamki i choć w ostatniej chwili dociera do niej ostrzeżenie, aby nie otwierać wrót, zza rozchylonych sekundę później drzwi nagle wypadają szybujące na wszystkie strony książki. Przed książkowym tornado ratuje Kaho starszy o rok senpai, niejaki Shofu Hayama, młodzieniec tak samo przystojny jak... pieruńsko wredny! Obrzuca dziewczynę stekiem wyzwisk, w międzyczasie napominając, że pozwoliła ona uciec książkom z Sekretnej Biblioteki. Okazuje się, że w tym miejscu przechowywane są wszelkie woluminy, które za życia ich posiadaczy zostały obdarzone ogromną miłością i były wielokrotnie czytane, dlatego finalnie zyskały moc oddziaływania na rzeczywistość i ożywiania swoich bohaterów. Niestety, Kaho dopuściła do tego, aby kilka z nich wymknęło się zza bariery Biblioteki i uciekły w siną dal. Teraz wraz z Hayamą muszą zająć się odnalezieniem uciekinierów, a jedynym sposobem, aby skutecznie spacyfikować ożywionych bohaterów i nakazać im posłuszeństwo, jest podać tytuł książki, z której pochodzą. A to nie zawsze będzie łatwe...

No normalnie w głowie się nie mieści - tyle tu barwnych, książkowych treści!

Nie mam nic do epizodycznych historii, bo wiele z nich ma później tendencję do znacznego zagęszczania akcji i splatania się w jeden, większy, spójny wątek, ale odniosłam wrażenie, że serializacja Czarośledztwa została brutalnie ciachnięta, zanim manga w ogóle zdołała się w jakikolwiek sposób rozkręcić. Trudno jednak dziwić się tej decyzji, ponieważ wszystko, co zostało zaprezentowane do tej pory, dzieje się trochę zbyt szybko i zbyt powierzchownie, żeby widzieć w tym większy sens. W ciągu zaledwie czterech krótkich rozdziałów dostaliśmy wstęp oraz cztery historyjki dotyczące uciekinierów ze znanych książek, jednak problem w tym, że we wszystkich przypadkach misja zapieczętowania bohaterów ograniczyła się do nudnego stania i rozmawiania. Boli to tym bardziej, ponieważ problemy postaci z pierwszej i trzeciej książki miały ogromny potencjał na znacznie głębszą analizę. Niestety - miejsca zajęło to tyle, co kot napłakał i każda sytuacja musiała zostać rozwiązana w tym samym rozdziale, w którym nastąpił jej początek. Wciąż nie jest to jednak tak kiepskie jak podsumowanie czwartej przygody i zakończenie całej mangi, które nie dość, że pojawia się zupełnie znikąd, to jeszcze sugeruje, że nagle między dwójką głównych bohaterów poważnie zaiskrzyło. Jak? Gdzie? Skąd? Nie mam pojęcia, czemu zdecydowano się akurat na taki finał, bo manga tak bardzo skupiła się na zagadkach, że zupełnie zignorowała rozwój postaci czy relacji między nimi.

To mój idealny plan na starość: dobra książka, fotel bujany i ja.

No więc jak by to łagodnie ująć to moje podejście do kreacji głównych bohaterów... hmm... o! Wiem! Chyba jestem już w tym starczym wieku, że ciężko mi zrozumieć zachowanie współczesnych nastolatków. Kaho jest jeszcze o tyle sympatyczna, bo lubi książki, choć na tym jej charakter praktycznie się kończy. Hayama jest jednak zupełnie przegranym przypadkiem - poza tym, że jest jako tako przystojny, nie reprezentuje sobą absolutnie nic. Jest opryskliwy, nerwowy, agresywny (szczególnie fizycznie), niekulturalny, nie umie współpracować, nie lubi czytać (i nie chodzi nawet o powieści, tylko w ogóle boli go głowa, jak musi patrzeć na jakiekolwiek znaki) i ma wszystko w głębokim jak samo jelito grube poważaniu. Nie wiem, co on robi w tutejszej fabule i jaki jest cel, aby Kaho próbowała go sprowadzić na "ścieżkę prawego czytelnictwa", skoro problem z tym chłopakiem sięga znacznie dalej niż tylko niechęć do książek. Nie jestem nawet w stanie uwierzyć, że ktoś tak paskudny, samolubny i antypatyczny mógłby w ogóle chcieć strzec Sekretnej Biblioteki. Naprawdę ciche miejsce do spania było warte tego całego kociokwiku? Kto go niby do tego pierwotnie zmusił? I który paragraf syndromu sztokholmskiego podpada pod to, że między nim a Kaho zaczyna cokolwiek iskrzyć, skoro ich relacja składa się głównie z rękoczynów i wyzwisk? To chyba nawet ślepy by zauważył, że znacznie więcej chemii i zdrowej relacji jest pomiędzy Kaho a Alem, który z radością czytał polecane mu pozycje i cenił sobie gust dziewczyny (nawet jeśli jego postać była wprowadzona po zupełne nico). Uch, to jest tak naciągane jak szklany pantofelek na stopę pulchnej siostry Kopciuszka... Ciężko mi powiedzieć, czy wstępne pomysły, z których autorka zwierzyła się na sam koniec mangi, wyszłyby w praniu lepiej, ale sądzę, że w najgorszym razie czytelnicy uznaliby je za nudne, a nie za kompletnie irytujące jak w obecnym przypadku.

Za dobór autorów nie tylko starych i japońskich - szanujemy!

Co by jednak nie mówić złego o fabule, to kreska w Czarośledztwie jest prześliczna i szczególnie przypadł mi do gustu sposób rysowania dziewcząt. Każda bohaterka jest niezwykle urocza, smukła i ma dopracowany design, który nadaje im masę indywidualności: u jednej już na pierwszy rzut oka widać wrodzoną nieśmiałość, u drugiej - waleczność pomieszaną z frustracją, że w danej sytuacji jest kompletnie bezsilna, a jeszcze w innym przypadku jest to łagodność i niezwykła, wewnętrzna siła. Moim ulubionym rozdziałem jest ten trzeci, gdzie na kilku stronach występuje sekwencja tańca pewnej bohaterki. Jest to wyjątkowo cicha, ale jednocześnie oszałamiająco piękna scena i da się z niej wszystko wyczytać, szczególnie kiedy wie się, kim jest tańcząca dziewczyna. Wydaje mi się przez to, że Uta Isaki ma ogromny potencjał jako rysowniczka - w końcu świeżynką na rynku nie jest i działa prężenie już od 15 lat - ale nie wiem, czy nie lepiej by było, gdyby połączyła siły z jakimś bardziej ogarniętym scenarzystą. Jasne, z jednej strony ma na koncie kilka małych seryjek, które z opisów brzmią naprawdę interesująco, ale z drugiej... czy podobnie nie było z Czarośledztwem?

*zawodząco, na nutkę Caluma Schotta* I keep dancing on my own...

Gdybym w tym momencie miała wam polecić jakieś jednotomowe fantasy z epizodycznymi przygodami i ciekawymi morałami, to optowałabym za świetną Badaczką mitycznych bestii (którą z perspektywy czasu jeszcze bardziej doceniam). Ta manga ma znacznie sympatyczniejszych i bardziej kompetentnych bohaterów, którzy faktycznie umieją pomóc przy magicznych problemach, zawiera spójne, całkiem satysfakcjonujące podsumowanie wątków i nawet jeśli jest tylko wycinkiem o wiele większej historii, to autor wiedział, co chciał przekazać czytelnikom na tej ograniczonej liczbie stron. Natomiast Czarośledztwo to taki bardzo, baaardzo luźny eksperyment, któremu po drodze zabrakło pary i z którego nic tak naprawdę nie wyniknęło. Po lekturze tego bardzo ładnie wydanego tomiku nie czuję się w żaden sposób zachęcona, aby chcieć śledzić poczynania tej dwójki (trójki...?) bohaterów, nawet gdyby takowe miały jakimś cudem nastąpić. Jeśli jesteście koneserami ślicznych mang, to Czarośledztwo powinno uplasować się na czele stawki Jednotomówek Waneko, natomiast pod względem historii... no, to już trochę inna para kaloszy. Oczywiście nie jest to pozycja zła ani w żaden sposób szkodliwa, co to to nie, ale pozostawi was z ogromnym niedosytem i wątpliwościami, czy w ogóle warto było zaczynać tę przygodę.

Dlatego jeśli zabraknie wam uroczych Moli Książkowych, serdecznie zapraszam do drugiego sezonu Honzuki no Gekokujou.

Za udostępnienie mangi serdecznie dziękuję wydawnictwu Waneko.

Publikowanie komentarza

0 Komentarze