Nie taki wampir straszny, jak go malują - recenzja mangi Seraph of the End (tomy 6-10)

Czasu na nadrabianie mang mamy teraz bez liku, dlatego wciągnęłam się w czytanie ze zdwojoną siłą i... eee... cóż... wybieranie do recenzji serii, w której ludzkość prawie doszczętnie wyginęła pod wpływem tajemniczego wirusa to chyba nie jest najrozsądniejszy pomysł w obecnej atmosferze, co nie? Ale może w tym szaleństwie jest metoda, bo to takie pokrzepiające, że nawet w tak opłakanej sytuacji jak apokalipsa te resztki ocalałych ludzi potrafiły się zorganizować i wziąć odwet na oprawcach-wampirach, którzy niecnie skorzystali z całej tej okazji, by wyleźć na powierzchnię. Nom, chyba nigdy nie ma tak źle, żeby nie móc się wykaraskać z opresji, jednocześnie dbając o pozytywne wartości takie jak miłość, przyjaźń czy chęć opiekowania się towarzyszami. Dlatego ja również apeluję, żebyście zostali w domkach, regularnie myli łapki, zapakowali się w ciepłe kocyki, przytulili coś dobrego do podjadania (czekolady i orzechów na szczęście na sklepowych półkach nie brakuje, a jak macie Pocky, to już w ogóle jesteście zwycięzcami) i sięgnęli po wciągającą mangę. Ewentualnie o takiej poczytali, na przykład na Podajniku, gdzie Dziab opowie o wampirach, demonach, serafinach i buńczucznych, nadaktywnych emocjonalnie nastolatkach.



Tytuł: Seraph of the End - Serafin Dni Ostatnich
Tytuł oryginalny: Owari no Seraph
Autor: Takaya Kagami (historia), Yamato Yamamoto (rysunki), Daisuke Furuya (storyboard)
Ilość tomów: 20+
Gatunek: shounen, dramat, tajemnica, akcja
Wydawnictwo: Waneko
Format: 175 x 125 mm (standardowy)


Ekipa składająca się z Yuu, Shinoi, Kimizukiego, Mitsuby i Yoichiego prowadzi trening, który ma na celu podniesienie siły bojowej drużyny poprzez opętanie Yuu oraz Kimizukiego przez ich czarne demony. Ten pierwszy opanowuje moc Ashuramaru stosunkowo szybko i bezboleśnie, jednak Kimizuki daje sobą łatwo manipulować, przez co staje się łakomym kąskiem dla służącemu mu Kiseki-ou. Tymczasem na szczytach sił po obu stronach barykady odbywają się strategiczne spotkania. Na Radzie Progenitorów Krul Tepes musi zmierzyć się z krzyżowym ogniem pytań innych wysoko postawionych wampirów, którzy chcą się dowiedzieć o szczegółach wydarzeń z Shinjuku, gdzie Yuu nieoczekiwanie uaktywnił moce Serafina Dni Ostatnich. Jednocześnie pojawiają się wątpliwości, skąd ludzie mieliby być w posiadaniu tak przerażającej broni, skoro za likwidację poddawanych eksperymentom dzieci z sierocińca Hyakuya miała odpowiadać właśnie Krul... W Cesarskiej Armii Demonów dochodzi natomiast do rozmowy Kureto z Gurenem - ten pierwszy donosi, że wedle zdobytych przez szpiegów informacji wampiry planują przypuścić za miesiąc zmasowany atak na Tokio. Aby pokrzyżować im szyki, Guren ma wziąć część żołnierzy i zająć się arystokratami, którzy właśnie gromadzą się w Nagoi. Oczywiście w tę misję zaangażowany zostanie również Yuu ze swoją drużyną.

Żeby życie miało smaczek - raz człeczyna, raz wampiaczek!

Wydarzenia z tej partii tomów w dużej mierze pokrywają się z fabułą drugiego sezonu anime - Owari no Seraph: Nagoya Kessen-hen - a jeśli mnie pamięć nie myli, to historii jeszcze nie udało się wkroczyć na niezbadany grunt nowego materiału. Ech, no cóż... co zrobisz jak nic nie zrobisz... może następnym razem. W przeciwieństwie do tomów 1-5, które momentami pędziły z fabułą na złamanie karku, kolejne części znacznie zwalniają i chwilami są aż nazbyt powolne. Odniosłam też wrażenie, że historia zaczyna zjadać swój własny ogon i popada w zbędne powtórki. Trening z 6 tomu, kiedy to chłopcy konfrontują się ze swoimi demonami i muszą stawić czoła traumatycznym wspomnieniom, jest praktycznie idealną kopią tomu 2, z tą różnicą, że zamiast Yoichiego mamy Kimizukiego (ale już Yuu się idealnie powtarza). I jasne, taka sztuczka mogła zadziałać za pierwszym razem, kiedy młodzi bohaterowie nie spodziewali się, że będą musieli zmierzyć się z demonami przeszłości (heh, jakie to wieloznaczne), ale żeby drugi raz ta sama sytuacja miała stanowić dla nich realne zagrożenie? Wstydźcie się, panowie. Tylko Yuuichirou faktycznie wyszedł z tego z twarzą i już dawno temu porzucił nastoletnie angsty na rzecz działania w imię nowej rodziny, ale czuję, że z Kimizukim będą później większe problemy niż się może póki co wydawać...

Odblaskowi wojskowi, czyli kto powiedział, że służby mundurowe nie mogą modnie ubierać?

...co nie znaczy, że i zachowanie głównego bohatera nie zaczyna się robić delikatnie męczące. Znaczy, mnie się ta idea nazywania "rodziną" towarzyszy broni czy najbliższych kompanów bardzo podoba, tym bardziej że w tym post-apokaliptycznym świecie uchowało się mało osób, które faktycznie łączą jakiekolwiek więzy krwi. Ostał się chyba tylko ród Hiiragich i Kimizuki ze swoją siostrą, choć i to raczej nie na długo, zważywszy na jej chorobę i parę innych szczegółów. Problem zaczyna jednak narastać wtedy, kiedy nieustannie wygłaszane "zrobię wszystko dla rodziny!", "jesteście moją rodziną!", "sam wybrałem swoją rodzinę!" jest praktycznie jedynym przejawem dbania o taką relację. Kiedy drużyna Yuu mierzy się z jakimiś poważnymi przeciwnościami, to jasne, widzę tu pewne rodzinne symptomy, ale chodzi bardziej o wzajemne dogryzanie czy robienie czegoś na przekór pozostałym członkom ekipy. No wtedy to faktycznie rodzina - taka wypisz wymaluj przy wigilijnym stole, kiedy wszyscy kłócą się na tematy polityczne albo obyczajowe... Aż ma się ochotę powiedzieć "mniej gadania, więcej robienia!". A przynajmniej więcej pokazywania, bo to na autorach spoczywa odpowiedzialność, aby nie stosować samej łopatologicznej ekspozycji, ale też nieco subtelniejszych sugestii czy wskazówek.

Yaoistki jak te karaluchy - nawet apokalipsę wytrzymią!

Oczywiście pojawia się również sporo momentów, kiedy byłam pod szczerym wrażeniem dojrzałego zachowania Yuu - jak to, kiedy wziął na siebie winę za wygłupiające się dziewczyny lub kiedy wyciągnął lekcję ze sparingu z Gurenem i resztą jego drużyną. W świetny sposób łamie wówczas ze stereotypem protagonisty, dla którego liczy się tylko zemsta, pogoń za siłą i inne takie (siemka, Eren!)... ale robi tak chyba tylko dlatego, żeby niedługo potem zirytować czytelnika znacznie bardziej szczenięcą postawą, kiedy to pędzi gdzieś na oślep, drze japę lub zupełnie ignoruje rozkazy przełożonych. Serio, toż to wygląda jak podręcznikowy przykład rozdwojenia jaźni czy czegoś takiego. A jeśli to nie problemy natury psychologicznej, a zwykła burza nastoletnich hormonów, to należałoby przełożyć go sobie przez kolano i zafundować legitny spanking (ale w Japonii, bo w Polszy już nie wolno). Jestem też zaniepokojona wyraźnym uwstecznieniem charakteru Shinoi, która nie dość, że nagle zaczęła zachowywać się maksymalnie nieodpowiedzialnie w bardzo złych sytuacjach, to jeszcze jakby kompletnie straciła dotychczasową pewność siebie. To nie jest waifu, o którą walczyłam, hurr durr! Mam nadzieję, że to tylko chwilowe i że to nowa sytuacja ją przerosła, a nie że była to decyzja autorów, według których bohaterka dbająca o swoich przyjaciół nie może okazywać okazjonalnego pazurka. Na szczęście rekompensuje to Krul, która nawet w momentach, gdy Ferid sobie z nią pogrywa, wciąż pozostaje niebezpieczna i też lubi sobie knuć na uboczu.

A fandom siedzi, milczy i patrzy, czy Pyrkon też zostanie odwołany...

Swoją drogą Ferid wyrósł nieoczekiwanie na najbardziej nieoczywistego skurczybyka z całej stawki. Na początku wydawało się, że to taki dumny arystokrata, który uwielbia znęcać się nad o wiele słabszymi ludźmi, ale za jego manipulacjami może kryć się obecnie nieco więcej mięska. Nie, nie spodziewam się, że będzie postacią w pełni pozytywną, ale bardzo odpowiada mi to, jak wielu wrogów sobie przysparza i jak niejasne są jego machlojki. Dopomagający mu Crowley również sprawia wrażenie dość zagadkowej persony. Nie wydaje się ani zanadto bucowaty, ani specjalnie miły czy nawet neutralny. Gdybym miała go do czegoś porównać, to sprawdziłby się świetnie jako tank w MMORPG - krzepę ma nieziemską, pewność siebie na poziomie over 9000, kompletnnie brakuje mu zmysłu knucia, a pewnie gdyby mu pozwolono, to tylko walczyłby sobie z silnymi przeciwnikami i już, tyle by mu do szczęścia wystarczyło. Ach, no i został jeszcze ten biedny Mikaela, którym miota jak szatan, bo nie potrafi znaleźć dla siebie miejsca w znienawidzonym społeczeństwie wampirów, ale jednocześnie jest zdany na łaskę i niełaskę zasobów krwi Krul. Nie dość, że samo nastoletnie życie bywa pełne cierpienia i prób odnajdywania własnej tożsamości, to ten ma jeszcze obciążenie w postaci żądzy krwi, którą stara się stłumić ostatkiem sił. Being Mika is suffering... Oby dalsza fabuła była dla niego łaskawsza i jak najmniej opływająca w angst.

T-to nie tak, że jestem uszczęśliwiony twoim wyznaniem... baaaaka...

Znajdując się już o krok od wyjścia poza materiał znany z anime (który i tak pamiętam średnio na jeża, no ale powiedzmy że wiem chociaż, kto na pewno nie wyciągnął po drodze kopyt) jestem ogromnie ciekawa tego, co na całym tym konflikcie między ludzkością a wampirami ma do zyskania Ferid. Czyżby chciał pozbyć się przeszkadzających mu arystokratów, a przy okazji też większości dorosłych ludzi, licząc na równomierne wyrżnięcie się sił w przygotowywanych ustawkach? Bo chyba nie wierzy w szczery sojusz z Cesarską Armią Demonów, która zapewni mu immunitet? Znaczy, w sumie nie zdziwiłabym się, gdyby to zimny Kureto zaproponował mu coś takiego, a potem widowiskowo wbił miecz w plecy, ale - bez spoilerów - sytuacja wydaje się odrobinę bardziej skomplikowana i mało kto gra tu wyłącznie na jeden front. No i Krul też nie zamierza poddać się bez walki, skoro stara się przeciągnąć Mikę na swoją stronę. A jak dobrze wiemy, najlepszy przyjaciel i nemesis protagonisty to najlepsza karta przetargowa, jaką można zgarnąć z puli fabuły shounena. Jeśli Krul faktycznie "ocaliła" dzieciaki z sierocińca Hyakuya, choć miała rozkaz je zlikwidować, no to sugeruje to, że ma co najmniej potencjał na zostanie cenną sojuszniczką... ewentualnie na sprytnego złodupca, który chciał wykorzystać moc serafinów do swoich osobistych celów.

Daddy kink to kompletnie nie moja broszka, ale dla takiej "mamuśki" mogłabym zmienić to i owo w poglądach.

Tomy 6-10 przeczytałam prawdziwym migusiem, choć nie wiem, czy to była taka zupełna zaleta, czy może też odrobinę wada. Nie byłam specjalnie zaabsorbowana większością wydarzeń związanych z Yuu i ekipą, ale dla równowagi skupiałam się wtedy, gdy na scenę wkraczały wampiry albo wyżej postawieni oficjele z Cesarskiej Armii Demonów. W niektórych momentach autorzy grają ostro na czas i zamiast sprawnie przechodzić w fabule od punktu A do punktu B, fundują dość przeciągnięte zapychacze jak np. akcja ze spóźnieniem się na odprawę przed bitwą w Nagoi. Oryginalnie ta sytuacja miała chyba bawić, ale we mnie budziła pewien niesmak, że takie nieodpowiedzialne smarki traktują wojskową odprawę przed śmiertelnie niebezpieczną walką jak harcerską zbiórkę przed wypadem na grzyby (Guren był dla nich zdecydowanie zbyt łagodny...). Nom, zdecydowanie silniej utożsamiam się ze starszymi bohaterami, których na całe szczęście nie brakuje. Zgaduję też, że to może być ten niewygodny moment w historii, kiedy jeszcze nie można odsłonić wszystkich interesujących kart, a wciąż trzeba zachęcać czytelników do regularnego śledzenia wydarzeń. W końcu nawet wielki One Piece miał swoją nic niewnoszącą Skypię, co nie? Czekam więc na dalszy rozwój wydarzeń, na więcej czasu antenowego przydzielonego antagonistom, na więcej Ashuramaru, bo jest przeuroczy i w ogóle na więcej tomów, bo na razie mi się skończyły. A przecież trzeba grzecznie obozować w domku...

...run.

Za udostępnienie mangi serdecznie dziękuję wydawnictwu Waneko.

Publikowanie komentarza

0 Komentarze