Szaszłyk fantastyczny w sosie słodko-kwaśnym - recenzja mangi Seraph of the End (tomy 1-5)

Choć wedle japońskich standardów shouneny powinny być najmniej dopasowanym do mojego wieku typem mang (ani ja młoda, ani męska), to jednocześnie od lat czuję do nich niesamowitą słabość. Może to przez to, że od dawna uchodziłam za fankę przygody i akcji, a tego w seriach dla nastoletnich chłopaków jest pod dostatkiem, a może przez to, że wśród licznej gromadki postaci z tasiemców zawsze udaje mi się znaleźć tę jedną albo dziesięć, które idealnie trafiają w mój gust, przez co mam ochotę śledzić ich dalsze poczynania. Właśnie dlatego skusiłam się na lekturę pierwszych pięciu tomów Serafina Dni Ostatnich, który ma w sobie wszystko, co tygryski powinny lubić najbardziej - barwnych bohaterów, śliczną kreskę, interesujący, post-apokaliptyczny świat i sporą ilość tomów do kolekcjonowania. Warto wspomnieć, że w 2015 roku powstały dwa sezony anime wyprodukowane przez Studio Wit, czyli ludzi, którzy dwa lata wcześniej byli odpowiedzialni za olbrzymi sukces Shingeki no Kyojin. To również na bazie tego szału (szału na animowanego Serafina) Waneko zaczęło wypuszczać od sierpnia 2016 roku mangowy pierwowzór historii o zaciętej walce między ludźmi a wampirami. Od tego momentu upłynęło jednak tak wiele godzin emisji przeróżnych bajek, że sama pamiętam jedynie to, że anime było naprawdę ładne i że miało niesamowitą muzykę w wykonaniu Sawano Hiroyukiego. Uznałam to więc za wyraźny sygnał, że powinnam podejść do tej opowieści raz jeszcze i zobaczyć, co do zaoferowania ma oryginał.



Tytuł: Seraph of the End - Serafin Dni Ostatnich
Tytuł oryginalny: Owari no Seraph
Autor: Takaya Kagami (historia), Yamato Yamamoto (rysunki), Daisuke Furuya (storyboard)
Ilość tomów: 19+
Gatunek: shounen, dramat, tajemnica, akcja
Wydawnictwo: Waneko
Format: 175 x 125 mm (standardowy)


Początek wygląda niczym u Hitchcocka - najpierw następuje trzęsienie ziemi, a potem napięcie tylko wzrasta. Okazuje się bowiem, że liczna grupa dzieci jest przetrzymywana w niewoli w podziemnym mieście wampirów, które pozwalają im żyć w zamian za regularne dostawy świeżej krwi. Do tej sytuacji doszło za sprawą śmiertelnego wirusa, który nagle rozprzestrzenił się po świecie, zabijając wszystkich ludzi poza nieletnimi poniżej trzynastego roku życia. Z tym stanem rzeczy nie może się jednak pogodzić Yuuichirou, jeden z chłopców pochodzących z sierocińca Hyakuya. Pragnie on zniszczyć wampiry i wydostać się na upragnioną wolność. W tych zapędach regularnie uspokaja go jego najbliższy przyjaciel, Mikaela. On znów uważa, że ludzie są zbyt słabi, żeby walczyć w bezpośrednim zwarciu z wampirami... co jednak wcale nie znaczy, że nie przygotowuje w tajemnicy planu ucieczki. W tym celu spoufala się z jednym ze szlachciców, Feridem, by w zamian za swoją krew otrzymywać dodatkowe smakołyki oraz dostęp do siedziby arystokraty. Stamtąd Mikaela wykrada bezcenną mapę podziemi oraz pistolet, które mają pomóc dzieciakom z sierocińca w ucieczce. Niestety, wkrótce okazuje się, że jest to tylko sprytnie przygotowana pułapka, a z miasta wampirów udaje się uciec tylko jednej osobie - płaczącemu Yuu, który zostawia za sobą drobne trupy swojej przyszywanej rodziny.

Lampki choinkowe chowają się przy tej różnorodności kolorów okładek!

Fabuła nie należy pewnie do szczególnie odkrywczych, bo można by ją chociaż z powodzeniem przyrównać do wspomnianego już we wstępie Ataku tytanów - w obu tych tytułach ludzkość zostaje wyraźnie przetrzebiona, przez co niedobitki muszą się ukrywać za bezpiecznymi murami (mniejszymi bądź większymi), w obu seriach pozostali przy życiu wojownicy starają się wytępić wroga za pomocą specjalnie przystosowanej broni, no i w obu przypadkach ludzie nie zawsze korzystają z czystych zagrań, które prowadzą do tego, że nasi główni bohaterowie są tykającymi bombami obdarzonymi nieprzeciętnymi zdolnościami. Do tego ostatniego wniosku docieramy naprawdę szybko, choć tajemnicą pozostaje to, kto konkretnie i pracując dla jakiej frakcji chciał okiełznać moc, która swoją wizualizacją przypomina nieco Sąd Ostateczny. W ogóle ludzie, wampiry, demony, anioły... naprawdę niezły z tego kociołek Panoramixa się zrobił i nie do końca wiem, do czego to może zaprowadzić. Sądząc jednak po tym, że dowództwo Cesarskiej Armii Demonów działającej na rzecz ludzi ma dość dyskusyjne metody działania, Ferid zdaje się kolaborować z kimś za plecami pozostałych wampirów, a i przemieniony Mika od czterech lat walczy z żądzami, decydując się za wszelką cenę nie pić ludzkiej krwi, nic nie jest tu zupełnie czarno-białe - i właśnie dlatego tło historii jest tak niezwykle intrygujące.

Za mało ścian na za duże ilości plakatów, czyli drobne wyjaśnienie, dlaczego do każdego tomiku dołączona jest zacna rozkładówka.

Wracając do porównań Serafina z Tytanami, Yuu niesamowicie przypomina mi Erena pod względem swojej obsesji na tle eksterminacji wroga (wyrżnę wszystkich w pień, hurr durr!), jednak Eren zdaje się mieć chociaż tę drobną wyższość, bo ma przy sobie dwójkę przyjaciół, przy których odrobinę się wycisza. Yuu jest tego pozbawiony i dlatego po ucieczce z miasta wampirów staje się irytującym, krzykliwym, zadzierającym nosa ignorantem, który sądzi, że jeśli tylko wyślą go na front tak jak stoi, to natychmiast zbawi cały świat. Paskudny typ. Wydawałoby się - kompletnie niereformowalny. Ale i tu widzę inne podobieństwo, a mianowicie do Saty z Wilczycy i czarnego księcia. Obaj chłopcy potrzebują czasu, aby dotrzeć się z otaczającymi ich ludźmi i odnaleźć w życiu nowy status quo. Yuuichirou zajmuje to bez mała trzy, moooże cztery tomy, ale już w piątym potrafi bez wahania powiedzieć, że kompania, do której należy on, cyniczna Shinoa, nieśmiały Yoichi, bucowaty, lecz troszczący się o chorą siostrę Kimizuki oraz twardo trzymająca się zasad Mitsuba, tworzy prawdziwą rodzinę. Ogólnie bardzo podoba mi się ten koncept uznawania towarzyszy broni nie tylko za "kolegów po fachu", lecz za bliskich, dla których należy być gotowym oddać życie, choć... może bohaterowie mogliby ograniczyć rzucanie tym na prawo i lewo, bo wtedy traci to swój impakt.

Bo jak to mówią - samobójca z wozu, koniom lżej.

Słabością serii jest jej początek. Te dwa pierwsze tomy osadzone jeszcze w "szkole" wydawały mi się wyjątkowo mocno pretekstowe, tym bardziej że nikt tam się nie przejmował jakimikolwiek zajęciami... no, przynajmniej nikt z paczki głównych bohaterów, którzy byli tak specjalni, że szli swoim własnym tokiem nauczania, zdobywając magiczne bronie w tajemniczych, mhrocznych piwnicach. Uważam, że można to było zrealizować sprawniej i po prostu pominąć krzywy etap "posyłania Yuuichirou na zajęcia dla normalsów, które i tak olewa, wszczynając burdy z kim się da" na rzecz zwykłego timeskipu zakończonego właściwymi egzaminami na żołnierzy Armii Cesarskich Demonów, skoro tak szybko chciano wysłać bohaterów do walki. Nie podoba mi się też pierwsze wrażenie, jakie pozostawiają po sobie Yuu, Kimizuki, Mitsuba czy Guren - czy w tym wojsku musiało się znaleźć aż tylu choleryków, którzy widzą tylko czubek własnego nosa? Na tym tle najłatwiej moją sympatię zaskarbiła Shinoa, która okazała się być uroczą, niepozbawioną temperamentu i inteligencji dziewczyną. Podobnie mam z Krul Tepes - władczynią wampirów oraz trzecią progenitorką - która może i przyjęła postać niebezpiecznie uśmiechającej się loli, ale swój ewentualny gniew kieruje póki co w stronę knujących za jej plecami arystokratów (popieram mocno). Podoba mi się też sposób, w jaki traktuje Mikaelę, bo chociaż to ona odpowiada za przemianę chłopaka w pełnoprawnego wampira, to wcale nie traktuje go obcesowo ani nie przymusza go do picia ludzkiej krwi. Owszem, namawia go, ale daje też alternatywę, o ile on sam jest odpowiednio zdeterminowany, aby trzymać się swoich postanowień. Och, mam ostatnio słabość do tych złych, potężnych domin: jak nie Esdeath z Akame ga kill!, to teraz Krul...

Niech się dzieje wola loli! Róbcie wszystko, co ją zadowoli!

Na szczęście gdy tylko akcja przenosi się poza bezpieczne mury miasta, atmosfera zmienia się na lepsze (bo ciekawsze), a zbędny balast w postaci uczniów bez twarzy szlajających się w tle zostaje zdjęty z barków fabuły. Jednocześnie Yuu zaczyna nawiązywać coraz bliższą więź z przydzielonymi mu towarzyszami, a po spotkaniu z Miką jego chorobliwa chęć dokonania zemsty na wampirach łagodnieje, przekształcając się w chęć uratowania przyjaciela z łap wroga. Może to niewielka zmiana, ale jednak działa na chłopaka, dając mu pozytywny bodziec do działania zamiast tej przykrej, chorobliwej nienawiści, przez którą nie tylko ciężko było z nim współpracować, ale nawet patrzeć jako czytelnik. Jest to również oznaka, że nawet jeśli historia przedstawiała lub przedstawia nam pewne postacie w mało przyjemnym świetle, to autorzy jednak myślą o tym, aby każdy przechodził jakąś indywidualną drogę, żeby zmieniał się pod wpływem dziejących się wydarzeń i żebyśmy my mieli świadomość, co idzie za tym, że z zadufanych bubków zaczynają się troszczyć o coś więcej. Taka rekonwalescencja mi nie przeszkadza, a nawet pozwala przywiązać się do bohaterów znacznie bardziej, niż gdyby od początku byli kryształowi i niewinni jak te kwiatuszki na wiosnę.

Bo w radzieckiej Rosji to małe dziewczynki wcielają się w rolę pedobearów...

Kreska jest świetna i szczegółowa - kiedy trzeba zaprezentować ruiny miasta, to kadry aż toną w detalach i złożonym cieniowaniu, a kiedy ważni są bohaterowie, to cała uwaga poświęcana jest im i wszelkim szczegółom ich ubioru. Warto tu też wspomnieć, że bohaterowie zaprojektowani są tak, aby każdy z nich był rozpoznawalny na pierwszy rzut oka, nawet nie mając do dyspozycji żywej palety barw niczym w anime. Choć Guren, Yuuichirou oraz Yoichi wyglądają bardzo podobnie (przez lekko rozwiane, ciemne czupryny), to już kształt oczu i długość twarzy bez większego problemu wskaże, z kim mamy do czynienia (oj, autorka Naszego cudu mogłaby się tutaj sporo nauczyć). Jedyne, co sprawiało mi problem, to zaklęte w broniach demony - przy ich uwalnianiu wszystkie wyglądają niczym jednolite, czarne maziaje i ciężko jest w ich przypadku wyróżnić jakąkolwiek głowę... czy głowopodobne coś... nieważne. Dla równowagi w pamięć zapadła mi szeroka gama fontów stosowanych w onomatopejach, które robią solidną robotę - może bez efektu wow jak przy Magic Knight Rayearth czy Dr. Stone, ale wciąż dzięki nim kadry są odpowiednio przejrzyste i dynamiczne.

Mistrz kierownicy powraca!

To może nie być manga dla każdego mimo określania jej mianem "shounena" - wydaje się być bardziej skierowana do dziewcząt przez sugestie powstawania skomplikowanych wielokątów romantycznych (co oczywiście nie wyklucza wcale chęci śledzenia fabuły przez płeć brzydką!), jak również istnienie specyficznego bromance'u między Yuu a Miką, który co poniektórym może się wydawać zbyt wielką zażyłością jak na zwykłą więź rodzinną (yaoistki właśnie zaczęły tańczyć makarenę). Z drugiej strony nie chodzi tu wcale o chęć przeżycia luźnej przygody ani o walkę dla czystej, sportowej rywalizacji. Historia jest całkiem mroczna i niepozbawiona pewnej dozy brutalności - choć głównie w fakcie śmierci niż latających kończyn jako takich - dlatego pod tym względem może bardziej przypaść do gustu chłopakom. Starszym odbiorcom raczej odradzam. Za mało tu dojrzałych postaci, a jeden Guren na kilka rozdziałów wiosny nie czyni. No chyba że ktoś lubi BARDZO dojrzałe, wampiryczne loli albo demoniczne shoty o płci nie do końca sprecyzowanej. Wtedy można walić tu jak w dym.

Trochę to-to głupie i mocno nieokrzesane, ale serce ma na szczęście po właściwej stronie

Za udostępnienie mangi serdecznie dziękuję wydawnictwu Waneko.

Publikowanie komentarza

2 Komentarze

  1. Nareszcie jakaś manga, której chociaż trochę czytałam i mogę się wypowiedzieć xD
    Trafiłam na Serafki stosunkowo wcześnie w swojej mangoanimcowej karierze, a i tak od początku miałam wrażenie, że dużo tu klisz i w ogóle sporo rzeczy na pewno już było gdzie indziej. A mimo to jakimś cudem spodobało mi się toto na tyle, żeby wpakować się w zbieranie mangi (że ile już tych tomów?... Łojzicku, ja tu dopiero mam z dziewięć xD). Chociaż w tej kwestii pomogły też te śliczne okładeczki (zwłaszcza szóstego, jedenastego czy czternastego tomu <3). No i Shinoa najlepszą dziewczynką, nawet przez jakiś czas ją miałam favniętą na MAL-u <3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ostatnio piszę sporo o nowościach, więc nie dziwię się, że ciężko za mną nadążyć ^^"

      Tak, Serafin to taka kopiuj-wklejka na kopiuj-wklejce, ale w ostatecznym rozrachunku robi się z tego taki bardzo ładny, szybko czytający się średniaczek. Widać, czemu nam się nie spieszy z gorączkowym nadrabianiem, ale mimo wszystko fajnie się do wciąga. Okładki to niewątpliwy strzał w dziesiątkę jeśli chodzi o marketing - sama nie mogłam się im oprzeć, a jak miałam okazję, to zrobiłam dwa zamówienia, żeby zgarnąć dwie pocztówki z Serafina, bo takie te grafiki są śliczne. Masz dziewięć tomów - pewnie to akurat pokrywa fabułę z anime? I zgadzam się, Shinoa absolutnie best gurl <3 W ogóle jestem zaskoczona, bo w mojej ocenie to taki pierwszy shounen, w którym laski biją na głowę kreacje facetów (oczywiście zdarzają się i fajne chłopy, ale sumarycznie płeć niewieścia plasuje się wyżej). Dobra odmiana :3

      Usuń