Ciekawość to pierwszy stopień do japońskich produkcji - najlepsze anime 2019 roku

Witajcie, kochani animco-parafianie, w podsumowaniu minionego roku 2019! Część z was pewnie jest już myślami w nowym sezonie zimowym, który z pewnością nie cierpi na brak ciekawych propozycji, ale jeszcze na ten jeden moment zatrzymajmy się wspomnieniami na poprzednich dwunastu miesiącach i tym, co się przez ten czas wydarzyło. Frakcje zwolenników i przeciwników mówienia o "minionej dekadzie" mogą śmiało forsować swoje racje na temat stosowania jedynej słusznej nomenklatury, jakkolwiek na pewno kończy się pewna drobna epoka mówienia o seriach lat 201X. A 2019 z pewnością był fantastycznym domknięciem tego barwnego okresu, kiedy to bohaterowie postanowili walczyć o swoje marzenia: celem klubu biegaczy z uniwersytetu Kansei było dostanie się na maraton Hakone, dzieciaki z Grace Field House marzyły o wolności, dziewczyny chodzące na siłownię Silverman pragnęły uzyskać wymarzone sylwetki, Mafuyu uhonorował marzenie swojego chłopaka, Yukiego, i sam zaczął grać w zespole, a Kaguya i Shirogane śnili tylko o tym, żeby to drugie wreszcie puściło farbę z ust i przyznało, że jest zakochane. I tak samo jak ci wszyscy barwni bohaterowie, ja również marzę i życzę, aby kolejne dziesięć lat również obfitowało w mnóstwo wspaniałych, dostarczających emocji oraz graficznych zachwytów anime.

Będzie to przede wszystkim podsumowanie skupiające się na seriach telewizyjnych (lub ewentualnie seriach o dystrybucji na platformy VOD), które zakończyły swoją emisję w 2019 roku. Podobnie jak dałam o tym znać w podsumowaniu jesieni, nie pojawią się tu rzeczy kontynuowane jak Boku no Hero Academia 4, Fate/Grand Order, Kabukichou Sherlock, Chihayafuru 3 czy nieszczęsny Babylon, któremu do szczęścia zabrakło aż 3 odcinków (a to naprawdę dużo jak na serię kryminalną). Wychodzę jednak z założenia i widzę, że coraz więcej serwisów się do tego skłania, że ocenie należy poddawać dzieła ukończone, bo dopiero wtedy widać, czy twórcom udało się opowiedzieć spójną opowieść - choćby miał to być dopiero jej pierwszy akt. Spod tych zasad wyłamują się jedynie openingi i endingi, które pojawiły się w danym roku niezależnie od przebiegu całego anime, ponieważ i tak są one często podmienione na nowe wraz z rozpoczęciem kolejnego sezonu.

Nie przedłużając - zapraszam was na maraton najlepszych anime rodem z samego Hakone Ekiden (co zgrywa się nawet z czasem), który będzie obejmować 28 kategorii plus wyniki ankiety czytelników!

Gala rozdania Złotych Farfocli to w tę stronę.


Najlepsza animacja - Mob Psycho 100 II


Wyróżnienia: Beastars, Enen no Shouboutai, Fruits Basket 1st Season, Kaze ga Tsuyoku Fuiteiru, Kimetsu no Yaiba, Vinland Saga, Yakusoku no Neverland

Choć nowa odsłona przygód Moba i spółki nie do końca dorównała fabularnie poziomowi jedynce, która tworzyła spójny, zamknięty twór nawet mimo pozostawienia furtki dla kontynuacji, to jednak trzeba oddać jej należne honory, że animacja była... była... no po prostu była WOW. Ja wiem, że gdyby brać pod uwagę tylko jedną scenę, to końcówka 19 odcinka Kimetsu no Yaiba mogłaby solidnie namieszać w całym rankingu, ale patrząc na pełne 13 epizodów wizualnego orgazmu, to zwycięzca może być tylko jeden. Studio Bones nie pierwszy i nie dziesiąty raz udowodniło, że zatrudnia genialnych, pełnych pasji animatorów, którzy są w stanie zdziałać cuda nawet mimo specyficznej stylistyki. No bo umówmy się - kto po raz pierwszy zerknął się z kreską ONE'a, musiał pomyśleć, że komuś Bozia dała mnostwo zapału i zdolności literackich, ale z lekka poskąpiła talentu do rysowania. Tymczasem ta wytjątkowa chaotyczność, ostrość i krzywizny jakby żywcem wyrwane z mokrego snu psychopaty nadają historii o nastoletnim esprze nowego znaczenia i perfekcyjnie współgrają z wszelkimi pojawiającymi się na ekranie dziwnościami. Nie ukrywam też, że najłatwiej złapać moją uwagę poprzez prezentowanie epickich walk, a tych znalazło się tu aż nadto. Niesamowicie mroczna i godna filmowego Evangeliona (znaczy, pierwszych dwóch... nie wspominajcie o Redo...) walka z Mogamim, szybka i pełna zwrotów kamery bitka grupowa z Shimazakim czy filmowe starcie z ostatnim bossem całej gry, Suzukim - za każdym razem miałam ciary przy oglądaniu, a palec nieustannie wędrował w kierunku przycisku cofania, żeby jeszcze raz i jeszcze raz przyjrzeć się danej scenie. Oczywiście fragmenty sielanki też są świetne, bo często mimo wszystko stoi za nimi jakieś głębsze przesłanie. W tym miejscu przychodzi mi na myśl chociażby końcówka pierwszego odcinka z Emi czy piękne granie światłem przy konfrontacji Moba i Reigena, kiedy okazuje się, że Mob doskonale wiedział o zdolnościach (czy raczej ich braku) swojego mistrza. Mob Psycho 100 II jest wyjątkową perłą w swoim gatunku oraz tytułem, w którym eksperymenty reżyserskie mogą mieszać się ze sztuką. Więc idźcie i niech Youtube z AMVkami będzie wam lekkim.

Najlepsza fabuła - Kaze ga Tsuyoku Fuiteiru


Wyróżnienia: Beastars, Dr. Stone, Given, Honzuki no Gekokujou: Shisho ni Naru Tame ni wa Shudan wo Erandeiraremasen, Mob Psycho 100 II, Yakusoku no Neverland

W tym przypadku nie miałam żadnego oczywistego kandydata. Uch, właściwie każdej wspomnianej powyżej serii miałabym coś do zarzucenia - głównie to, że są zaledwie skrawkami większych opowieści. Jasne, fajnymi, interesującymi i często składnymi, no ale jednak skrawkami. Dziś prawdziwych serii oryginalnych już nie ma... I tak sięgnęłam pamięcią wstecz, sięgałam, sięgałam... odgarnęłam pajęczyny, znalazłam zagubiony sens życia...  i cofnęłam się aż do jesieni zeszłego roku, dochodząc przy okazji do wniosku, że tak właściwie najlepiej z powierzonego zadania wywiązało się Kaze ga Tsuyoku Fuiteiru. Nie, nie jest idealnie, nawet pod względem fabuły, bo bywały momenty dłużyzn czy dram trochę od czapy, ale ma już tę wyższość nad pozostałymi kandydatami, że faktycznie adaptuje cały materiał. Nie jest to jednak prostackie odbębnianie pańszczyzny. Studio Production I.G. - doświadczona ekipa przy robieniu widowiskowych sportówek jak Haikyuu!! czy Ballroom e Youkouso! - okazało się najlepszym wyborem jeśli chodzi o produkcję kolejnego pamiętnego anime łączącego sport z bogatą, choć nie zawsze widoczną na pierwszy rzut oka warstwą obyczajową. Przesłanie serii jest bowiem mocno nietypowe jak na ten gatunek. Zwykle chodzi o to wszechobecne "od zera do bohatera" oraz to, aby klub, który stracił dawną świetność, znów sięgnął po najwyższe odznaczenia. Tymczasem w KazeTsuyo od samego początku na pierwszy plan przebija się duża dawka realizmu, a głównym celem, do którego dąży ekipa bohaterów, jest po prostu przekroczenie własnych ograniczeń i odnalezienie w życiu celu - czy to mety, czy to po prostu pasji. Nie muszą zdobyć złota w maratonie, ba, to nie musi być wcale podium, ale jeśli uda im się postawić ten jeden krok więcej niż poprzednio, pobić o sekundę czy pół swój personalny rekord... to wtedy stają się dla samych siebie największymi zwycięzcami. Dodatkowo na wyróżnienie zasługuje zróżnicowanie zdolności poszczególnych postaci i zbalansowanie ich możliwości do danego etapu biegu. Kibicowanie chłopakom z Kansei było więc przez cały ten spędzony przed monitorem czas ogromną przyjemnością i niejednokrotnie wywoływało większe wzruszenie niż analogiczne serie, gdzie bohater rozwalał przeciwników kosmiczną techniką znikąd. Wolę nawet srogą przegraną, ale za to z dumą z tego, co się finalnie osiągnęło.

Najlepsza soundtrack - Carole & Tuesday


Wyróżnienia: Dr. Stone, Kaguya-sama wa Kokurasetai: Tensai-tachi no Renai Zunousen, Kaze ga Tsuyoku Fuiteiru, Kimetsu no Yaiba, Yakusoku no Neverland

Choć pod wieloma względami historia przedstawiona w Carole & Tuesday wydawała się mocno niedopracowana, a urywane wątki przyprawiały o srogi ból głowy (ech, ten finał...), to słuchając piosenek z obu wypuszczonych albumów wiedziałam, że twórcy zrobili absolutnie wszystko, żeby zaprezentować widzom/słuchaczom maksimum pasji i miłości do tematu. Niejednokrotnie wracałam przy tym myślami do Yuri!!! on ICE i do tamtejszej muzyki skomponowanej specjalnie pod łyżwiarskie programy - w obu tych przypadkach piosenki nie stanowiły jedynie tła słyszalnego wyłącznie przez widzów, ale były obecne tam w środku, w tych światach, niosąc ogromny ładunek emocjonalny czy to przez ruchy walczących o medale sportowców, czy to występy młodych muzyków marzących o sławie na wielkiej estradzie. Oczywiście anime duetu Watanabe&Watanabe od początku miało być serią o muzyce, więc ta musiała się znajdować na pierwszym planie historii. Zaskoczył mnie jednak rozmach oraz dopieszczenie wszystkich powołanych do życia w ramach tego projektu utworów, jak również nadanie im tak różnej stylistyki. Wierzę, że przy odrobinie szczęścia wiele z nich mogłoby spokojnie wylądować na listach amerykańskich stacjach radiowych (szczególnie że wszystkie są śpiewane po angielsku i zwykle przez osoby w pełni anglojęzyczne). "The Lonliest Girl", "Move Mountains", "Army of Two" czy brawurowe wykonanie "Galactic mermaid" (gorąco polecam) to zaledwie niewielka cząstka piosenek, które faktycznie odwalały całą najważniejszą robotę zamiast scenariusza czy animacji. Dodatkowym smaczkiem wydaje się to, że wspomniane już "The Loneliest Girl" było nie tylko pierwszą piosenką stworzoną przez fikcyjne bohaterki, ale sytuacja miała również przełożenie na rzeczywistość, kiedy to ten utwór był pierwszym, który Nai Br.XX  i Celeina Ann podkładające głosy pod Carole i Tuesday napisały, współpracując na potrzeby anime.

Najlepszy opening - "Inferno" Mrs.GREEN APPLE (Enen no Shouboutai)


Wyróżnienia:
"Wild Side" ALI (Beastars)
"Kiss Me" Nai Br.XX & Celeina Ann (Carole & Tuesday)
"Kaen" Ziyoou-vachi (Dororo)
"Good Morning World!" BURNOUT SYNDROMES (Dr. Strone)
"Onegai Muscle" Ai Fairuz & Kaito Ishikawa (Dumbbell Nan Kilo Moteru?)
"CAPTURE" EGO-WRAPPIN' (Kabukichou Sherlock)
"Love Dramatic feat. Rikka Ihara" Masayuki Suzuki (Kaguya-sama wa Kokurasetai: Tensai-tachi no Renai Zunousen)
"Massara" KANA-BOON (Sarazanmai)
"MUKANJYO" Survive Said The Prophet (Vinland Saga)
"Touch Off" UVERworld (Yakusoku no Neverland)

Rok mogę zaliczyć do naprawdę udanych jeśli chodzi o chwytliwe czołówki na wysokim poziomie. Nie zabrakło ani skocznych piosenek idealnych do śpiewania w karaoke na konwentach (fajer~ oł mistaaa~ ohajoł sekaj, gud morning łoooord~), ani wżerających się w mózg animacji (sajdo czesto~). Ale opening ma jeszcze jedno, kluczowe zadanie - powinien jak najlepiej oddawać ducha serii i wprowadzać człowieka w temat bez chamskiego spoilowania wyrwanymi z kontekstu scenami. I choć ciężko jest zachować świeżość, szczególnie w produkowanych taśmowo shounenach, to Enen no Shouboutai genialnie wywiązał się z tego zadania. Animatorzy stanęli wprost na uszach i postanowili (bardzo słusznie zresztą) zaprezentować w openingu epicką bitwę z jakimś nowym, wymyślonym specjalnie na potrzeby czołówki przeciwnikiem. Najlepsze jest w tym jednak to, że przez całe półtorej minuty dostajemy ciągłą, zwartą, skupioną na konkretnej akcji ratunkowej sekwencję następujących po sobie scen wyglądających niczym miniaturowy odcinek. Dzięki temu możemy w łatwy sposób poznać członków Ósmej Brygady, wokół których kręcić się będzie cała fabuła, a przez to, że ich moce są używane w zwarciu z potworem, doświadczamy bardzo płynnej, naturalnej prezentacji. I chociaż potyczka toczy się niezwykle szybko, to nie brakuje momentów, aby kamera zatrzymała się na ten ułamek sekundy i zrobiła zbliżenie na tego czy innego bohatera. Do tego wszystkiego idealnie pasuje piosenka "Inferno". Najbardziej podoba mi się w niej moment złagodzenia melodii tuż przed finałem, co w openingu łączy się z sytuacją, kiedy bohaterowie po kolei wypadają z wozu strażackiego, jeszcze raz używając swoich sztandarowych ataków. A potem jak ten Shinra nie dupnie z ognistego kopytka, to... znaczy... ekhem. Znaczy tak się właśnie powinno rozplanowywać zadany budżet. Skoro opening ma się zwykle pojawiać co najmniej te kilkanaście razy w ciągu całego sezonu, no to chyba oczywistym jest, że ma on stanowić najlepszą możliwą reklamówkę dla serii. I niech to będzie cenna porada dla innych twórców i animatorów, żeby zawsze palili się do wykonywanej roboty.

Najlepszy ending - "Veil" Keina Suda (Enen no Shouboutai)


Wyróżnienia:
"Not Afraid" Alisa (Carole & Tuesday)
"Sayonara Gokko" amazarashi (Dororo)
"Macho a Name?" Kaito Ishikawa (Dumbbell Nan Kilo Moteru?)
"Chika tto Chika Chika" Kohara Konomi (Kaguya-sama wa Kokurasetai: Tensai-tachi no Renai Zunousen)
"Sentimental Crisis" halca (Kaguya-sama wa Kokurasetai: Tensai-tachi no Renai Zunousen)
"Hibari" ASCA (Lord El-Melloi II Sei no Jikenbo: Rail Zeppelin Grace Note)
"Stand by me" the peggies (Sarazanmai)
"forget-me-not" ReoNa (Sword Art Online: Alicization)
"unlasting" LiSA (Sword Art Online: Alicization - War of Underworld)
"Torches" Aimer (Vinland Saga)

Ogólnie to nie chciałam dawać tego samego tytułu do openingów i endingów, ale gdy tak na chłodno to sobie przemyślałam, to i tak nie znalazłam innego klipu, który byłby równie dobry na każdym możliwym poziomie. Po pierwsze ending z Enen ma swój własny, unikalny styl animacji (niby mocno statyczny, ale jednocześnie niesamowicie dopracowany, przez co każda klatka stanowi odrębne dzieło sztuki) uzupełniony pięknymi, pastelowymi kolorami. W tym przypadku nawet szybkie przebitki nieruchomych kadrów sprawiają wrażenie albumu ze zdjęciami, który jest pospiesznie przeglądany przez główną bohaterkę tej mini-sztuki. Po drugie w bardzo spójny, ale skondensowany sposób prezentuje historię Iris, czyli zakonnicy działającej w Ósmej Brygadzie. Kiedy ta była jeszcze dzieckiem, spędzała w zakonie szczęśliwie dni wraz z innymi dziewczętami szkolącymi się na orędowniczki Sola, ale w pewnym momencie nadeszła katastrofa i zapłonowi uległy wszystkie - czy raczej prawie wszystkie, jak można wydedukować - wychowanki i opiekunki poza samą Iris. Spanikowana dziewczynka musiała więc czym prędzej opuścić miejsce, które było dla niej jedynym domem, jednak nie jest w stanie do końca uciec przed traumatycznymi wspomnieniami, wracającymi do niej podczas medytacji. Na szczęście kiedy otwiera oczy, widzi swoją obecną rodzinę i wie, że ci tak łatwo nie pozwolą się zabić. Widzicie? Tak dużo można wywnioskować z zaledwie półtoraminutowego klipu, który w wielu przypadkach stanowi jedynie tło dla napisów. Na sam koniec wspomnę o piosence wykonywanej przez Keina Sudę, bo to świetny, klimatyczny kawałek. Skoczny, ale jednocześnie jest w nim coś tęsknego (szczególnie w refrenie - przy słuchaniu zawsze myślę o biednej, biegnącej przez noc Iris i wiszącym nad nią krwawym księżycu). Razem stworzono wideo kompletne, mogące robić za samodzielny teledysk. Takich nam właśnie w anime potrzeba.

Najlepszy insert song - "Fuyu no Hanashi" Given


Wyróżnienia:
"TRAIN-TRAIN" (Araburu Kisetsu no Otome-domo yo.)
“The Loneliest Girl" (Carole&Tuesday)
"One Small Step" (Dr. Stone)
"Kamado Tanjirō no Uta" (Kimetsu no Yaiba) 
"Kawausoiyaa" (Sarazamnai)
"Isabella’s Lullaby" (Yakusoku no Neverland)

Pomijając peany, które dopiero co piałam w związku z soundtrackiem (i ogólnie dźwiękiem) w Carole & Tuesday, to jednak wszystkie tamtejsze utwory zostały zdeklasowane przez zupełnie inną serię muzyczną, w której o dziwo pojawiła się zaledwie jedna, jedyna piosenka. Ale za to jaka... Całe Given istnieje tylko dla tego utworu - bo to od mruczanej przez Mafuyu melodii wszystko się zaczęło i to do pełnej, śpiewanej na lokalnym koncercie piosenki wszystko ostatecznie dążyło. "Fuyu no Hanashi" stanowi apogeum kumulowanego i ukrywanego przez głównego bohatera żalu, strachu, smutku, wyrzutów sumienia i ogromnej tęsknoty za ukochaną osobą. Wszystko w tym kawałku jest perfekcyjne: od wzruszającego tekstu o niemożności pożegnania się z drugą osobą, gdzie pod słowem yuki (śnieg) kryje się imię nieżyjącego chłopaka Mafuyu, aż po głos wokalisty, który najpierw drży, nie wiedząc, jak ogarnąć w słowach ten nawał zżerających go emocji, a potem przeradza się to w desperacki krzyk z powodu wylewającej się frustracji na błędy z przeszłości i na głupotę, która finalnie doprowadziła do zupełnie niepotrzebnego samobójstwa. Ostatecznie jest to również pogodzenie się z przeszłością i ponowne ruszenie za głosem serca, aby odnaleźć nowe szczęście oraz miłość. Dodatkowo podziwiam fakt, że wszystko to zostało specjalnie stworzone na potrzeby anime - w mandze w miejscu występu pojawia się jedynie kilka pozbawionych wypowiedzi kadrów z rzutem na występujących na scenie chłopaków oraz trochę retrospekcji. Nie umiem sobie nawet wyobrazić presji, jaka ciążyła na twórcach, aby nie zrobić czegoś taniego i na pół gwizdka. Ale nie. Ja podczas oglądania tego pamiętnego 9 odcinka po raz pierwszy zdołałam zrozumieć charakter Mafuyu, zaakceptowałam to, jaki był ślamazarny i zamknięty w sobie, a przede wszystkim zaczęłam mu szczerze współczuć. Chciałabym, żeby takich piosenek było jak najwięcej, ale jednocześnie niech będzie ich jak najmniej, bo serce mnie boli, gdy dobrzy bohaterowie muszą tak cierpieć...

Najlepszy seiyuu - Junichi Suwabe

(Kyle z Carole & Tuesday, Archer z Fate/stay night Movie: Heaven's Feel - II. Lost Butterfly, Leone Abbacchio z JoJo no Kimyou na Bouken Part 5: Ougon no Kaze, Kyougai z Kimetsu no Yaiba, Juuzou Inui z No Guns Life, Kazumichi Irie z Psycho-Pass 3, Kuroto Nakano z Sewayaki Kitsune no Senko-san, Keppi z Sarazanmai, Bercouli Synthesis One z Sword Art Online: Alicization - War of Underworld)

Wyróżnienia:
- Aki Toyosaki (Yunyun z Isekai Quartet, Listarte z Shinchou Yuusha: Kono Yuusha ga Ore Tueee Kuse ni Shinchou Sugiru, Kazari Uiharu z Toaru Kagaku no Accelerator, Kazari Uiharu z Toaru Majutsu no Index III
- Daiki Yamashita (Izuki Midoriya z Boku no Hero Academia the Movie 1: Futari no Hero, Narancia Ghirga z JoJo no Kimyou na Bouken Part 5: Ougon no Kaze, Yushirou z Kimetsu no Yaiba, Tetsurou z No Guns Life, Amatsuyu Kisaragi z Ore wo Suki nano wa Omae dake ka yo)
- Kaito Ishikawa (Iida Tenya z Boku no Hero Academia the Movie 1: Futari no Hero, Naruzou Machio z Dumbbell Nan Kilo Moteru?, Genos z One Punch Man 2, Sakuta Azusagawa z Seishun Buta Yarou wa Yumemiru Shoujo no Yume wo Minai, Naofumi Iwatani z Tate no Yuusha no Nariagari)
- Yoshimasa Hosoya (Jin Asukai z Boogiepop wa Warawanai (2019), Doppo Kunikida z Bungou Stray Dogs 3rd Season, Welf Crozzo z Dungeon ni Deai wo Motomeru no wa Machigatteiru Darou ka II, Kanata Hoshijima z Kanata no Astra, Yuusuke Sakurai z Mob Psycho 100 II, Mabu Akutsu z Sarazanmai, Reiner Braun z Shingeki no Kyojin Season 3 Part 2)
- Yoshitsugu Matsuoka (Fuutarou Uesugi z 5-toubun no Hanayome, Bell Cranel z Dungeon ni Deai wo Motomeru no wa Machigatteiru Darou ka II, Inosuke Hashibira z Kimentsu no Yaiba, Teruki Hanazawa z Mob Psycho 100 II, Souma Yukihira z Shokugeki no Souma: Shin no Sara, Kazuto Kirigaya z Sword Art Online: Alicization)

To był naprawdę znakomity rok jeśli chodzi o seiyuu i ich zapadające w pamięć występy. Z tego też powodu musiałam przez dłuższą chwilę zastanowić się nad tym, komu przyznać palmę pierwszeństwa - i czy powinnam to zrobić za jedną specyficzną rolę jak rok temu, czy jednak za całokształt - a potem przypomniałam sobie, że w sumie to znam jednego człowieka, który spełnia oba te warunki naraz. Pod względem pracowitości Suwabe Junichi należy do ścisłej czołówki japońskich aktorów głosowych i praktycznie nie ma sezonu, żeby w czymś nie występował, a zarazem swoim występem w bardzo niepozornej, pewnie przez wielu widzów zapomnianej już serii Sewayaki Kitsune no Senko-san zdołał zbudować postać z krwi i kości (no, albo raczej z prądu i pikseli). Można się kłócić, czy Suwabe ma najbardziej czarujący głos w biznesie, ale niezaprzeczalnie potrafi wykazać się ogromem charyzmy, która pasuje do wszelkich rysowanych przystojniaków i ekscentrycznych villanów. W tym przypadku jednak wcielił się w postać Nakano - zahukanego, wyczerpanego pracownika korporacji, który wpadł w machinę brania nadgodzin i nawet nie wie, jak mógłby się z niej wykaraskać. Zupełne przeciwieństwo ról, w których normalnie Suwabe byłby widziany. I może to właśnie przez to, że postawiono przed nim tak wymagające wyzwanie, a może raczej kwestia tego, że na co dzień Suwabe to ogromnie przesympatyczny człowiek udostępniający codziennie na Instagramie własnoręczne zrobione kartki urodzinowe, ale to w tej niepozornej postaci wybrzmiał niesamowicie autentycznie. Wciąż nie umiem zapomnieć jego przygaszonej barwy głosu, gdy starał się obrócić coś w żart bądź próbował delikatnie przeprosić za sprawiane problemy. Czułam się tak, jakby mój dobry, zawsze pogodny znajomy odsłonił przede mną skrywany do tej pory kawałek siebie. No a poza tym chyba nie można nie wspomnieć o gigantycznej ilości postaci, którą wykreował tylko w tym roku: czy to szalonego Keppiego z Sarazanmai, czy kozackiego Archera z Fate/stay night Movie: Heaven's Feel - II. Lost Butterfly albo Juuzou z No Guns Life, czy niezwykle kobiecą mimo wyraźnego zarostu panią Hudson z (jeszcze trwającego) Kabukichou Sherlock. A więc za wszystko to, co robi i jak robi - serdecznie dziękuję!

Najlepsza postać żeńska - Main z Honzuki no Gekokujou: Shisho ni Naru Tame ni wa Shudan wo Erandeiraremasen


Wyróżnienia:
Akemi Souryuuin (Dumbbell Nan Kilo Moteru?)
Hibiki Sakura (Dumbbell Nan Kilo Moteru?)
Nezuko Kamado (Kimetsu no Yaiba)
Shinobu Kochou (Kimetsu no Yaiba)
Senko (Sewayaki Kitsune no Senko-san)
Listarte (Shinchou Yuusha: Kono Yuusha ga Ore Tueee Kuse ni Shinchou Sugiru)
Isabella (Yakusoku no Neverland)

Gdyby ktoś jeszcze rok albo dwa lata temu powiedział mi, że do reszty stracę głowę dla jakiejś głównej postaci z isekaja, to chyba uznałabym, że upadł na czółko... albo że siedzę w tym biznesie stanowczo za długo. Ale w 2019 roku ta groźba stała się faktem i wcale nie jest mi z tego powodu przykro. Ba, wręcz przeciwnie! Gorąco zachęcam do zapoznania się z Honzuki no Gekokujou, bo to wyjątkowy tytuł zupełnie odstający od przyjętych ram isekajów, a główna bohaterka, Main, to nie żadna magiczna zbawczyni świata, tylko prosta, miła dziewczyna z ogromną pasją do książek (czyli jak my wszyscy w tym mangowym poletku). Najbardziej ujęło mnie w Main to, że jest inteligentna i potrafi wykorzystywać na bieżąco swoją wiedzę z poprzedniego życia, ale nie oznacza to, że przez wszystkie sytuacje przechodzi zupełnie bezproblemowo, bo czasami powie trochę za dużo albo nie doszacuje wartości jakiegoś produktu. W końcu jest tylko oczytaną dziewczyną, a nie żadnym Senku z Dr Stone'a, prawda? A jako że ekosystem w nowym świecie mocno odbiega od tego standardowego, to nawet trywialne gotowanie składa się z licznych prób i błędów, aby znaleźć składniki smakujące podobnie jak nasze pomidory czy zioła (nie wspominając już o chuderlawym ciałku Main, które znacznie ogranicza jej mobilność). Więc chociaż można uznać, że jest pełnoprawną hikikomori - w końcu książki same się nie przeczytają - to nadal pozostaje otwartą osóbką, która darzy swoją rodzinę i przyjaciół ogromną sympatią. Nie wzdycha i nie myśli, jak by tu wrócić do swojego poprzedniego świata, tylko przyjmuje na wątłą klatę to, w jakiej rzeczywistości się znalazła, i stara się na nowo ułożyć sobie życia. Oczywiście najlepiej w taki sposób, aby było przepełnione książkami, co stanowi zdecydowanie największą niedogodność w całym tym ambarasie, ale że silna i niezależna z niej kobieta (no dobra, trochę wcale), to obiera sobie szczytny cel przeniesienia ludzkości na wyższy poziom edukacyjnej ewolucji. I takie ambicje to ja rozumiem! W końcu ktoś kiedyś musi zacząć tam robić mangi i light novelki...

Najlepsza postać męska - Książę z Kaze ga Tsuyoku Furiteiru

Wyróżnienia:
Asagiri Gen (Dr. Stone)
Senku (Dr. Stone)
Naruzo Machio (Dumbbell Nan Kilo Moteru?)
Haruki Nakayama (Given)
Tanjirou Kamado (Kimetsu no Yaiba)
Teruki Hanazawa (Mob Psycho 100 II)
Kuroto Nakano (Sewayaki Kitsune no Senko-san)
Norman (Yakusoku no Neverland)

Nie ukrywam, że jeśli bohater jest cool, umie sobie w życiu poradzić i dogaduje się z innymi, to zwykle w dziesięciu przypadkach na dziesieć zaskarbia moją sympatię z miejsca. Ale czasami pojawiają się też tego rodzaju pierdoły, które początkowo wydają się działać jedynie na poziomie powtarzalnego żartu, ale z czasem pokazują szeroki wachlarz empatii, inteligencji oraz woli walki, obok której nie można przejść obojętnie. W życiu bym się jednak nie spodziewała, że wymoczkowaty Książę z Kaze ga Tsuyoku Furuiteiru, którego każde pojawienie się na ekranie wzbudzało we mnie chęć krzyknięcia "leave Britney alone!", stanie się dla mnie najważniejszą postacią tej serii, a przynajmniej najbardziej inspirującą zaraz za główną dwójką z Kansei. On, znajdując się na samym końcu łańcucha pokarmowego, zdołał z pomocą kija, a później trochę marchewki doprowadzić swoje chuderlawe ciało do takiego stanu, aby dać radę konkurować z wytrawnymi zawodnikami. Ba, był nawet w stanie ukończyć swój etap maratonu z sensownym czasem, mimo tego że ostatecznie wyglądał przy tym niczym przejechana walcem ścierka (szanuję realizm, aczkolwiek łezka się w oku kręciła, jak się widziało te trzęsące się nóżki i błędny, prawie nieprzytomny wzrok). Kij z tym, że żaden z niego Usain Bolt i do końca życia mógłby sobie pomarzyć o prawdziwie imponujących wynikach. Po prostu pokazał, że - mimo ogromnego sprzeciwu i niejednokrotnego zarzynania się do nieprzytomności - ukończył bieg najlepiej, jak tylko potrafił. Wiedział, że jeśli nie zdecydowałby się podjąć tego wyzwania, to nienawidziłby się znacznie bardziej niż za jakąkolwiek przegraną. A jego przemowa odnosząca się do gwiazd sportowego świata... znaczy, sportowego świata mangi i anime... this is the man of culture! Także pamiętajcie, że nie każdy musi być napakowany jak shounenowy protagonista, żeby osiągać wielkie rzeczy. Samo próbowanie i wspieranie się nawzajem to już niesamowita siła.

Najlepsza para - Shirogane Miyuki x Shinomiya Kaguya (Kaguya-sama wa Kokurasetai: Tensai-tachi no Renai Zunousen)


Wyróżnienia: Haida x Retsuko (Aggressive Retsuko (ONA) 2nd Season), Ritsuka x Mafuyu (Given), Lutz x Main (Honzuki no Gekokujou: Shisho ni Naru Tame ni wa Shudan wo Erandeiraremasen), Sakuta x Mai (Seishun Buta Yarou wa Yumemiru Shoujo no Yume wo Minai), Nakano x Senko (Sewayaki Kitsune no Senko-san)

Choć po wielu latach wzmożonych medytacji, zabiegów akupunktury i wmawianiu sobie, że jestem zwycięzcą stałam się całkowicie odporna na urok par w tradycyjnych szkolnych shoujo, to tradycyjne szkolne shoujo robione na modłę całkowicie odjechanych parodii... arghhh! To było jak strzała prosto w kolano. Niesamowicie miło oglądało mi się to, jak Shirogane i Shinomiya bardzo się ko... kotłowali się między sobą, próbując wymusić na tej drugiej stronie, żeby to ona jako pierwsza przyznała się do gorącej miłości. Nie szkodzi, że to właśnie tutaj chroniczna nieśmiałość Japończyków do wyznawania uczuć osięgnęła nowy poziom bycia absurdem i uzyskała status prawdziwie boski. Zmiana klimatu z ciężkiego, branego na serio dramatu na zwariowaną komedię pozwoliła zupełnie zapomnieć o głupiutkich naleciałościach gatunku i dawała czystą, nieskrępowaną frajdę z kibicowania temu, któremu z głównych bohaterów zdoła się coś wymsknąć... tym bardziej jeśli oznaczało to również nowe pole do popisu dla gagów. Ale odsuwając całą otoczkę serii na bok - to naprawdę urocze, kiedy bohaterowie na pierwszy rzut oka wydają się całkowicie idealni i dystyngowani (normalnie jak takie odwrócone wersje Misaki i Usuia ze Służącej Przewodniczącej), ale pod spodem widać jak na dłoni, że to wciąż tylko dwa nierozgarnięte podlotki z własnymi fiksacjami i pragnieniem trzymania się blisko paczki przyjaciół. Pokrzepiające jest również to, że Shirogane jest księciem na białym koniu na swój własny sposób - owszem, rzadko kiedy łapie aluzje, ale jeśli trzeba dosiąść roweru i pojechać szukać zagubionej Kaguyi, to będzie to robił choćby do zdarcia łańcucha. Widać, że zależy im na sobie nawzajem, tylko trzeba wziąć na poprawkę to, że jeśli żuraw i czapla wreszcie się dogadają, to będzie oznaczało permanentny koniec zabawy. A tego wyjątkowo byśmy nie chcieli, także... niespełniony shippingu, trwaj!

Najlepsza seria akcji/przygodowa - Mob Psycho 100 II


Wyróżnienia: Bungou Stray Dogs 3rd Season, Kanata no Astra, Kimetsu no Yaiba, Shinchou Yuusha: Kono Yuusha ga Ore Tueee Kuse ni Shinchou Sugiru, Shingeki no Kyojin Season 3 Part 2, Tate no Yuusha no Nariagari, Vinland Saga

Gdy chodzi o pokazanie solidnej rozpierduchy albo akcji, w którą widz bez reszty się zaangażuje, konieczna jest paczka ciekawych bohaterów, nietuzinkowe założenia fabuły, co najmniej porządna animacja oraz zmysł reżyserski, aby te składniki sprawnie ze sobą połączyć. W drugim sezonie Moba znajdziecie wszystko to i jeszcze dużo więcej. Początek mógł uśpić nieco czujność i skupić się głównie na rozwijaniu postaci - jak chociażby Reigena, żeby i on mógł wreszcie wyciągnąć z kursu zwanego życiem odpowiednią lekcję - ale sądzę, że chyba każdy, kto śledził to anime, choć na ułamek sekundy  wstrzymał oddech, kiedy Mob po szkolnym biegu wrócił do domu i zastał tam... no. Co zastał i co zastać zdecydowanie nie zasługiwał. Nie taka cynamonowa bułka jak on. Albo gdy nieco wcześniej musiał się zmierzyć z niesamowicie silną, złowieszczą duszą zmarłego espra, Mogamiego, co wyglądało kilka razy gorzej od tego, co przewiduje biblijna Apokalipsa. Albo gdy znacznie mniej utalentowana grupa użytkowników psychicznych mocy musiała się konfrontować z prawdziwymi wymiataczami ze Szpona, doznając przy tej okazji wielokrotnie złożonych złamań szczęki i nieregulaminowych ciosów prosto w nerki. Oczywiście rozpierducha to nie wszystko, ale chyba najłatwiej czuć w takich momentach, o jaką stawkę toczy się cała gra. Uważam więc, że Mob Psycho 100 II zapewnia mnóstwo silnych, pełnych epickości argumentów, aby po ciężkim dniu odpalić sobie ten odcinek albo trzynaście dla czystej radochy oglądania, jednocześnie mając pełną świadomość, że co by się złego nie działo, to Dobra Strona Mocy (całkiem dosłownie) zawsze ugra swój kawałek tortu... albo chociaż swój kawałek brokuła. I to wielkiego.

Najlepszy dramat/seria psychologiczna - Yakusoku no Neverland


Wyróżnienia: Beastars, Fruits Basket 1st Season, Given, Kaze ga Tsuyoku Fuiteiru, Kimi no Suizou wo Tabetai, Seishun Buta Yarou wa Yumemiru Shoujo no Yume wo Minai, Shingeki no Kyojin Season 3 Part 2

Czegóż innego można się było spodziewać po serii, w której ferajna pieruńsko inteligentnych dzieciaków musi szybko znaleźć sposób, aby wydostać się z piekielnie niebezpiecznego sierocińca? No jasne, że mnóstwa tęgich rozkmin na poziomie wcinającego chipsy Lighta z Death Note'a oraz emocjonujących pojedynków na szare komórki! Jak na shounena jest to wyjątkowo nietypowe założenie, bo protagoniści poza sprytem, książkową wiedzą oraz prostą, fizyczną sprawnością (z czego największym osiągnięciem jest wespnięcie się na kilumetrowy mur) nie mają kompletnie nic w zapasie. Żadnych nadnaturalnych zdolności, żadnych tajemnych artefaktów, żadnej broni jako takiej nawet. Owszem, przeciwnicy Emmy, Normana i Raya są wyrwani kompletnie z innej bajki - takiej mocno strasznej i czytanej niegrzecznym dzieciom na dobranoc - ale przez to stawka wydaje się jeszcze wyższa niż gdyby to chodziło o byle handel niewolnikami czy coś. Nikt z sierocińca Grace Field House nie może jednak liczyć na pomoc żadnego dorosłego, a na dodatek beznadzieję wzmacnia fakt, że niektóre z dzieci to zaledwie płaczące maluchy w pieluszach. Jednocześnie dzięki tym  obostrzeniom i trudnościom wszelkie dramatyczne sceny wybrzmiewają o wiele lepiej, bo widz wie, że z nieba nie zleci żaden magiczny promień i nie uratuje nikogo mimo beznadziejnej sytuacji. I tak, postacie potrafią tu zginąć. Tak na amen. Co całkiem często robią, jak na te zaledwie dwanaście odcinków. Yakusoku no Neverland to niezwykłe połączenie kryminału, thrillera, horroru, nietuzinkowego akcyjniaka i pełnokrwistego dramatu. Wszystko działa tu na korzyść trzymania nerwów widzów na postronkach - reżyseria przypomina momentami wysokopoziomowe, aktorskie produkcje z Hollywood, gra kolorami wprawia w ciężki nastrój, a beznadziejność sytuacji, w jakiej znajdują się bohaterowie, sprawia, że człowiek mimowolnie angażuje się w seans i kibicuje, aby dzieciaki wreszcie zaznały upragnionej wolności.

Najlepsze ecchi - Dumbbell Nan Kilo Moteru?


Wyróżnienia: Shokugeki no Souma: Shin no Sara

Jak widać na załączonym obrazku - znaczy wróć, w sumie to nie na żadnym obrazku, tylko po wyliczonych powyżej tytułach - ecchi to gatunek zagrożony powolnym wymarciem, o ile już nie należy tu  mówić o całkowitym relikcie przeszłości. Oczywiście nie chodzi wcale o to, żeby bez większego polotu szczuć cycem jak popadnie, ale żeby znaleźć pomysł, by damskie (oraz męskie też!) wdzięki pokazywać z humorem, smakiem i odpowiednią intensywnością, ku uciesze siadającej przed odbiornikami gawiedzi. I chociaż bohaterowie Shokugeki wciąż dzielnie się starają, aby piersi nie tylko z kurczaka i indyka zachwycały podniebienia śliniących się przed ekranami smakoszy, to po piątym (de facto) sezonie temat mocno się już przejadł. Na szczęście na ringu pojawił się inny zawodnik wagi piórkowej, który w jednej chwili podbił serca oraz mięśnie wszystkich okolicznych wannabe kulturystów. *patrzy na swoją osobistą poświąteczną oponkę* No dobra, może nie od razu tęgich kulturystów, ale z pewnością oświeconych ludzi kultury i zwolenników pośladków nie tyle obłych, co mile sprężystych. No i nic dziwnego, że Dumbbell Nan Kilo Moteru? bez większego problemu znalazło się na szczycie tegorocznej listy ecchi (nie szkodzi, że lista ta jest zarazem krótka i zwarta niczym slipy samego Machio). W końcu nic tak doskonale nie uzasadnia prezentowania ludzkich wdzięków jak zajęcia, podczas których ponętne wyginanie się i noszenie kusych strojów jest wysoce wskazane. Oczywiście wszystko to dzieje się z należytym szacunkiem dla edukacji widzów i przy każdym ćwiczeniu wypunktowuje się, które działania odpowiadają za wzrost sprawności jakich mięśni i stawów. A że przy okazji pobudza to też libido... no, to już jest taki miły efekt uboczny seansu. I nieważne, czyś chłop, czy też niewiasta. Prawdziwe piękno doceni każdy widz i może nawet zatęskni za tym, aby samemu zbliżyć się do tego niedoścignionego ideału 2D. Ech... tyle dobrego, że anime, w przeciwieństwie do siłowni, możemy mieć chociaż za darmo...

Najlepsze fantasy/seria supernaturalna - Kimetsu no Yaiba


Wyróżnienia: Bungou Stray Dogs 3rd Season, Enen no Shouboutai, Lord El-Melloi II Sei no Jikenbo: Rail Zeppelin Grace Note, Mob Psycho 100 II, Sarazanmai, Shingeki no Kyojin Season 3 Part 2

Katany i demony to tematy tak obrobione we współczesnych shounenach, że o częstsze jest już naprawdę trudno. Ale tak jak kiedyś Bleach stał się międzynarodowym fenomenem, prezentując przebogaty świat bogów śmierci walczących za pomocą broni białej, a wszelkimi krwiożerczymi stworami zajmowała się połowa głównych bohaterów tasiemców, od D.Gray-Mana po Ao no Exorcist, tak teraz twórcy Kimetsu no Yaiba z pomocą niezwykle prostych sztuczek stworzyli swój własny, charakterystyczny, niepodrabialny styl, za który bez reszty ich pokochaliśmy. Na uznanie zasługuje już samo to, że akcję umieszczono nie czasach współczesnych, tylko w bardzo rzadko eksplorowanej erze Taisho (ostatnim tytułem w tym typie, jaki przychodzi mi do głowy, jest Golden Kamuy, które działo się odrobinę wcześniej, w erze Meiji). Następnie stworzono kilka szkół szermierki, które posługują się bardzo konkretnymi technikami miecza - i nie szkodzi, że ataki są powtarzalne albo że jest ich tylko ograniczona ilość. Jeśli są skuteczne, to to powinno przecież w zupełności wystarczyć do ukatrupienia zagrożenia... co oczywiście zależy też często od konkretnego typu przeciwnika i jego zdolności. Ponadto moc demonów też jest ograniczona i często polega na tylko jednej technice krwi, która jest dopracowywana do prawdziwej perfekcji. Niby to takie proste rozwiązania, ale przez to, że mniej-więcej wiemy, gdzie leżą granice możliwości spotykanych postaci, jesteśmy zaangażowani w to, jakim sprytnym sposobem zdołają wykaraskać się z sytuacji. I nie, nie zawsze się udaje. Trupy potrafią ścielić się naprawdę gęsto i bez cenzurowania nieprzyjemnych szczegółów, a główny złodupiec, którego tożsamość znamy od praktycznie samego początku... brrrr. Nie wiem, jak to możliwe, ale Muzan przeraża mnie jak mało która rysowana postać. I to też jest niesamowite, jak niepokojącą atmosferę udało się stworzyć, nieustannie pokazując, gdzie znajduje się naczelny boss gry i jak bardzo główny bohater nie ma do niego startu. Podziwiam Kimetsu no Yaiba za całokształt, bo tak samo wielką sztuką jest stworzenie czegoś oryginalnego z nieoryginalnych elementów, jak zrobienie mangi kompletnie jedynej w swoim rodzaju, którą ktoś i tak się potem będzie inspirował.

Najlepszy horror/thriller - Yakusoku no Neverland


Wyróżnienia: brak

Nie przepadam za horrorami w czystej postaci, bo raz, że mimo wszystko bardzo się ich boję, a dwa - w przypadku anime niezwykle łatwo popaść jest w całkowitą śmieszność i przegiąć pałkę o wiele za mocno (chyba najlepszym przykładem będzie tu chociażby Another czy Mayoiga, które nawet nie tyle przekroczyły granicę absurdu, ale energicznie po niej stepowały). Ale jeśli horror bądź thriller jest tylko składową, mniejszym elementem całej układanki, który pozwala od czasu do czasu budować większe napięcie, to wtedy to już co innego. I właśnie na tej zasadzie enigmatyczne przedstawienie żywiących się ludzkim mięsem potworów w Yakusoku no Neverland wywołało u mnie o wiele większą gęsią skórkę niż jakiekolwiek wiszące na płocie flaki czy wybuchające głowy w rysowanych horrorach pełną gębą. Uch, ta scena z pierwszego odcinka - toż to czysty majstersztyk. W tym przypadku strach jest wywoływany głównie przez niewiedzę i poczucie maluczkości wobec tego wielkiego, sprawnego i inteligentnego (najgorsze!) przeciwnika. I tyle wystarczy. Dodatkowo postarano się, aby i za ludzkimi antagonistami stało coś więcej niż tylko chęć skąpania się we krwi niewinnych. Isabella na początku wydaje się tylko bezlitosną, wyrachowaną podkomendną na usługach demonów, ale prawda okazuje się znacznie bardziej przykra i przytłaczająca. Po prostu nie była ona w stanie w żaden sposób przeciwstawić się systemowi - nie samotnie i nie po tym, jak późno uświadomiła sobie, co tak naprawdę się wokół niej dzieje - a że pragnęła żyć, dlatego zdecydowała się zgodzić na taki los i wyłączyła jakiekolwiek wyrzuty sumienia, żeby nie zwariować. Z drugiej strony dokładała wszelkich starań, aby hodowane w Grace Field House dzieci czuły się szczęśliwe i kochane, bo tylko to mogła dla nich zrobić. Niech więc was nie zmylą te szerokie, słodkie buźki i sielankowy setting, bo strach ma wielkie oczy... a już szczególnie w anime.

Najlepszy isekai - Honzuki no Gekokujou: Shisho ni Naru Tame ni wa Shudan wo Erandeiraremasen


Wyróżnienia: Isekai Quartet, Shinchou Yuusha: Kono Yuusha ga Ore Tueee Kuse ni Shinchou Sugiru, Tate no Yuusha no Nariagari, Tensei shitara Slime Datta Ken

A oto i nowa, świeżutka kategoria w tegorocznym zestawieniu! Wiem, że może za bardzo się rozdrabniam i pewnie dokładam sobie pracy, no ale ciężko było zignorować narastający z każdym sezonem trend na zabijanie licealistów (choć nie tylko) z użyciem dzikich ciężarówek i wysyłanie ich do innych światów. Skoro jest popyt, musi zaistnieć i odpowiednia podaż. Zastanawiałam się więc, czy w tym ostatnim natłoku isekajów pojawiło się coś, co faktycznie może godnie reprezentować cały gatunek i stanowić zachętę do rozwoju przez kolejne lata. Ostatecznie rozważałam wybór między dwiema propozycjami. Shinchou Yuusha wydaje się (ready) perfekcyją kalką wszystkiego, co już do tej pory zaistniało, tylko że robi to dobrze i z odpowiednią dawką... no dobra, bez żadnego umiaru w humorze, ale akurat nie umiem na to narzekać. Zwykle kiedy Bohater ma pokonać Władcę Demonów, to jest to cel tak odległy i nierealny, że nigdy do niego nie docieramy... ale nie z Seiyą te numery. Chłopak koksił na zapleczu aż miło, a potem rozkładał kolejnych generałów sił zła aż do samego satysfakcjonującego finału. Honzuki no Gekokujou ujęło mnie znów pomysłem na fabułę i niesamowicie przyjaznymi postaciami, które tak bardzo trafiły w mój gust, że od razu sięgnęłam też po mangę (a ta jest jeszcze lepsza, obszerniejsza i ładnejsza! gorąco polecam!). Każda z tych dwóch serii jest świetna na swój własny sposób, ale sądząc po tym, że Mól Książkowy miał całkiem spory wkład w to, że wreszcie zdecydowałam się na kupno tabletu, żeby móc jak człowiek czytać niedostępne w Polsce mangi, to jednak to on zdobył moje serce bez reszty. Wreszcie ktoś zdołał wykorzystać śmierć i przeniesienie się do alternatywnego świata jako inną wymówkę niż tylko bycie wojownikiem zbawiającym świat. Na dodatek autorka oryginalnej light novel włożyła w swoją historię masę pracy i wykonała świetny research w kwestii produkcji papieru oraz książek, dlatego nie można nie docenić, że nawet w tym medium można znaleźć kompetentne osoby, które chcą podnosić wartość młodzieżowej literatury.

Najlepsza komedia - Kaguya-sama wa Kokurasetai: Tensai-tachi no Renai Zunousen


Wyróżnienia: Aggressive Retsuko (ONA) 2nd Season, Dumbbell Nan Kilo Moteru?, Ore wo Suki nano wa Omae dake ka yo, Shinchou Yuusha: Kono Yuusha ga Ore Tueee Kuse ni Shinchou Sugiru, Senryuu Shoujo

Przyznawałam się już do tego nie jeden raz i napomknę to po raz kolejny - najlepsze komedie (czyt. po prostu komedie, które mnie samą śmieszą najbardziej) to parodie, które wykorzystują pewien spójny zestaw informacji i przerabiają je na nowe, nietuzinkowe, igrające sobie z oczekiwaniami widzów bądź czytelników gagi. Czy będzie chodzić o obśmiewanie uniwersum Fate (jak w Carnival Phantasm), czy shoujo mang wraz z ich twórcami (Gekkan Shoujo Nozaki-kun), czy popularyzowanych przez produkcje ze stajni DC i Marvela superbohaterów (One Punch Man), znacznie łatwiej rozbawić widzów, którzy zwyczajnie "kumają bazę". I tak samo tutejszy szkolny romans, który cudownie ogrywała Kaguya-sama, był miodem na moje zmęczone wyświechtanymi motywami serce. Zamiast więc zgrzytać zębami, czekając, aż jedno z dwojga głównych bohaterów wreszcie zdecyduje się wyznać miłość drugiemu, możemy cieszyć się z soczystych faili i co chwila robić zakłady, bo zrobiono z tego całą świadomą strategię wojenną, okraszoną wieloma zakulisowymi komentarzami i wewnętrznymi monologami. Shinomiya i Shirogane zachowują się jak wykapani Aizen i Light, którzy traktują każdą rozmowę w pokoju samorządu jak potencjalne pole minowe do wydębienia jednego, drżącego "l-l-l-lubię cię", a wszystko zawsze idzie zgodnie z ich "keikaku doori" (nawet jeśli po minucie okazuje się, że jednak nie). Ishigami i Fujiwara dzielnie ten kwartet egzotyczny uzupełniali - pierwszy jako jedyny słuszny Salty Man, który wykłada całą kawę na ławę, niekoniecznie zdając sobie sprawę z tego, jak bardzo igra z ogniem, a Chika jest tym promyczkiem naiwności, nieskażonym jakąkolwiek myślą, że jej przyjaciele toczą mentalne boje na najwyższym poziomie. Kocham całą tę ekipę i ogromnie się cieszę, że wrócą do nas w drugim sezonie. Już nie mogę się doczekać na kolejną dawkę szalonych sytuacji.

Najlepsza seria obyczajowa - Sewayaki Kitsune no Senko-san


Wyróżnienia: Aggressive Retsuko (ONA) 2nd Season, Doukyonin wa Hiza, Tokidoki, Atama no Ue., Given, Honzuki no Gekokujou: Shisho ni Naru Tame ni wa Shudan wo Erandeiraremasen, Houkago Saikoro Club, Mob Psycho 100 II, Senryuu Shoujo

Zwykle sięgamy po anime i mangi, bo potrzebujemy solidnej dawki rozrywki albo emocji w towarzystwie ulubionych bohaterów. Czasami jednak chcemy po prostu się zrelaksować - niespiesznie, tak po prostu, obserwując spod ciepłego kocyka, jak wymyślone postacie muszą się mierzyć ze swoim własnym życiem i własnymi bolączkami. Mnie w tym roku najbardziej rozluźniało obserwowanie poczynań pracownika korporacji, Nakano, oraz zajmującego się jego mieszkaniem czterystuletniego lisiego bóstwa o ciele młodej... hmm... młodej dziewoi, Senko. Z jednej strony nie sposób się było nie utożsamiać z Nakano, kiedy ten wracał zmęczony do pustego domu i jedyne, o czym potrafił myśleć, to o której zadzwoni budzik następnego dnia. Może sama nie mam aż tak hardcorowych przeżyć, ale rozumiem go na poziomie człowieka, który też musi mierzyć się z dorosłością i jakoś żyć w tym jednostajnym trybie aż do śmieciowej emerytury (jeśli się w ogóle uda). Z drugiej jednak strony czułam się tak, jakby słowa Senko były kierowane do mnie samej - żeby wrzucić czasem na luz, że jestem dobrym człowiekiem, że wokół mnie jest masa trójwymiarowych ludzi, którym naprawdę zależy na moim zdrowiu i szczęściu. I niech nie zwiedzie was to, jak Senko wygląda! Jasne, Nakano ma niezły fetysz na punckie jej ogona, ale nie ma to żadnego podłoża seksualnego, tylko facetowi zwyczajnie brakuje ogrzewania w bloku i dlatego nie może się oderwać od tego, co miękkie i puchate. Ha! Bo przecież to elementarne, że nie można zaznać w życiu prawdziwego szczęścia bez porządnego zwitka włochatego koca! Cieszę się jednak, jak wiele budowanych przez lata stereotypów udało się przełamać w tak prostej, niepozornej serii - że faceci też mogą płakać i to żaden dyshonor, że praca w Japonii jest ujowa i nie należy jej sprowadzać do bzdurnej służby dla kraju, że szczera rozmowa to podstawa każdej relacji (czy to romantycznej, czy to opartej na czystej przyjaźni, czy też między członkami bliskiej rodziny) i tak dalej, i tak dalej. To była bardzo ciepła, spokojna obyczajówka, która dała mi mnóstwo pozytywnej energii do działania i mam nadzieję, że wieczorne pasmo anime w środy będzie częściej obfitować w tego typu produkcje.

Najlepszy romans - Kaguya-sama wa Kokurasetai: Tensai-tachi no Renai Zunousen


Wyróżnienia: Aggressive Retsuko (ONA) 2nd Season, Araburu Kisetsu no Otome-domo yo., Beastars, Fruits Basket 1st Season, Given, Seishun Buta Yarou wa Yumemiru Shoujo no Yume wo Minai, Senryuu Shoujo

Animowany romans osadzony w szkole? Jasne, spoko, może być, przynajmniej nie będzie się ciągnął  bez końca jak jakieś rozgotowane kluchy... Ale szalony, przewrotny, stylizowany na miłosnego Death Note'a romans osadzony w szkole? Omnomnomnom, to już się chyba rozumie samo przez się. Oglądając Kaguyę czułam się jak za starych, dobrych czasów emisji Gekkan Shoujo Nozaki-kun, kiedy to pod płaszczykiem typowej, szkolnej serii wpakowano wszystko, co tylko fabryka stworzyła, łącznie z obśmiewaniem wszelkich znanych motywów dotyczących licealnej miłości. Komedia nie wyklucza jednak romansu, a romans nie przysłania całkowicie komedii - to raczej świetnie działająca symbioza, która pozwala zachować zdrowy umiar i wykorzystać mocne strony każdego elementu, jednocześnie przykrywając ich braki z innych stron. Przez to, że dwójka głównych głuptasów stara się za wszelką cenę uniknąć jakichkolwiek wyraźnych deklaracji, które oznaczałyby ich sromotną klęskę, każda, nawet najmniejsza oznaka sympatii dla płci przeciwnej zdaje się być wykrzyczanym przez megafon "kocham cię, b-baka!". Ha, nawet lepiej - bohaterowie tak skupiają się na słownych wyznaniach, że kompletnie nie zauważają, jak często przyznają się do prawdziwych uczuć poprzez swoje zachowanie (Shirogane może sobie świecić oczami, ale chyba każdy umie połączyć kropki, widząc jadącego na rowerze przewodniczącego, który za wszelką cenę próbuje znaleźć zabłąkaną gdzieś Kaguyę). Różnież to, że nikt nie stara się robić z postaci drugoplanowych żadnych dodatkowych par tworzonych wyłącznie dla zasady (przynajmniej na razie) również może być zaliczone na olbrzymi plus, bo takie rzeczy powinny wychodzić spontanicznie, a nie na zasadzie "bo mamy tylko cztery osoby w obsadzie, więc każdego trzeba uszczęśliwić w ten sam sposób". I jasne, pewnie miło by było zobaczyć jakiś pocałunek z prawdziwego zdarzenia, ale na razie seria idealnie sprawdza się w swojej obecnej formule i będę spokojnie czekać na to, jak Bóg Romansu zechce to dalej rozwinąć.

Najlepsza seria sci-fi/mecha - Dr. Stone


Wyróżnienia: Carole & Tuesday, Kanata no Astra, Yakusoku no Neverland

Taki ze mnie znawca mechów jak z koziej pupy kastaniety, dlatego ta kategoria jest dla mnie zawsze jedną z natrudniejszych w ocenie (a nie oszukujmy się - lwia część japońskiego sci-fi to wciąż wielkie, napieprzające się roboty). Ale 2019 rok przyniósł w tej kwestii delikatną odmianę, przez co kilka serii wolało zostawić Gundamowi to, co cesarskie, a same zdecydowały się eksplorować nieco inne zakątki gatunku. Z całkiem naturalnych powodów największą frajdę w tym względzie sprawił mi Dr. Stone (ale taka nauka na przyszłość dla autorów - nie stawia się kropki po tytule "dr"!), choć pewnie nie można tego uznać za wykapane science-fiction, bo to praktycznie samo science przedstawiane w fikcyjnej otoczce. Jeszcze z dziesięć lat temu maniakalnie oglądałam kolejne sezony Pogromców Mitów, którzy bawili się nauką i robili odjazdowe eksperymenty, żeby zbudować coś zwariowanego bądź rozwikłać tajemnice filmowych efektów specjalnych. Przygody Senku i ekipy mają bardzo podobny klimat i chociaż rzecz dzieje się w reaktywowanej epoce kamienia łupanego, to jednak ludzka myśl techniczna jest w stanie przezwyciężyć wszelkie niedogodności - i chociaż tyłki trzeba podcierać liśćmi, to już nic nie stoi na przeszkodzie, żeby zrobić np. maszynkę do kręcenia waty cukrowej. To niesamowite, jak taki dziwny, kompletnie pozbawiony supermocy shounen z projektami postaci wyciągniętymi prosto z drzewa genealogicznego Einsteina był w stanie zainteresować tak szerokie grono widzów, ale mój boru szumiący - jak to się wszystko po prostu świetnie ogląda! Jak takiego Robinsona Crusoe, tylko w znacznie ciekawszej otoczce i z zabawnymi interakcjami sympatycznych bohaterów. Człowiek jest nieustannie zafascynowany pokracznymi wynalazkami Senku oraz tym, jak wywinie się z danej opresji, nawet jeśli współcześnie dałoby się to załatwić na trzydzieści różnych sposobów. Jako naukowiec z powołania polecam gorąco - owszem, niektóre fakty potrafią być podkoloryzowane (np. faktycznie istnieją jeziora wypełnione kwasem siarkowym i choć zaciąganie się tamtejszym powietrzem nie jest szczególnie zdrowe, to jednak nie powoduje natychmiastowego zgonu), ale wciąż daję soczystą okejkę, bo jest to poziom koloryzowania, który usprawnia prowadzenie akcji, a nie ją kompletnie przekłamuje.

Najlepsza sportówka - Kaze ga Tsuyoku Fuiteiru


Wyróżnienia: Dumbbell Nan Kilo Moteru?

Można to było już wywnioskować z kategorii najlepszej fabuły, bo przecież wygrała tam seria sportowa, ale muszę  zaznaczyć, że w dobrej sportówce chodzi jednak o to, żeby zadbać o właściwy balans między animacją, emocjami wynikającymi z rywalizacji oraz właściwym sportretowaniem postaci, które poza trenowaną dyscypliną mają jeszcze jakieś życie prywatne. Szczególnie że większość sportówek stosuje ten sam nudny szkielet historii - protagonista bądź drużyna, których poczynania śledzimy, musi dostać się z powrotem na szczyt, bo przecież tylko o to w tym biznesie chodzi, żeby wygrywać mistrzostwa i zdobywać złote puchary. A guzik. Yuri!!! on ICE, Tsurune czy właśnie Kaze ga Tsuyoku Fuiteiru pokazują, że dobrze jest mierzyć wysoko i doskonalić swoje umiejętności, ale nie można niczego osiągnąć bez zwykłej satysfakcji z tego, co się robi. Żeby osiągać rekordy, ale te swoje własne, osobiste, które będą odznaczeniem w naszych własnych oczach. W KazeTsuyo jest to o tyle trudne do pokazania, bo jednocześnie trzeba pogodzić interesy aż dziesięciu chłopaków, z których każdy postrzeba biegi w zupełnie odmienny sposób - od niespełnionej ambicji przerzuconej z ojca na syna, przez wyrzut sumienia czy porzucone hobby, aż po karę boską za samotne zamykanie się w pokoju. Mimo to widać, że twórca oryginalnej powieści, a potem ludzie ze studia Production I.G. pochylili się nad każdym bohaterem i dali mu własny, często emocjonujący rozwój. W trakcie trwania emisji wymieniałyśmy się z M.W. spostrzeżeniami, że zadbano nawet o takie detale jak czasy biegaczy, które zostały oparte na realnych, osiąganych przez Japończyków wynikach (które są dość absurdalne i zawstydzają nawet etiopskich maratończyków, tak btw). Co prawda mogę się przyczepić - i to ostro przyczepić - do jakości animacji biegaczy z teł, bo komputerowe skróty bolały aż strach, ale wszystko, co działo się na pierwszym planie, to solidna robota. Monotonne, nudne biegi? Nope, to nie tutaj. Tutaj znajdziecie jedynie serię, która odmieni wasze spojrzenie na maratony (nie tylko to animcowe).

Największe zaskoczenie  - Dumbbell Nan Kilo Moteru?


Wyróżnienia: Dr. Stone, Given, Honzuki no Gekokujou: Shisho ni Naru Tame ni wa Shudan wo Erandeiraremasen, Houkago Saikoro Club

Podobnie jak w przypadku isekajów, tak i tutaj mam dwóch zaciekle walczących o dominację kandydatów - pierwszym jest Dr. Stone, do którego podchodziłam już kiedyś w formie mangi, ale losując sobie rozdziały do szybkiego obczajenia trafiłam na jakieś mega poważne retrosy, które odrzuciły mnie trochę swoim klimatem (no dobra, "odrzuciły" to może zbyt surowe słowo, ale zwyczajnie nie połknęłam wtedy bakcyla). Drugim, znacznie prostrzym w swojej historii przypadkiem są znów Dumbbelle. A to dlatego, bo kiedy ogłoszono, że będzie powstawać takie anime, zobaczyłam dołączoną do niusa grafikę z wyprężoną blondynką o wydatnych wdziękach i... i uznałam, że będzie to nieskomplikowane, bazujące na najprostszych instynktach ecchi ala "wieczny odcinek plażowy". I chociaż nie da się odmówić, że epatowanie damskimi kształtami gra tu naprawdę istotną rolę, to jednak nie byłam przygotowana na to, jak dużą dawką humoru i rozsądku zostanie to otoczone ani że będę pochłaniać odcinki z takim zaangażowaniem. Mimo bycia kobietą z ogromną przyjemnością oglądałam, jak bohaterki Hantelków wykonywały kolejne żmudne ćwiczenia, przy okazji pokazując to i owo na swoich błyszczących, pokrytych potem ciałach... oczywiście dla celów edukacyjnych, prawdaż. Dało mi to ogromną nadzieję, że w przyszłości zacznie pojawiać się więcej takich produkcji, które będą radować oko obu płci z jednoczesnym poszanowaniem elementarnego wyczucia smaku. Mimo wszystko wierzę, że większość odbiorców nie pogniewałaby się za pokazanie zdrowego, soczystego biustu czy męskiego zadka, gdyby tylko było to zrobione adekwatnie do sytuacji - czy miałoby to być anime o ćwiczeniach na siłowni, czy życiowej komedii o buzujących od natłoku hormonów nastolatkach, czy może pieczołowicie budowany romans ze zmysłową kulminacją w sypialni. A zatem... mówimy głośne "nie" dla dzikich pantyshotów ukazywanych wbrew woli wszystkich bohaterów i bohaterek (jak chociażby w Enen no Shouboutai), ale jesteśmy na "tak" w przypadku kusych spodenek uwydatniających pośladki ćwiczących pompki licealistek!

Największe rozczarowanie - Cop Craft


Wyróżnienia: Boogiepop wa Warawanai (2019), Granbelm, Hoshiai no Sora, Joshikausei, One Punch Man 2nd Season, Sword Art Online: Alicization, Toaru Kagaku no Accelerator

O, w tej kategorii to można przebierać jak w konwentowym pudle z przypinkami. To jak? Czy ktoś się skusi na lipną kontynuację, która w rękach nowej ekipy twórców zmieniła się w smutny strzępek gdzieś z obrzeży uniwersum? Albo dorzucić do zestawu jakieś zupełnie oryginalne anime, które i tak zżyna po całości z innych i nawet nie próbuje udawać? A jednak to szambo również ma swoje dno. Gorsze od anime, które od początku nie spełniają pokładanych w nich nadziei są bowiem tylko takie, które psują się już po rzuceniu widzowi odpowiedniej, jakościowej przynęty (tak, tak, na ciebie też patrzę, kochane SAO). A Cop Craft właśnie to robi - najpierw daje soczystego całusa na zachętę przy dwóch pierwszych odcinkach, a potem wali go z plaskacza po pysku w trzecim... i tak to zamknięte koło przemocy domowej trwa sobie aż do samego, niesatysfakcjonującego finału. Początkowo chciałam zwalić całą winę na reżyserię i koszmarną, ciętą po kosztach animację, która nawet speców od QUALITY wprawiła w niemałe zdumienie (rozumiem, że seria oszczędza, kiedy zamiast animacji daje się nieruchome kadry, ale tylko tutaj te plansze były brzydsze niż najbardziej pospiesznie inkorporowana do Chińczyków scena). Im dalej jednak w las, tym rozwój charakterów leżał i kwiczał coraz bardziej desperacko, więc to chyba również problem senarusza oraz oryginalnej powieści. Z jakiegoś przedziwnego powodu duet protagonistów zachowuje się dojrzale na wstępie, a potem jedzie po równi pochyłej, zaliczając coraz bardziej szczeniackie kłótnie, nieporozumienia, rasistowskie wyzwiska i angażowanie się w bzdurne dochodzenia, których nawet Faceci w Czerni kijem by nie tknęli. Jakby ktoś chciał stworzyć strasznie dochodową markę i jechać na jej sukcesie przez wiele lat, tylko zabrakło talentu po wstępnym pomyśle. Okej, nice try, ale następnym razem proszę mi tego choróbska nie roznosić poza light novelki.

Największe guilty pleasure - Domestic na Kanojo


Wyróżnienia: B-Project: Zecchou*Emotion, Joshikausei, Tsuujou Kougeki ga Zentai Kougeki de Ni-kai Kougeki no Okaasan wa Suki Desu ka?

No dobra okej - isekaj z mamuśką wydawał się tu niemal niezwyciężonym pewniakiem i już-już prawie się na niego zdecydowałam... ale ostatecznie odpuściłam, bo przecież dwa pierwsze odcinki wydawały się jeszcze całkiem znośne. Natomiast festiwal kiczu od praktycznie pierwszych minut zapewniło mi Domestic na Kanojo - seria, którą zupełnie pominęłam przy rozplanowywaniu grafiku zimowych anime, a której "dobra sława" wraz z gifami na Tumblrze oraz filmikami od Gigukka skłoniły mnie do tego, żeby przed końcem marca ją nadrobić i zrozumieć, co dokładnie poruszyło serca tylu ludzi. Obejrzałam, wyłączyłam, usiadłam na fotelu, spojrzałam w okno i... i zrozumiałam, że jestem dokładnie w tym samym wieku, w którym kobiety z pokolenia mojej mamy zaczytywały się w harlequinach. I Domestic na Kanojo to właśnie taki współczesny, tani, robiony po kosztach harlequin zmieszany z brazylijską telenowelą na podstawie docu-soapu serwowanego przez polską telewizję. I jeszcze w wydaniu japońskim, no bo incest fajny jest. Mam wrażenie, że tytuł ten stanowi całkowicie jawny zsyp na najbardziej bzdurne fantazje dla napalonych nastolatków, na jakie twórca i jego redaktor wpadli podczas wypadów na browar. Ani to romans dedykowany dla kobiet, bo z protagonisty jest żaden Chris Evans, tylko ciućmok skończony i frajer (aczkolwiek względnie utalentowany, miły ciućmok i frajer), ani też pełnowymiarowe ecchi dla facetów, bo w odbiorze przeszkadza cała ta wydumana otoczka: dhrama, rozterki, miłosne wielokąty, och, och, na widok waćpanny me serce wycięło hołubca! Takie ni to pies, ni wydra... i nawet nic na kształt świdra (z szacunku dla TTGL). Bardziej wykapane M jak miłość dla biedoty i wcale bym się nie zdziwiła, gdyby ktoś tu kiedyś miał widowiskowy wypadek w kartonach. Ale oglądało się miodnie jako prosty odmóżdżacz i podstawę do drinking game (tylko bardziej zdrowo, z kakao), więc... może to o to w tych wszystkich telenowelach jednak chodzi?

Najlepsza OVA/special - Mob Psycho 100: Dai Ikkai Rei toka Soudansho Ian Ryokou - Kokoro Mitasu Iyashi no Tabi


Wyróżnienia: Totsukuni no Shoujo

Nie był to szczególnie łaskawy rok dla wszelkich OVA i speciali, bo jeśli już jakieś serie doczekiwały się dodatkowych materiałów, to często chodziło o zwykłe odcinki recapowe albo o rzeczy związane z anime z niższej półki ocenowej. W moim przypadku do gustu przypadła mi jedynie krótka, niema animacja zrealizowana na podstawie pierwszego tomu Totsukuni no Shoujo (w Polsce znana jako Dziewczynka w Krainie Przeklętych) oraz OVA do Mob Psycho 100 II, dziejąca się fabularnie już po zakończeniu serii. Ta druga pozwoliła odsapnąć widzom po szaleńczej bitwie ze Szponem i przypomnieć sobie, dlaczego Mob jest tak świetną historią, która działa niezależnie od tego, czy chodzi o wartką akcję, czy też o prostą, urokliwą obyczajówkę. Reingen dostaje zlecenie, by przeprowadzić dochodzenie i ewentualnie odczynić egzorcyzm na duchu, który spędza sen z powiek gościom pewnego onsenu. W zamian za wikt i opierunek Reigen przyjmuje ofertę i razem z Mobem, Ritsu, Terukim, Serizawą oraz Ekubo wybiera się w podróż pociągiem, by zażyć waka... no, by ciężko pracować na renomę. Jak się jednak można było spodziewać, Reigen nie ma zielonego pojęcia, z czym musi się mierzyć i dlatego tyłek jak zawsze muszą mu ratować zaprzyjaźnieni esprzy (plus duch). Mimo tego egzorcyzmy nie są tu wcale najistotniejszą częścią przygody, ale główne skrzypce grają relacje między postaciami. Świetnie działa chemia między chłopakami z liceum, miło patrzy się, jak Serizawa powoli wpasowuje się w klimat i dogaduje się z resztą grupą, jak Reigen wciąż odstawia szopki, ale jakoś tak łagodniej i czuć u niego realne zaangażowanie w pomaganie nawiedzanym przez duchy ludziom. Zabawne jest również to, że w zastępstwie uświadomionego Moba rolę dobrodusznego, bezgranicznie wierzącego w słowa szefa pracownika gra od teraz właśnie Serizawa - z jednej strony czuć, że coś się w relacjach zmienia, ale wciąż dostajemy odrobinę tego znajomego, komediowego fanserwisu, do którego świat Mob Psycho 100 już nas przyzwyczaił. No i wykonanie nadal stoi na standardowym, świetnym dla tej franczyzy poziomie. Tak się właśnie powinno robić dodatki - bo nawet jeśli twórcy korzystają z wytartych motywów jak onseny, plaże czy letnie festiwale, to jednak wciąż można świetnie rozwijać na tym tle samych bohaterów.

Najlepszy short - Aggressive Retsuko (ONA) 2nd Season


Wyróżnienia: Isekai Quartet, Senryuu Shoujo

Retsuko, ach, Retsuko! Moja coroczna dawka życiowego nihilizmu i świadomości, że pracownikiem jestem i nic, co podłe, nie jest mi obce! Jeśli twórcy zdecydują się kiedyś zrobić trzeci sezon (co wydaje się być dość mocno prawdopodobne, no ale jednocześnie skończył im się materiał bazowy, więc trzeba czekać i obserwować, czy pacjent będzie rokował), to ustawiam się pierwsza w kolejce do pożyczenia od przyjaciółki dostępu do Netflixa na weekend. Retsuko jest doskonałym przykładem na to, że słodka animacja o zwierzaczkach nie oznacza wcale, że tytuł jest skierowany do dzieci. Znaczy, spoko, żadnemu sześciolatkowi oczu to nie wypali, jednak nie da się ukryć, że seria działa najmocniej właśnie wtedy, gdy jej odbiorcami są ludzie pracujący - i to nie musi byc wcale srogie korpo na tysiąc pracowników. Wystarczy najprostrze stanowisko, na którym można poczuć na własnej skórze, że przełożony to niekoniecznie wzorowy obywatel... a już prędzej zwykła świnia. Nawet dorzucenie w nowym sezonie postaci Tadano - genialnego wynalazcy IA i multimilionera o szczerym uśmiechu - który wydawał się dość wyraźnie oderwany od dotychczasowego uniwersum, wcale nie zaszkodziło historii. Ba, właściwie to mocno urozmaiciło to fabułę, bo jeśli pomyśli się o nim po prostu jako o tym wyśnionym księciu z bajki i fajnym prezesie innego korpo, to wszystko wybrzmiewa znacznie naturalniej. Za to postać Anaia... ech... rozumiem, że widzowie zaznajomieni z oryginalnymi shortami Sanrio mogą mieć za złe, że z tego nadgorliwego świeżaka zrobiono histeryka-donosiciela, ale wydaje mi się, że akurat ten typ postaci znacznie lepiej pasuje do zachodniego odbiorcy. Jak pomyślę o ludziach z mojej pracy... tak, zdecydowanie więcej tu donosicieli i obgadywaczy niż lizusów z krwi i kości, więc mimo nękających mnie przebitek z Wietnamu takie rozwiązanie przemawia do mnie bardziej. Niech za siebie mówi też fakt, że namówiona na seans przyjaciółka wciągnęła oba sezony i OVA w kilka dni, by dołączyć do grupy widzów, którzy modlą się do włodarzy platformuy o sypnięcie pieniądzem na kontynuację (hej, grosza daj Netflixowi~ sakiewką potrząśnij~). A mimo wszystko o dobre pomysły nie powinno być trudno - w końcu strasznych opowieści z krypty... znaczy, opowieści z korpo nigdy nie zabraknie.

Najlepszy film - Kimi no Suizou wo Tabetai


Wyróżnienia: Fate/stay night Movie: Heaven's Feel - II. Lost Butterfly, Penguin Highway, Seishun Buta Yarou wa Yumemiru Shoujo no Yume wo Minai, Youjo Senki Movie

Choć rok 2019 wprost wybuchał od głośnych premier filmowych w Japonii - nowe dzieło Makoto Shinkaia, kolejny film Masaakiego Yuasy, dramat miłosny scenariusza Mari Okady, pierwsza kinówka od studia Trigger, nowa Violet Evergarden, nowa KonoSuba, nowe Hibike - to wciąż musimy obejść się smakiem i czekać na dystrybucję DVD/Blu-ray. Ech... Tym oto sposobem do wyboru pozostał jedyne skrawek produkcji przypadający tak realnie na 2018, który filmowo wypadł naprawdę biednie. Oczywiście znajdzie się też kilka jaśniejszych punktów tego okresu jak choćby kolejna część Heaven's Feel czy kontynuacja Rascala, ale najważniejszą produkcją minionego roku wydaje się Kimi no Suizou wo Tabetai, które w Polsce jest znane dzięki wydanej przez Dango mandze Chcę zjeść twoją trzustkę, która jest znów adaptacją książki z 2015 roku. Nie jest to jednak historia o kanibaliźmie ani żaden spin-off do Tokyo Ghoula, ale komediodramat opowiadający o chłopaku, który przez przypadek dowiaduje się, że jego koleżanka ze szkoły ma raka trzustki oraz że zostało jej kilka miesięcy życia. I choć dwójka nastolatków nie ma pierwotnie ze sobą nic wspólnego, to właśnie na tym tle zaczyna się między nimi tworzyć silna więź - no bo skoro pierwotnie są dla siebie kompletnie obcy, to nie boją się skonfrontować opinii z drugą osobą ani nie mają oporów, by mówić, co im akurat legnie na wątrobie (albo na trzustce właśnie). Nie jest to jednak opowieść przedramatyzowana czy przytłaczająca widza ciężarem przez całą długość seansu. Jasne, raczej nie ma co się spodziewać totalnego happy endu i każdy powinien przygotować się na uronienie łezki, ale zadziwiło mnie, jak wiele optymizmu jest w głównej bohaterce i jak bardzo stara się korzystać z pozostałego jej życia najlepiej jak tylko potrafi. Nie jest to również romans w pełnym tego słowa znaczeniu, raczej... no... raczej coś, czego nie da się tak łatwo zdefiniować i postacie też chyba nie mają pojęcia, czy i jakich słów powinni używać. Bardzo lubię relacje tego typu, bo dają one dużo pola do interpretacyjnego popisu i stanowią najlepszy ekwiwalent bycia czyjąś bratnią duszą. Wszystko to jest zatopione w prześlicznej oprawie audiowizualnej - opening i enging od sumiki (grupy, którą możecie znać z openingu do Wotakoia czy Mix) to niesamowicie chwytliwe kawałki, a animacja swoimi kolorami oraz podejściem do reżyserii przypomina mocno klimat Kimi no na wa i Koe no Katachi. A to już wyróżnienie najwyższej klasy. Polecam każdemu z tym drobnym ostrzeżeniem, że należy spodziewać się całej karuzeli emocji, po której możecie być nieźle skacowani.

Najlepsza seria roku 2019 - Kaze ga Tsuyoku Fuiteiru


O ile w zeszłym roku nie miałam nawet najmniejszych wątpliwości, że Sora Yori mo Tooi Basho było najlepszą rzeczą, jaka przydażyła się ludzkości w 2018 roku, tak już 2019 obfitował w serie dobre i bardzo dobre... ale nie chwytające za serce od pierwszej sekundy i puszczające dopiero wtedy, kiedy pojawiały się finalne creditsy. I choć wiele anime oglądałam z ogromnymi wypiekami na twarzy - jak Dr. Stone, Beastars, Mob Psycho 100 II, Yakusoku no Neverland, Kimetsu no Yaiba, Kaguya-sama - to podchodząc do tego maksymalnie chłodno, jak to tylko możliwe na blogu z subiektywnymi opiniami, najpełniejszą produkcją 2019 roku jest w mojej ocenie Kaze ga Tsuyoku Fuiteiru. To jedna z naprawdę nielicznych historii, która została opowiedziana od początku do końca, z zachowaniem odpowiedniego tempa i z dbałością o satysfakcjonujące rozwinięcie motywów każdej z postaci. Wszystko to dzięki niesamowitemu zaangażowaniu ludzi ze studia Production I.G., którzy zjedli już zęby na tworzeniu angażujących serii sportowych. Grafika stoi na wysokim poziomie (z wyraźnym minusem w postaci komputerowych modeli biegaczy z drugiego planu), a za OST odpowiadał Yuuki Hayashi, czyli twórca soundtracków do m.in. Death Parade, Haikyuu! czy Boku no Hero Academia. Naprawdę, niech mnie kule biją, jeśli nie kojarzycie choćby jednego motywu muzycznego jego autorstwa. Sportretowanie tak dużej ekipy, bądź co bądź, głównych bohaterów również stanowiło nie lada wyzwanie, a jednak dla każdego widza znajdzie się wśród tej barwnej gromadki coś dobrego i otrzymującego odpowiednio duży czas antenowy. Hoshiai no Sora powinno się uczyć takiego przedstawienia życiowych dram na tle sportych zmagań, tym bardziej że KazeTsuyo wcale nie unika humoru i emocjonujących walk. Każdy wątek wybrzmiewa w swoim czasie i z różnym natężeniem, po przecież nie każdy bohater musi mieć od razu tęgie problemy kwalifikujące go do ostrego dużuru w poradni psychiatrycznej - jeden z chłopaków będzie po prostu przeziębiony nie wtedy, kiedy by sobie tego życzył, a dla innego bieganie będzie obarczone wysokimi oczekiwaniami, które w młodości nałożył na niego ojciec. I jasne, nie jest to anime bez wad czy odcinków, przy których wywracałam oczami na boki (hej, bliźniacy). Mimo to warto docenić ten wyjątkowy przekaz o zdobywaniu swoich własnych, życiowych Mount Everestów możliwości, bo wierzę, że akurat taka nauka zostanie z widzem o wiele, wiele dłużej niż tylko do kolejnego sezonu wypełnionego nowymi isekajami i haremówkami. No i jest to niezbity dowód na to, że nie należy oceniać serii przed jej zakończeniem, szczególnie gdy emisja następuje na granicy dwóch lat. Mogliście nie płakać po Mufasie, ale nie wierzę, że nie będziecie szczerzyć się jak głupi do sera po takim finale.


Najlepsza seria roku 2019 - wybór czytelników

Nadeszła też długo oczekiwana chwila na ogłoszenie wyników trwającej przez ostatni tydzień ankiety! Łącznie oddano aż 126 pojedynczych głosów (czyli udział wzięło co najmniej 26 osób!), dzięki czemu udało się z ładną nawiązką pobić wynik sprzed roku. Jest mi niezmiernie miło, że tak wielu ludzi zagląda na Podajnika - choćby tylko okazjonalnie - i poczuło na tyle duży zew rywalizacji, że do ostatnich godzin walka o przyznawane przez was podium pozostała niezwykle zacięta.

A wyborem głosujących najlepszą serią zostało...



A tak prezentuje się rozkład wszystkich oddanych w ankiecie głosów (pozostałe, niewymienione serie dostały po 0):


Yakusoku no Neverland
10
BEASTARS
9
Dororo
9
Mob Psycho 100 II
8
Dr. STONE
7
Kaguya-sama wa Kokurasetai: Tensai-tachi no Renai Zunousen
7
Vinland Saga
7
Carole & Tuesday
6
Kimetsu no Yaiba
6
Fruits Basket (2019)
5
Given
4
JoJo no Kimyou na Bouken: Ougon no Kaze
4
Kaze ga Tsuyoku Fuiteiru
4
Shingeki no Kyojin 3 Part 2
4
Bungou Stray Dogs 3
3
Kono Oto Tomare!
3
Tate no Yuusha no Nariagari
3
Doukyonin wa Hiza, Tokidoki, Atama no Ue.
2
Dumbbell Nan Kilo Moteru?
2
Enen no Shouboutai
2
Honzuki no Gekokujou: Shisho ni Naru Tame ni wa Shudan wo Erandeiraremasen
2
Hoshiai no Sora
2
Kanata no Astra
2
One Punch Man 2
2
PSYCHO-PASS 3
2
Sarazanmai
2
Araburu Kisetsu no Otome-domo yo.
1
BanG Dream! 2nd Season
1
Domestic na Kanojo
1
Hitoribocchi no Marumaru Seikatsu
1
Kakegurui××
1
Lord El-Melloi II-sei no Jikenbo: "Rail Zeppelin" Grace note
1
Saiki Kusuo no Ψ-nan: Shidou-hen
1
Sword Art Online: Alicization
1
Sword Art Online: Alicization - War of Underworld
1


Ponieważ to wirtualna zabawa i nic mnie ona nie kosztuje, dlatego pozwoliłam sobie nieco zwiększyć liczbę przyznawanych "medali". Jak już wspomniałam, absolutnego zwycięzcę udało się wyłonić dopiero na jakąś dobę przez zakończeniem ankiety i co ciekawsze - przez większość czasu wcale nie walczył w ścisłym gronie serii z największą liczbą punktów. Ba, w moim osobistym rankingu Yakusoku no Neverland pewnie znalazłoby się na trzecim miejscu za KazeTsuyo i Dr. Stone, ale widać grosz do grosza... znaczy, punkt do punktu, a metodą Eurowizji można wspiąć się na sam szczyt. Mimo tego całego matematycznego gadania trzeba serii oddać, że była absolutnie świetna i trzymająca w napięciu, a pomysłowa reżyseria sprawiła, że anime zyskało swój własny, niepodrabialny charakter. Dobrze też oddaje rozmar jej popularności na naszym rynku, kiedy spojrzy się na sprzedaż wydawanej przez Waneko mangi - przed anime seria schodziła średnio na jeża, ale od zimy 2019 TPN weszło do ścisłej topki najlepiej sprzedających się tytułów obok Tokyo Ghoula czy Kuroshitsuji. Na drugim miejscu ex aequo wylądowały Beastars oraz Dororo. Jeśli chodzi o to pierwsze to oczywiście mam swoje ale w stosunku do adaptacji anime, ale i tak polecam tytuł z całego serca - właśnie pochłaniam ostatnie dostępne rozdziały mangi i to naprawdę świetna historia osadzona w genialnie skonstruowanym  świecie, pełna niesamowicie złożonych postaci oraz relacji między nimi, których nie da się ogarnąć ot tak. W przypadku Dororo mam znacznie bardziej mieszane uczucia, ale oczywiście rozumiem, czemu seria zyskała sympatię tak wielu odbiorców: mimo wszystko to wartościowa, zamknięta historia z głębszym przesłaniem, interesującymi bohaterami, którzy muszą dojść do tego, czy bardziej zależy im na własnym interesie, czy na dobru ogółu, oraz niejednoznacznymi dylematami, kiedy to ludzie potrafią być prawdziwymi potworami, a potwory - nie mają wcale gorszych pobudek niż ludzie. Brązowy medal zdobywa natomiast Mob Psycho 100 II, czyli kontynuacja historii o nastoletnim esprze... i o byciu porządnym człowiekiem mimo posiadania nadnaturalnych mocy, którymi z łatwością można opanować świat. W przeciwieństwie do One Punch Mana 2, który trochę pogubił się w tym, co chciał przekazać, Mob wciąż jest bardzo ciepłą, zabawną, ale i mającą chwilę niesamowitej epickości serią, wobec której nie można przejść obojętnie (szczególnie jak Tumblr wybucha od gifów z niesamowitymi sekwencjami walk). Reszta rankingu anime również przedstawia się naprawdę pokrzepiająco i cieszę się, że aż tyle serii zostało docenionych - bo nieważne, co o nich myśli jakiś tam Dziabeł-amator, ale super, że to wam się podobały!

Raz jeszcze dziękuję za udział w ankiecie oraz za przeczytanie tego gargantuicznego podsumowania (czy to w części, czy to całego - choć w tym drugim przypadku należy wam się naprawdę wielki szacun!). Oby obecny 2020 rok nie był wcale gorszy od poprzedniego, a tylko nieustannie podwyższał poprzeczkę, żebym za rok mogła jak najczęściej zaczynać opisy do poszczególnych kategorii od "miałam strasznie ciężki orzech do zgryzienia".

Do zobaczenia w kolejnych wpisach!

Dziab

Publikowanie komentarza

6 Komentarze

  1. Nawiązując do posta na fejsie – co nikt nie czekał, ja czekałam. :c I co z tego, że masz więcej kategorii niż ja obejrzanych serii…

    Animacja – dla mnie Kimetsu no Yaiba, za te animacje wody, co się nimi zachwycałam już pod notką posezonową.

    Soundtrack: KazeTsuyo…? Tak patrzę po tym co w tym roku w ogóle odsłuchiwałam i KazeTsuyo jedyne odsłuchałam więcej jak raz.

    Opening i ending: waham się między Hantelkami do obu (cicho!), Yakusoku no Neverland do openingu i drugim KazeTsuyo do endingu. To muzycznie.

    Postaci żeńskiej jakoś nie mam, ale do męskiej też wypycham Księcia. Łokciem i kolanem. Idź, chłopie, Dziab ma mangi!

    Rozumiejąc "para" jako duet: Subaru i Haru z Doukyonin wa Hiza, Tokidoki, Atama no Ue.

    Gatunkowo nie wyróżniam, bo nie czuję żebym obejrzała dość by mieć jakąś konkurencję w kategoriach.

    Zaskoczenie: Kimetsu no Yaiba. Z powodów, o których pisałaś – z samego opisu wydaje się, no, strasznie oklepane. Ale jak już zaczęłam, to jak poooszłooo!

    Rozczarowanie: Saint Seiya: Saintia Sho. O tym też już wylewałam żale czemu to kiepska seria była, nie będę powtarzać tego co wtedy, ale dodam: w tym roku dostaliśmy dwie animowane serie do StS. Ta od Netflixa, mimo wad, dalej co jakiś czas mi się przewija po tagu, na krótko po emisji było tego nawet niezła ilość, znajoma wróciła z zaświatów i zaczęła ficzyć, no i może nie zaobserwowano wielkiego napływu nowych fanów, na który liczono, ale starzy serię zauważyli. (Trochę momentami wyśmiali. Bojowa Studzienka Ściekowa, doprawdy…) Natomiast Saintia już podczas emisji była totalnie niezauważona przez nikogo i generalnie równie dobrze by jej mogło nie być, tak bardzo bez echa przeszła.

    Guilty pleasure: yh, RobiHachi. Jak seria umie sprawić, że nie patrzę ponuro w kierunku poniedziałku, tylko czekam, bo nowy odcinek, to chyba się tu kwalifikuje.

    Dziab, uwielbiam Cię za to, co obwołałaś serią roku. Masz na Pyrkonie znów żelki. Czy co tam chcesz. Daj znać a przyniosę. <3 za to widzę że to moje pierwotne głosowanie na 4 serie jednak się nie wysłało, jak przypuszczałam. Welp. Widać mój internet sam uznał, co jest priorytetem i na co ten głos oddać, jak już ma być jedno albo drugie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Anyway, myśląc nad "serią roku" wydumałam w końcu kryterium "czy w związku z tą serią zrobiłam coś poza wduszeniem guzika play i wyłączeniem karty po skończeniu odcinka, i nie, nie chodzi o szukanie pełnej wersji openingu/endingu" – co doprowadziło mnie do dość dziwnych wyników, bo tak jak uważam że np. Kimetsu no Yaiba czy Współlokator Kot są obiektywnie lepsze od dużej części listy, tak… ostatecznie… wygląda to tak, w kolejności alfabetycznej (coby nie było):

      Dumbbell Nan Kilo Moteru? – za skłonienie mnie do ruszenia leniwych czterech liter. Wprawdzie nie jest to siłka, ale jak we wrześniu zadreptałam na gimnastykę, tak dalej chodzę, i zobaczysz, Machio jeszcze będzie ze mnie dumny! Hantelki w sumie chyba wywarły największy i najbardziej długotrwały wpływ na życie pozainternetowobajkowe.

      Kaze ga Tsuyoku Fuiteiru – za ten research, który robiłam podczas odcinków, wykopywanie strony Hakone Ekidena, klikanie na ślepo w krzaczki, porównywanie czasów, ba, konsultacje z faktycznie biegającym maratony tatą jak coś mi się nie widziało, czy to faktycznie tak. Nie pamiętam, kiedy (czy w ogóle) ostatni raz rozmawiałam z tatą o chińskiej bajce.

      RobiHachi – za hand-made magnes z Isekandaru, tej turystycznej planety, co na nią lecieli przez całą serię, co to wisi sobie u mnie radośnie na lodówce (wygląda tak: https://imgur.com/a/URbGBHN - nie ma merchu, sam sobie zrób merch! No i co to za raj turystów bez badziewnych pamiątek?!), i za plik excelowy, w którym z dziką radością po dostaniu brakującej danej zrobiłam finansową symulację stopy oprocentowania długu u Yanga, podpartą krótką kopaniną po współczesnych japońskich przepisach kredytowych (ustawowa i maksymalna stopa procentowa). Symulacja opiera się na zbyt wielu założeniach i domysłach, by można ją było uznać za rzetelną, z drugiej strony, wynik wyszedł mi wcale nie od czapy…

      Saiki Kusuo no Psi-Nan: Reawakened (niespodzianka!) – za dzień urlopu, który wzięłam na oglądanie w dniu premiery od rana (tak, serio; musiałam kiedyś wybrać, a tak na mnie ta data patrzyła z kalendarza…), za drugie już obejrzenie z bratem, z polskimi napisami, za kopnięcie w zadek swojego instynktu "nie zagaduj do obcych ludzi w necie" (zaczepiłam kogoś kto chciał pogadać o wrażeniach i gadamy teraz aż miło). (Jeśli wziąć pod uwagę całokształt, dochodzi czas zmarnowany na doszukiwanie się szczegółów, snucie teorii i, do połowy roku, granie w jedną jedyną grę mobilną w jaką grałam od czasów starego dobrego Snake’a. No i kurde, w czym ja po Pyrkonie łaziłam.)

      Toaru Kagaku no Accelerator – za… dobra, nie patrz na mnie takim wzrokiem, no. D: Wiem, wiem. Ale patrząc po tym moim kryterium – podobała mi się ta scena, w której Accel zrobił ogniste tornado z piasku, zaczęłam szukać gifa, nie znalazłam, stwierdziłam jak z magnesem – nie ma? sama se zrób!, no i zrobiłam. Jakości iście chałupniczej. A sam proces szukania jak to właściwie ugryźć doprowadził do mnie do uświadomienia sobie jak wiele funkcji ma VLC media player, co też wykorzystywałam parę razy potem w ciągu roku, a nawet niedawno w moim korpo. Także ten. Accel pomógł mi w pracy. Kto by pomyślał. Dzięki, stary…?

      Usuń
    2. "Co nikt nie czekał, ja czekałam. :c" - wyskakiwanie z podsumowaniem cały tydzień po rozpoczęciu nowego roku już mało kogo grzeje. Teraz inne tematy i serie są już na topie ^^"

      Nawet jak na ograniczoną liczę rzeczy, które oglądałaś, to i tak wiele z wymienionych rzeczy byłyby moimi drugimi, trzecimi typami - animację Kimetsu pochwaliłam w samej kategorii, soundtrack KazeTsuyo towarzyszy mi przy pisaniu naprzemiennie z Haikyuu i Dr. Stone, a Hantelków nigdy nie odmawiam, jak mi lecą na komórkowej playliście (ogromny szacun do aktora głosowego od Machio, zwykle gra takich skwaszonych typków, a tutaj bije od niego energia i proteiny <3).

      W kwestii pary to się szczerze muszę pokajać, bo Subaru x Haru to faktycznie dobra rzecz. No co, każdy ma jakieś fetysze i słabości, więc skoro niektórzy mogą parować postacie z Beastars, to czemu nie w ten sposób...

      Zaskoczenie z Kimetsu - w ogóle myślę, że samo obecne podejście do shounenów i do głównych bohaterów jest niesamowite. Coraz rzadziej stawia się na jakiegoś radosnego głupka o ogromnej mocy, tylko tworzy się postacie bardziej swojskie: a to inteligentnego licealistę bez żadnej krzepy, a to porządnego, średnio zdolnego chłopaka o bardzo jasno określonym kodeksie moralnym, a to dziewczynę, tak dla zupełnej odmiany.

      Saint Seiya to już dzieli los z takimi Gundamami - może to szacowna marka z dobrymi seriami nawet ostatnimi czasy, ale nikt z nowych widzów nie wdepnie w coś, co nie wiadomo, od której strony ugryźć. A starzy pewnie też już są zmęczeni. Czasami krótka, zamknięta rzecz jest czasem lepsza, bo daje więcej satysfakcji.

      To już zapomniałam, że RobiHachi istniało w tym roku (wiem, było w ankiecie, ale niektóre z nazw kompletnie przepływały mi przez mózg). Ale z podobnych rzeczy wciąż nie dokończyłam Space Dandy, więc może po prostu kosmiczne przygody to nie target dla mnie.

      Wiedziałam, że w tym Internecie znajdzie się jedna osoba, która ucieszy się z mojego wyboru na serię roku (cóż - w końcu wiedziałam, że Ci się podobało już po zimie, to raczej nic się nie miało prawa zmienić) :D A trochę odskakując od tematu - Pyrkon w tym roku jest mocno niepewny, bo moja przyjaciółka będzie rodzić z końcem kwietnia. Wiem, że doskonale poradzi sobie z tym faktem beze mnie, ale Poznań to był nasz wspólny wypad we trójkę, więc czułabym się nie fair. Może wpadnę na sobotę, ale to co najwyżej. A zamiast żelków chętnię przyjmę partonat komentarzowy na kolejny rok - nie musi być w recenzjach, ale liczę na Ciebie w anime ;)
      (kurde, nie wiedziałam, że się nie policzyły... nie wiedziałam, jakie będą pozostałe typy, ale sądziłam, że skoro widzę głos na Saikiego, to wszystko się udało)

      Usuń
    3. A co do Twojej topki - jasne, nie o wszystkich mam jakieś specjalnie wysokie zdanie, ale też nie pałam do nich żadną nienawiścią i wciąż uważam, że spełniły swoje zadanie, skoro zapewniły dobrą rozrywkę. W końcu mowa tu o animowanych serialach robionych pod zdobycie popularności, nie o nagradzanym festiwalowo kinie francuskim. No i to są rzeczy, które uznajesz za najlepsze w 2019, bo je obejrzałaś. Ale kto wie, może będzie też więcej takich Made in Abyssów, na które jak na winko musi przyjść właściwy czas... :3

      Usuń
    4. …jestem zacofana. Kij.

      Co do zamykania Saintów, well, na koniec stycznia kolejny sezon na Netflixie :’) i tworzy się "nowa" manga, tylko nie do końca nowa. Powiedzmy że kontynuacja mniej więcej jak Boruto do Naruto, ino nie że nowe pokolenie, ale… jakaś ciągłość, tyle że odrębny tytuł.
      Także ten. To nie chce umrzeć.

      Patronat komentarzowy przyznaję z wielką przyjemnością. o/ A recenzje ogólnie czytam też, choćby żeby się doinformowywać co gra w tej nie do końca mojej niszy rynku wydawniczego. Ino, no… jednak nie bardzo mam coś do powiedzenia.

      Ale jakby powstała recenzja Hondy, to też obejmę patronatem, bo rzuciłam grosza księgarzowi (portfelem potrząsnęłam) i nabyłam i jak raz będę miała jakieś faktyczne zdanie. :D

      Usuń
    5. Ja bym na recenzję Hondy była bardzo chętna (ha, też mam już swój egzemplarz!), ale Studio nie jest za bardzo chętnie do współpracy z pomniejszymi blogaskami. W to miejsce wolę chyba jednak zatrzepotać rzęsami do Waneko i zdobyć Kimetsu albo Nozakiego .3.

      Usuń