Czy jest na sali lekarz? - recenzja mangi Dr. Stone (tom 1)

Seria Dr. Stone już na dobre zakorzeniła się w świadomości szeroko pojętego fandomu, tym bardziej że dopiero co zakończyła się emisja 24-odcinkowego anime (choć już oficjalnie zapowiedziano kontynuację), które prawdziwym przebojem zdobyło serca wielu widzów. Ale jeśli by się okazało, że dzika grzywa Senku jest komuś zupełnie nieznana i kojarzy się co najwyżej z przejrzałym brokułem... no! To właśnie z tego powodu istnieje poniższa recenzja! Jednocześnie nikogo, kto przez ostatnie miesiące śledził anime, nie powinno raczej dziwić - a jeśli dziwi, to raczej w pozytywnym sensie - że Waneko postanowiło złapać byka za rogi i zająć się wydaniem mangowego oryginału już teraz, jeszcze zanim żałoba po pierwszym sezonie bajki zdołała się na dobre rozpocząć. Ale cóż. Dr. Stone jest obecnie jednym z flagowych okrętów Shounen Jumpa tuż obok nieśmiertelnego One Piece'a, jak również Boku no Hero Academia, Kimetsu no Yaiba, Haikyuu!! czy The Promised Neverland. To towarzystwo to prawdziwa loża VIPowska shounenowego biznesu, dlatego tym goręcej witam Doktora Kamyczka z należnymi mu honorami i sprawdzam, czy nasze polskie wydanie zdołało sprostać gustom domorosłym mango-chemikom...


Tytuł: Dr. Stone
Tytuł oryginalny: Dr. Stone
Autor: Richiro Inagaki (scenariusz), Boichi (rysunki)
Ilość tomów: 12+
Gatunek: akcja, przygodowe, komedia, dramat, sci-fi, shounen
Wydawnictwo: Waneko
Format: 175 x 125 mm (standardowy)


Piękna, konsumpcjonistyczna, wysoko rozwinięta (ale tak bez przesady) współczesność. Świat, w którym wszystko dzieje się swoim niespiesznym, wytyczonym przez setki lat ewolucji torem - zmęczeni życiem ludzie codziennie chodzą do pracy w korpo, starsze panie siedzą w oknach i śledzą przez lornetki poczynania sąsiadów, a japońscy licealiści dalej mają ogromne problemy, żeby wydukać wyznanie miłosne swoim przyjaciółkom z dzieciństwa. Poczynaniom Taiju, nieśmiałego mięśniaka o gołębim sercu, przygląda się z pięterka liceum jego genialny, utalentowany naukowo przyjaciel, Senku. I chociaż jest on pewny na miliard procent, że kumpel dostanie pozytywną odpowiedź od panny Yuzurihy, to coś kompletnie niespodziewanego przerywa tę całą romantyczną scenę. Nagle na horyzoncie rozbłyska dziwne, intensywne światło, które w kilka sekund dociera do szkoły Taiju i Senku jako fala uderzeniowa, powodując, że wszyscy ludzie po drodze zamieniają się w kamienne posągi! Chaos ogarnia cały świat: samoloty spadają, elektrownie wybuchają, rzeki występują z koryt, zdezorientowane czworonogi piszczą, nie wiedząc, co się dzieje z ich pańciami... I w takim oto stanie mija prawie 3700 lat, aż wreszcie z kamiennego snu budzi się Taiju, który odkrywa, że ktoś już na niego czeka w tym mocno pierwotnym, nowym-starym świecie.

Przyzwyczajcie się do projektów postaci, bo ten oto człowiek-rzeżucha będzie miał istotny wpływ na odbudowę całej ludzkości!

Uważam, że w tej serii znajduje się absolutnie wszystko, czego potrzeba do stworzenia shounenowego hitu na wiele setek rozdziałów - zaprzęgnięto do pracy mega utalentowanego, uznanego rysownika, za scenariusz odpowiada człowiek, który ma już na koncie jeden niesamowity hit (słyszeliście może o Eyeshield 21? taka tam stara manga o futbolu amerykańskim, którą przez 37 tomów rysował Murata od One Punch Mana...), za to fabuła... no, tego ostatniego nie da się ogarnąć w zaledwie kilku prostych słowach. To dziwny, niesamowity i wciągający miks post-apokaliptycznego świata, nietuzinkowych bohaterów, komediowej atmosfery i zaskakujących zwrotów akcji, związanych z odkrywaniem najważniejszych wynalazków ludzkości zupełnie od nowa. Zwykle jeśli ktoś nie lubi nauk ścisłych, to podchodzi do nich jak pies do jeża, ale Dr. Stone potrafił zmienić chemię i fizykę w niezwykły ciąg mega interesujących przygód. To taki Robinson Crusoe, tylko w znacznie przystępniejszej dla nastolatków (i nie tylko) formie, który korzysta z naukowych trików, żeby wzbogacić historię, a nie żeby na siłę wepchnąć ludziom wiedzę do głowy. Jeśli ktoś poczuje się zainspirowany, aby poczytać o czymś więcej - ekstra! Ale to wcale nie jest konieczne, żeby czerpać masę radochy z tego, co się dzieje na kartach mangi.

Fiu-fiuu... a to ci dopiero epoka kamienia rzeźbionego...

W porównaniu z typowymi shounenami, w których protagonista jest dobrodusznym idiotą o żołądku bez dna, w Dr. Stone mamy do czynienia z kompletnie przeciwległym krańcem skali. Senku jest piekielnie inteligentnym, ale też mocno cynicznym i rzucającym uszczypliwe uwagi człowiekiem, jednak zupełnie nie przeszkadza to drugiemu z głównych bohaterów, Taiju, który wypełnia niszę przygotowaną dla miłego, silnego, niespecjalnie rozgarniętego głuptasa. Ale że w post-apokaliptycznym świecie klepanie się na piąchy byłoby raczej nudnym motywem (no ba...), dlatego to na barkach Senku spoczywa ciężar popychania fabuły do przodu - w końcu tylko on jeden ogarnia, jak wytworzyć mydło z niczego, jak zbudować wygodną, bezpieczną lepiankę albo jak z nietoperzowych kup oraz taniego winiacza zrobić odtrutkę na skamienienie ludzi. I tak od wynalazku do wynalazku i od odkrycia do odkrycia, śledzimy rozwój pierwszych ludzi przebudzonych w Japonii, w której ze świecą można szukać jakichkolwiek pozostałości minionej technologii. Póki co zagadka tego, co właściwie spowodowało tak ogromną kamienną katastrofę, zostaje odłożona na dalszą przyszłośc, ponieważ najpierw bohaterowie muszą popracować nad modelem przeżycia - bo i co z tego, że są już w stanie zadbać o swoje podstawowe potrzeby, kiedy splot kilku niefortunnych przypadków sprowadza na nich znacznie większe niebezpieczeństwo niż zimno czy trujące grzybki...

Coś Pimpusiowi zaszkodziła ta ostatnia karma.

Trzeba postawić sprawę jasno - kreska Boichiego wygląda specyficznie. Nastawiona jest na quasi-realizm, ponieważ do tej pory mangaka ciupał wyłącznie przepełnione testosteronem seineny (Sun-ken Rock, wydany w Polsce Hotel, jakieś spin-offy czy one-shoty do Ghost in the Shell, Triguna, Terra Formars itp.) i po raz pierwszy otrzymał szansę robienia młodzieżowej serii wydawanej co tydzień w Shounen Jumpie. Antygrawitacyjne fryzury - i to w czasach, kiedy kosmetyki do pielęgnacji włosów nie istnieją - przypominają trochę te znane z Shiki, a bohaterowie wyglądają tak, że czasami trzeba się poważnie zastanowić, czy na serio mają po te 16 lat, czy może jednak ze dwa razy tyle. I o ile niektóre kadry z pierwszego rozdziału wydawały się jeszcze wątpliwej jakości, jakby rysownik sam nie wiedział, co on robi tu (uuu, co ty tutaj robisz~), to wraz z postępem akcji wszystkie puzzle zaczynają stopniowo wskakiwać na swoje miejsce. Boichi wreszcie zaczyna rozumieć komediowy feel serii, a kreska i projekty postaci wpasowują się do tego nieokrzesanego, mocno zarośniętego świata. Twarze z pociągłych stają się odrobinę bardziej obłe, natomiast proporcje zaczynają wskazywać, że to mimo wszystko bohaterami są całkiem młodzi, zabawni ludzie. Dodatkowo (jak widać na załączonych obrazkach) postacie zaczynają coraz częściej strzelać śmieszne miny, co raz, że łatwiej działa na czytelnika, a dwa - sceny szczerej powagi wybrzmiewają wtedy miliard razy lepiej.

Senku, tam pal sześć te gołe pośladki - ale patrz, że się zgodzili na męskie sutki w shounenie!

Czas na słów kilka w temacie wydania. Prezentuje się ono naprawdę spoko - jako że jest to shounen z najpopularniejszego magazynu w Japonii, dlatego nie dziwię się, że zdecydowano się u nas na standardowy format, bo pierun wie, ile to będzie mieć jeszcze części (choć trzeba oddać, że kreska jest mega szczegółowa i pełna detali). Typowe jest również to, że nie ma tu żadnych kolorowych stron, a pod obwolutą nie kryje się nic interesującego. Ciekawy jest za to fakt, że wraz z postępem numeracji na okładkach będzie się pojawiać coraz mniej kamiennego rastru i choć teraz logo serii wydaje się całkowicie nieczytelne, to stanie się takie za kilka tomów. Tłumaczenie posiada również kilka drobnych smaczków. Na oczywisty plus zasługuje naukowa nomenklatura - niby siedzę w tym "biznesie" od dobrej dekady, ale po raz pierwszy dowiedziałam się o istnieniu nitalu. Z innej strony intrygującym zabiegiem okazało się to, że Taiju posiada swój własny font. No, może prawie własny, bo jest on również wykorzystywany w sytuacjach, gdy inne postacie krzyczą, ale i tak warto zwrócić uwagę, jak dobrze koresponduje to z tym, co można było usłyszeć w anime (i rzeczywiście, Taiju cały czas jedzie na wyższym biegu głośności). No i standardowa ostatnio pochwała odnośnie onomatopei. Do tej pory wyrazy dźwiękonaśladowcze idealnie wpasowane w kadry wydawały się domeną JPF-u, ale Waneko też odwala kawał solidnej roboty - warto spojrzeć choćby na kadr, kiedy Tsukasa daje w pysk lwowi. Niby prosta rzecz, ale od razu świetnie uczytelnia kadr.

To skoro już rozgrzebaliśmy ten temat, to może wrócimy do koncepcji, że Kopernik była kobietą...?

Warto jednak mieć na uwadze, że ten pierwszy - i drugi w sumie też - tom to tylko taki wstęp do czegoś odrobinę większego, a jeśli widzieliście jakieś kadry z anime bądź okładki dalszych tomów, to możecie być spokojni, że w przyszłości pojawi się znacznie więcej postaci niż tylko te cztery na krzyż. Wtedy też fabuła nabierze swoich właściwych kształtów i zacznie dążyć do konkretnych celów, które teraz wydają się dość mało spektakularne (ożyw postać A, ożyw postać B, złap rybkę, ogól się, pozbieraj muszelki na plaży, takie tam różne kolorowe). Wiem, wiem, to brzmi jak typowe tłumaczenie "przebrnij przez te dwadzieścia tomów i wtedy na pewno ci się spodoba", ale tu nie jest aż tak źle. Jeśli klimat pierwszego tomu wam podejdzie, to całym sercem zapewniam, że dalej zrobi się jeszcze przyjemniej i zabawniej. Dlatego ogromnie zachęcam do wypróbowania Dr. Stone i daję mu swoją pieczątkę pracującego w zawodzie chemika.

Szach-mat, buddyści!

Za udostępnienie mangi serdecznie dziękuję wydawnictwu Waneko.

PS. Koniecznie sprawdźcie też mangę w połączeniu z soundtrackiem z anime! Jest naprawdę fpytkę!
Soundtrack Dr. Stone do posłuchania na Spotify

Publikowanie komentarza

6 Komentarze

  1. Przekartkowałam ten tytuł w sklepie i muszę przyznać, że całkiem spodobała mi się ta specyficzna kreska! Co prawda pewnie nie dam już rady zacząć zbierać nowej długiej serii, ale może kiedyś uda mi się przeczytać. :D
    No i sutki, to jest atut, nie da się zaprzeczyć! XD
    Wesołych świąt!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ostatnio oglądałam filmik na YT animatora, który zachwycał się kreską Boichiego na przykładzie kadrów z Dr. Stone i Sun-Ken Rock i rany... ten człowiek to drugi Murata albo męska wersja Kaoru Mori, która nie szczędzi kresek na detale. Więc pomijając słabość do dziwnych fryzur, to manga jest robiona na bogato :) I rozumiem problemy zakupowe - długie shouneny to niestety śmierć dla portfela (powiedział regularny klient kupujący One Piece'a)

      Na nieszczęście ludzkość szybko opanowała zdolność wytwarzania ubrań ze skór, więc kilka par sutków jeszcze wiosny całkowitej nie uczyniło ;___;

      Praktycznie każdą wolną chwilę zjadają mi przygotowania podsumowań i pierwszych wrażeń, ale na szczęście mogę jeszcze życzyć udanych Trzech Króli! :D

      Usuń
    2. No, przepiękne są te kadry, coś jest w tym porównaniu do Muraty... Lubię takie kreski, które są na tyle specyficzne, że po jednym kadrze wiadomo, co to za manga, nawet jeśli byłby na niej jakiś pięcioplanowy gremlin, a nie główny bohater. :D
      O rany, za OP to szanuję! Nie wytrwałabym! XD
      Aj tam, ale zawsze! Może dożyję czasów, kiedy autorzy mang przestaną tak bardzo bać się sutków. Szczególnie, kiedy rysują ecchi. To dla mnie tak bardzo nie ma sensu. XD Albo pokazujemy cyca z sutkiem, albo nie pokazujemy nic, no szanujmy się.
      ... zapomniałam, że tak dawno skomentowałam ten wpis. Ale dziękuję, prawie trzy miesiące później! XD <3 No i weny życzę, bo pod recenzją Switched zapomniałam (starość, nie radość, przepraszam za to). Żeby utrzymała się jak najdłużej, bo tak lecisz z tymi recenzjami, że chapeau bas!

      Usuń
    3. Dr. Stone to jeszcze Dr. Stone, tu trzeba produkować rozdziały co tydzień, więc Boichi musi stosować jakieś uproszczenia, ale ten Sun-Ken Rock... Wow. Każdy mięsień jest rysowany z ogromną miłością. Kosmyki sterczących włosów tak samo XD
      OP czytam też na bieżąco w skanach, ale na tyle kocham to uniwersum, że zbieranie traktuję jako formę finansowego odwdzięczenia się za ciężką pracę autora. Natomiast jestem milion tomów do tyłu z czytaniem polskiego wydania ^^"
      Ostatnio zaczęłam czytać Dorohedoro, bo sezon anime chyli się ku końcowi i jakież było moje zaskoczenie, kiedy tam ujrzałam dostatek sutków (głównie kobiecych i pokazywanych z uzasadnionych sytuacjach). A rysuje ją kobieta! Najwyraźniej babki mają w tym względzie więcej jaj... albo seineny nie mają takich srogich restrykcji.
      Pojawia się tyle ciekawych mang do obadania, że musiałam spiąć pośladki i wypracować systematyczność w robieniu recenzji. Na szczęście nie jest to strasznie wymagające. Czytam do podusi, a pisaniu poświęcam pewnie ze 2-3 godziny tygodniowo przy fajnej muzyce :D

      Dziękuję za wszystko i ściskam bezwirusowo 🤗

      Usuń
  2. Jej, już nawet nie liczę z ilu stron się czuję szturchana żeby w końcu Kamienia ogarnąć… serio, już nawet zapowiedzi wydawnicze. Trafiłam ostatnio na tytuł "Jak wynaleźć wszystko. Cała wiedza ludzkości w jednej książce!" i już takie "DOBRA, ŁAPIĘ, OBEJRZĘ!".

    …kiedyś. *kaszl*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No wiesz, skoro dałaś radę obejrzeć całego Magmela, to Dr. Stone'a powinnaś wciągnąć tym chętniej. A że na Made in Abyss przyszła właściwa pora, to jestem pełna optymizmu, że za te dwa-trzy lata przyjdzie też odpowiednia pora (albo słaby sezon) na nadrobienie przygód Senku 😉

      Usuń