A kto się czubi, ten się bardzo, baaardzo lubi - recenzja mangi Therapy Game (jednotomówka)

Intrygująca, chwytająca za serce fabuła to już (ważniejsza) połowa sukcesu każdej obyczajowej mangi - w tym również yaoi - ale żeby trafić na dobry tytuł BL, który nie tylko zapewnia wiaderko feelsów, ale potrafi jeszcze zaskoczyć ładną, szczegółową kreską? Hohooo. Wydawałoby się, że to istny Święty Graal tego biznesu... jednak prawda jest taka, że coraz więcej autorek wspina się na wyżyny swoich możliwości i tam, gdzie dawniej obawiano się dłoni wielkich jak łopaty oraz podbródków tak spiczastych, że nic, tylko piec na nich szaszłyki, teraz pojawiają się rzeczy tak urocze i dopracowane, że zawstydzają wszystkie wypuszczane na polskim rynku shoujo razem wzięte. Nie inaczej jest z panią Meguru Hinoharą, którą mogliśmy już poznać przy okazji wydanego u nas w maju 2018 roku Secret XXX. Tamta jednotomówka opowiadała o związku Mito, właściciela sklepu z królikami, oraz zatrudnionego do pomocy Shouheia, który na owe króliki miał alergię, mimo że strasznie go do nich ciągnęło. Tytuł okazał się sympatyczną i bardzo ładną komedyjką (oraz miał fajny wątek z mamą Shouheia), ale w założeniu miała wyjątkowo prostą, raczej mało zapadającą w pamięć historię. Później okazało się jednak, że komiks ten stanowił zaledwie preludium do mierzącego nieco wyżej spin-offa o braciach wyżej wymienionej dwójki...


Tytuł: Therapy Game
Tytuł oryginalny: Therapy Game
Autor: Meguru Hinohara
Ilość tomów: 1 (z serii Jednotomówek Waneko, wydanie 2w1)
Gatunek: yaoi, romans, dramat, okruchy życia
Wydawnictwo: Waneko
Format: 195 x 135 mm (powiększony)


Minato - lubujący się w facetach przystojniak, który pasjonuje się fotografowaniem - ma doszczętnie złamane serce, dlatego pewnego dnia postanawia pójść do zaprzyjaźnionego baru i tam zatopić smutki w alkoholu... Co? Myślicie, że to z powodu nieszczęśliwej miłości albo dramatycznego w skutkach zerwania z byłym? A gdzie tam! Jego uczucia na szwank wystawił starszy brat, na punkcie którego Minato ma zdrowego, rodzinnego hopla. Niemniej jednak zranione uczucia to wciąż zranione uczucia, o czym zdaje się też wiedzieć Shizuma, upity w trzy dupy "heteryk", z którym Minato rozpoczyna luźną, niezobowiązującą pogawędkę. Shizuma bez większych hamulców żali się, że on również zaliczył bolesne rozstanie - tyle że ze swoją dziewczyną - a nadmiar uczuć zaczyna okazywać Minato, którego głaska, chwali i opisuje jako wspaniałego brata. I tak od słowa do słowa, a potem od gestu do gestu Minato mięknie, aż wreszcie obaj panowie kończą w łóżku, nadzy i spragnieni towarzystwa drugiej osoby... gorzej, że rzeczywistość o poranku jest już o wiele mniej romantyczna, a Shizuma nie tylko niczego nie pamięta, ale też stanowczo zaprzecza, jakoby miał pójść w tango z facetem. Minato poprzysięga więc zemstę, która będzie smakować jak boleśnie złamane serce rozkochanego na zabój heteryka.

I, oczywiście, nic nie idzie zgodnie z założonym planem.

Patrzy człowiek na okładkę i myśli sobie "oho, pewnie będą tu srogie harce w stylu BDSM", a to tylko dwójka pluszowych misiaków szuka odrobiny czułości.

Nie zaprzeczam, że konstrukcja yaoi jest często taka sama - chłopcy się poznają, co najmniej jeden z nich ma jakiś problem na tle własnej/cudzej orientacji, problem się rozwiązuje i jest supcio. Ale to tak, jakby narzekać na to, że w shounenach trzeba walczyć ze złodupcami albo że w shoujo między nastolatkami w bólach rozkwita miłość. No taka już jest tego uroda. I jasne, można kręcić na to nosem, jasne, każdy ma prawo oczekiwać czegoś oryginalnego, natomiast najlepiej po prostu przeskoczyć nad pewnymi ogólnymi szablonami i skupić się na tym, jak dany autor bądź autorka poradził sobie z wyegzekwowaniem szczegółów ciekawej fabuły. I muszę przyznać, że z jakiegoś powodu Therapy Game mocno ze mną zarezonowało. Nie spodziewałam się, że dzieciństwo Minato okaże się aż tak mroczne, a sytuacja z jego matką... no ja się chłopakowi nie dziwię, że będąc do niej podobnym z wyglądu i częściowo z charakteru od zawsze miał wątpliwości, czy w ogóle nadaje się do bycia w jakimkolwiek trwałym związku. Z drugiej strony wcale nie jest taki całkowicie święty i zarówno on, jak i Shizuma mocno dali ciała (w przenośni oraz dosłownie) w trakcie poranka po pierwszej wspólnie spędzonej nocy. Oczywiście nic dziwnego, że Minato wkurzył się na Shizumę, skoro ten totalnie nic nie pamiętał, a Shizuma miał prawo zdenerwować się na Minato, kiedy ten chciał go sprowadzić do roli seks-zabawki, ale widać, że nieporozumienie było głównie kwestią dumy każdego z nich i niemożności wzięcia na klatę konsekwencji pijackich/emocjonalnych działań.

Mrrrau, te seksowne kociaki... znaczy się - oceloty też!

Podoba mi się kwestia tego, jak ostatecznie rozwiązano cały problem pod tytułem "Ojej! Zakochałem się w hetero! Czemu ja sobie to robię!". Patrząc na to, jakich Minato ma znajomych gejów (nie wszystkich, ale ci z klubu to już niezła próbka wzorcowa), wcale mu się nie dziwię, że poczuł konkretną miętę dopiero do szlachetnego, dbającego nawet o byłą dziewczynę heteryka-Shizumy. Jakby... no nie obrażając nikogo i w ogóle to tylko manga, ale skoro do tej pory Minato traktował swoją orientację jako dziwną wymówkę do tego, aby być w przelotnych związkach, to dopiero osoba, która w ogóle nie myślała w tych samych kategoriach i która bardziej ceniła sobie sferę uczuciową, była w stanie stworzyć dla niego prawdziwy dom. Ba, sam Minato też zakochał się w Shizumie "od pierwszego pogłaskania", bo to właśnie tego mu głównie w życiu brakowało odkąd musiał przestać polegać na starszym bracie - tej odrobiny uwagi oraz słów, że jest dobrym człowiekiem (a nie seksi dupą czy cokolwiek). A i Shizuma zdołał wyjść z tego całego ambarasu z niesamowitą klasą, bo choć w pierwszej chwili był ostro zdziwiony, że poszedł do łóżka z facetem, to potem ani razu nie dał odczuć, że ta kwestia jakkolwiek go zajmuje. Ważna staje się dla niego osoba, jej charakter i co względem niej czuje, a nie to, co dokładnie ma między nogami.

No! I nawet z pyska taki podobny!

Choć już w Secret XXX poznaliśmy kilka ważnych postaci z drugiego planu, które są bardzo aktywne również tutaj, to dopiero w Therapy Game poczułam, że świat stanowi pełną całość. Postacie nie pojawiają się tylko w jednym rozdziale, a potem są zapominane na amen, tylko aktywnie uczestniczą w wydarzeniach wokół dwójki głównych bohaterów. Uwielbiam szczególnie design i charakter właścicielki baru, w którym Shizuma i Minato się poznali - wie znacznie więcej niż normalnie daje po sobie poznać, ale potrafi też pokazać pazur, kiedy trzeba kogoś ochrzanić i szybko postawić do pionu. Ostatecznie polubiłam też Yukę, która początkowo wydawała mi się tylko uroczą, ale wciąż mocno suchą biczą, która sama nie wie, czego chce i łatwo daje się zauroczyć, ale zaimponowała mi, kiedy trzeba było wziąć byka za rogi... czy raczej trzeba było wziąć cielaka za kopyta i pomagać przy krowim porodzie (taki tam mini-spoilerek). I w ogóle te wszystkie występy i wydarzenia wydawały się znacznie bardziej naturalne i wynikające jedne z drugich niż w wyraźnie epizodycznym Secret XXX. Pewnie dlatego spin-off tak szybko mnie wciągnął, bo i wymagał znacznie większych pokładów mojej uwagi.

"Pogromca cnoty heteryków" będzie brzmieć od dzisiaj tak jakoś bardziej złowieszczo...

Najpiękniejsze jednak w Therapy Game jest to, że... WSZYSTKIE SIURKI SĄ CAŁKOWICIE NIEOCENZUROWANE, JEEE! Przepraszam, wiem, nie mam za grosz godności. Ale nic nie poradzę na to, że cieszę się, kiedy przepiękne rysunki są prezentowane z całym dobrem posiadanego inwentarza. No a skoro sięgam po yaoi, to często również z tego względu, żeby dostać soczyste treści dla dorosłych, więc tym bardziej nie zamierzam płakać, kiedy wszystko widać i gra lambada. Jestem też pieruńsko słaba na motyw, kiedy podczas scen seksu postacie nie płaczą i nie mówią "nie", tylko komunikują, kiedy jest im dobrze, a kiedy mówią "czekaj", to druga strona czeka albo pyta, czy boli. Takie... kurde! Przecież tak powinno być zawsze! Szacunek i odpowiedzialność rulez! A jak bohaterowie są szczęśliwi, to i ja, czytelniczka, jestem wniebowzięta! No! Więc pod tym względem, jak również pod względem graficznym - czy to przy tworzeniu pikantnych scen, czy tych całkiem romantycznych i niewinnych - pani Hinohara wykonała kawał genialnej roboty. Nie mam też nic do zarzucenia ani jakości druku, ani tłumaczeniu, szczególnie że to drugie jest zrobione z prawdziwym polotem. Naprawdę, aż popłakałam się ze śmiechu na tekście "załóż gumę na instrument" (dlatego polecam śledzić nawet małe dopiski poza dymkami, bo to kopalnia celnych puent).

Bo jak robić onomatopeję, to od razu z przytupem i efektem WOW!

Wszystkie te zalety złożyły się na to, że Therapy Game całkiem nieoczekiwanie stało się jednym z moich ulubionych yaoi na polskim rynku w ogóle (tak, ogłaszam to wszem i wobec - póki co to solidne top5!). Ogromnie podoba mi się dynamika działająca między Minato a Shizumą. Obaj chłopcy są dominujący w bardzo zbalansowany sposób i każdy z nich dobrze wie, dlaczego pokochał tego drugiego - Shizuma już od pierwszych rozdziałów potrafił odnaleźć w Minato wiele drobnych, fajnych cech (wreszcie ktoś, kto faktycznie wyciąga słuszne wnioski na podstawie wspólnie spędzonego czasu, a nie wróży z fusów), natomiast Minato pragnął związać się z osobą, która będzie niewzruszona wobec jego chwilowych schiz i która się o niego po cichu zatroszczy. Sprawia to, że ich późniejsze rozważania o starości... awww, to było absolutnie przesłodkie. Uważam też, że podstawą dobrego romansu są przede wszystkim sympatyczne, wyraziste postacie, z którymi widz bądź czytelnik złapie właściwy kontakt, dlatego myślę, że ta przekochana dwójka z Therapy Game ma wyjątkowo spore szanse, żeby trafić w gusta wielu fanów i fanek yaoi, którzy są spragnieni miłej, pozytywnej, leczącej kokoro historii.

Minato: A żeby ci i wszystkie włosy z głowy też wyszły...!

Za udostępnienie mangi serdecznie dziękuję wydawnictwu Waneko.

Publikowanie komentarza

0 Komentarze