Zima nadchodzi - recenzja mangi Opowieści o Białej Księżniczce (jednotomówka)

Kontynuując trend nazywania notek od haseł związanych z Grą o tron, tym razem skupiłam się na klimatach dość mocno związanych z rodem Starków i daleką, mroźną północą... tyle że w wydaniu japońskim, rzecz jasna. Choć w serii Jednotomówek Waneko można natrafić na rozmaite pozycje z całego przekroju gatunkowego i autorowego, to jednak nie spodziewałam się, że kiedyś w ten liczny poczet (bo obejmujący aż czterdzieści cztery pozycje, a mówimy tu tylko o połowie listopada 2019) trafi również praca grupy CLAMP. Na dodatek tak specyficzna - nie jest bowiem powiązana z resztą tworzonego wokół Tsubasa –Reservoir Chronicle– oraz xxxHolic uniwersum, ale stanowi samodzielny twór, będący zbiorem czterech krótkich, poważnych historii, przypominających typowe legendy o youkai. Właśnie dlatego zaciekawiona, czy i w takiej zwartej formie autorki potrafiły się odnaleźć, postanowiłam sięgnąć po tomik już teraz, mimo że za oknem wciąż króluje polska, złota jesień.


Tytuł: Opowieści o Białej Księżniczce
Tytuł oryginalny: Shirahime Syo
Autor: CLAMP
Ilość tomów: 1 (z serii Jednotomówek Waneko)
Gatunek: seinen, dramat, psychologiczny, fantasy, supernatural, romans
Wydawnictwo: Waneko
Format: 195 x 135 mm (powiększony)


Gdy na zewnątrz pada gęsty śnieg, to znak, że Biała Księżniczka płacze - tak głoszą stare podania, które ludzie w czasach feudalnej Japonii przekazują sobie z ust do ust. I trzeba przyznać, że ma ona nad czym rozpaczać. Raz bowiem mordercza zamieć owiewa młodą dziewczynę, która pragnie zemścić się na krwiożerczym wilku za to, że bestia zabiła jej ojca. Innym razem śnieg towarzyszy parze, kiedy on składa przysięgę, że choć musi ruszyć w drogę, to kiedyś powróci w rodzime strony, a ona postanawia czekać, mimo że wie, że już nigdy nie zdoła go ponownie zobaczyć. Jeszcze kiedy indziej na zaśnieżonej górze gubi się młody wojownik pragnący za wszelką cenę odnaleźć drogę do swojej ukochanej. Wszystkie te historie łączy jednak ludzka tragedia oraz wszechobecna biel zmarzniętych łez Księżniczki...

Bo szlachetnej piękności nigdy za wiele.

Arrrgh! Naprawdę ciężko jest mi pisać cokolwiek o bohaterach czy o konstrukcji zastosowanych zwrotów akcji, bo boję się, że zaspoiluję fabułę którejś z opowieści. Najgorsze jest jednak to, że sporo w tym względzie zdradza skąpy opis z tyłu tomiku, który wieszczy, że historie są tragiczne. I faktycznie, panie z CLAMPa nie pożałowały czytelnikom feelsów, normalnie powinni ten tomik sprzedawać w pakiecie z paczką chusteczek... choć może przy tej długości wystarczyłoby tylko pół... jakkolwiek chętnie poprawiłabym opis i zastrzegła, że na cztery rozdziały tylko trzy faktycznie podpadają pod to smutne kryterium. Czwarta historia jest bowiem zbyt krótka, aby uronić przy niej konkretną łezkę (ufff! przynajmniej tyle!) i stanowi specyficzny miks prologu połączonego z epilogiem. Mimo to klimat wszystkich opowieści podchodzi mocno pod nasze europejskie baśnie. Są w nich zaszyfrowane nieoczywiste morały i - na przekór standardom ustanowionym przez Disney'a - finał rzadko kiedy bywa szczęśliwy. Normalnie jak w takiej Dziewczynce z zapałkami w wydaniu azjatyckim (nawet pogoda się zgadza). Mimo to trafiła się i taka historia, w której gorycz miesza się z odrobiną słodyczy... jednak o którą mi chodzi, to już musicie sprawdzić sami.

Niby trochę oszukane te kolorowe strony, ale czuję się miło oszukana.

Rysunki, za które odpowiada doskonale znana już czytelnikom w Polsce grupa CLAMP (Magic Knight Rayearth, Card Captor Sakura, Kobato, Chobits, X, Wish... można tak bez końca...) przypominają w tej mandze japońskie ryciny. Są mocno szkicowe i pozbawione jakichkolwiek rastrów - występuje tu jedynie biel, czerń i okazjonalnie lekka szarość dla zaznaczenia cieniowania. Tła również wypadają oszczędnie (w końcu motywem przewodnim jest śnieg uosabiany przez tytułową Białą Księżniczkę), natomiast sama kreska ma różną grubość i chwilami przypomina bardziej pociągnięcia pędzlem niż po prostu piórko. Połączenie tej stylistyki z wąskimi sylwetkami i długimi włosami, które panie z CLAMPa tak uwielbiają, okazało się jednak prawdziwym strzałem w dziesiątkę. Byłabym nawet w stanie uwierzyć, że takie rysunki mogły powstać całe wieki temu, a nie zaledwie w 1992 roku. Dodatkowo w polskiej wersji postarano się o ładne, pasujące do stylistyki onomatopeje wyglądające niczym ręcznie robione kaligrafie.

O strusiach to słyszałam, ale o wilkach-pędziwiatrach jeszcze to nigdy.

Tomik jest naprawdę cienki - ma nieco ponad 130 stron, jednak powiększone wydanie, osiem kolorowych stron, sztywna obwoluta wykonana z papieru przypominającego krzyżówkę płótna z kartonem oraz (jeśli ktoś zdecydował się na zakup prosto ze sklepiku wydawnictwa) piękna pocztówka dodają mandze szlachetności i rekompensują jej skromną objętość. Druk jest wyraźny, czysty i pozbawiony łupieżu, natomiast tłumaczenie wypada zwyczajnie dobrze - co prawda tekstu nie ma jakoś specjalnie dużo, ale i tak postarano się o odpowiednią stylizację mowy oraz o użycie fontu współgrającego z całym światem przedstawionym.

Smutne oczy, piękne oczy, smutne usta bez uśmiechu~

To bardzo prosta i na swój sposób skromna manga, ale jednocześnie niepozbawiona melancholijnego piękna typowego dla autorek z CLAMPa. Z pewnością przypadnie do gustu tym, którzy szukają w komiksach odrobiny sztuki i możliwości porozmyślania nad ludzkim życiem, kruchym i ulotnym niczym płatki śniegu. Powinna też doskonale pasować do zbliżającej się wielkimi krokami zimy i do wieczorów, kiedy za naszymi polskimi, całkowicie współczesnymi oknami będzie szalała niezła zadymka. Może właśnie wtedy na myśl przyjdzie wam Biała Księżniczka i jej łzy ronione nad naszymi nieporadnymi drogowcami, których pogoda znów bez reszty zaskoczy? Oby co najwyżej w wolny od obowiązków weekend...

Za udostępnienie mangi serdecznie dziękuję wydawnictwu Waneko.  

Publikowanie komentarza

0 Komentarze