Nosił sadysta razy kilka... - recenzja mangi Wilczyca i czarny książę (tomy 7-10)

Kiedy wydawało się, że szkolne romansidła niczym mnie już nie zaskoczą i że powinnam dać sobie z nimi spokój, bo za stara jestem na śledzenie nastoletnich dram o to "kto na kogo spojrzał, a kto na kogo nie", okazało się, że coś się powoli na rynku zmienia. Coraz więcej współczesnych tytułów zaczęło nadążać za bieżącymi trendami i jeśli nie stawiają bardziej na humor (jak choćby Horimiya), to chociaż posiłkują się atrakcyjnymi dla nastolatków tematami obyczajowymi, nie ograniczając się wyłącznie do nieporozumień, niekończących się rozterek sercowych i szkolnych eventów (o, i tu pasuje m.in. ReLIFE). Wilczyca i czarny książę również się do tego zasłużonego grona zalicza. Oczywiście sporo krzywdy wyrządził serii sam jej początek oraz to, że Ayuko Hatta postanowiła zrobić z głównego bohatera skrajnie antypatycznego dupka, jednak trzeba oddać autorce sprawiedliwość, że zdołała się szybko opamiętać i skręciła z fabułą w takie rejony realizmu i zdrowego podejścia do tematu związków, że w życiu nie posądziłabym o to shoujo. Ale po dziesiątym tomie z całą pewnością nie można tu mówić o byle shoujo. No bo kto by się spodziewał, że ta manga stanie się zakamuflowaną opcją joseiową...


Tytuł: Wilczyca i czarny książę
Tytuł oryginalny: Ookami Shoujo to Kuro Ouji
Autor: Ayuko Hatta
Ilość tomów: 16
Gatunek: humor, dramat, romans, szkolne życie, shoujo
Wydawnictwo: Waneko
Format: 115 ×176 mm


Po spotkaniu Eriki z mamą oraz siostrą Kyouyi przychodzi czas na powrót na stare, szkolne śmiecie oraz - rzecz to absolutnie nieodłączna w takich seriach - na organizację festiwalu kulturowego. Epicentrum nowego zamieszania nie będzie jednak nasza standardowa para gołąbeczków, ale z dawna niewidziany Kusakabe. Chłopak wziął sobie do serca rady Eriki, żeby zawsze iść przed siebie z uniesioną głową (oraz odgarniętą grzywką), dzięki czemu udało mu się zyskać sympatię wielu kolegów i koleżanek z klasy. Zdołał nawet ponownie się zakochać, a osobą, która tym razem wdarła się do jego niewinnego serduszka, jest miła, urocza Edano, z którą Kusakabe zajmuje się organizacją festiwalowej budki z naleśnikami. Chłopak woli jednak ukrywać swoje prawdziwe uczucia, bo wystarcza mu to, że dogadują się dobrze jako przyjaciele. W końcu po co ma cokolwiek mówić, skoro wie, że w zamian czekałby na niego tylko kolejny zawód miłosny? Jak można się jednak spodziewać, taki stan rzeczy nie będzie trwać wiecznie. Przy okazji przypadkowego spotkania na zakupach Kyouya wbija Kusakabe szpilę, że ten idzie zwyczajnie na łatwiznę, skoro taka sytuacja mu odpowiada, szczególnie, że krążąca w kuluarach plotka głosi, że na festiwalu ma się również pojawić były chłopak Edano. Jak to więc mówią - wóz albo przewóz. A może raz na wozie, raz pod wozem...?

W seksownym szeregu zbiórka!

No dobra, wstępniaczek dotyczący zarysu fabuły już za nami, więc czas najwyższy przejść do mięska właściwego. Tym razem daruję sobie typowe rozwodzenie się nad kreską, tłumaczeniem czy wydaniem, bo o tym mogliście już poczytać w recenzji tomów 1-6 (i nie, nic się w tej kwestii specjalnie nie zmieniło). Wolałabym w zamian skupić się na samej historii, na tym, jakież to nowe, miłe zaskoczenia przyniosła lektura tomów 7-10 oraz wyjaśnieniu, co dokładnie sprawiło, że w moich oczach Wilczyca i czarny książę wyróżnia się na tle innych wydanych w Polsce shoujo. No to co? Zaczynamy naszą szkolną mini-rozprawkę!

Radość pierwsza - "panta rhei" znaczy "czas w shoujo też potrafi płynąć"

Jak to powiada teoria względności Einsteina (co zostało pięknie zilustrowane chociażby w Ouranie) - upływ czasu w shoujo jest rzeczą baaaardzo względną i baaardzo umowną, a jeśli historia wymaga, żeby nastały ważne dla rozwoju dramatyzmu Walentynki, to nic nie może stać im na przeszkodzie... nawet panujący w fabule środek lata. W Wilczycy jednak wychodzimy poza ciasną bańkę zawieszenia "zdarzyło się kiedyś i gdzieś" i śledzimy poczyniania bohaterów od jakiejś połowy pierwszego roku liceum (tom 1) do inauguracji roku trzeciego (tom 10). I to ma znaczenie. Dzięki temu, że na początku szkoła wydawała się tylko kolejnym przystankiem edukacji, historia mogła skupić się na nieco lżejszych wątkach miłosnych; postacie docierały się ze sobą, kłóciły się i mówiły o swoich potrzebach, dlatego to główna parka stanowiła najważniejszy punkt, wokół której kręciła się oś fabuły. Potem przyszedł jednak czas, aby większy nacisk położyć na życiu i różnych jego aspektach - a to Kyouya musiał na nowo odbudować relację z mamą, a to Sanda miała problem z napastliwym klientem, a to Kamiya poczuł się doceniony za to, jaki jest, a nie za to, jak wygląda, no a pod koniec tomu 10 w grę zaczynają wchodzić poważne wybory odnośnie kariery zawodowej. Ma się przez to wrażenie, że autorka nie traktuje świata przedstawionego jako byle kartonowego tła, ale jest to integralna część perypetii dla tej barwnej garstki postaci.

No i co? Dało się wytresować chłopa? Pewnie, że dało!

Radość druga - bohater drugoplanowy nie znaczy "drugiego sortu"

Skoro już przy tym jesteśmy, to w dalszych tomach sporo miejsca poświęcono postaciom z otoczenia Kyouyi i Eriki. Nie ogranicza się to jednak wyłącznie do najbliższych przyjaciół, ale uwzględnia również rodziny (jak wspomniana już mama i siostra Saty czy młodsza kuzynka Eriki). Przyznam, że ogromnie mi tego brakowało na początku mangi, a samo wprowadzanie postaci wyglądało zwykle mocno sztucznie i pretekstowo - szczególnie w przypadku Takeru i Kamiyi, bo Sanda miała to szczęście, że istniała od pierwszego rozdziału. Ale kiedy ten koślawy etap już mija i pionki odnajdują właściwe miejsce na szachownicy, wszystko zaczyna żyć tak na serio. Znalazło się kilkanaście stron na zapewnienie odrobiny szczęścia dla Kusakabe, choć równie dobrze można by było już o nim nie wspominać; rozwinięty zostaje Kamiya, który z buca kalibru Kyouyi staje się spoko chłopakiem (choć wciąż ma swoje momenty, kiedy uwielbia dolewać oliwy do ognia); panny plastiki, z którymi początkowo zadawała się Erika, potrafią od czasu do czasu błysnąć jakąś mądrą uwagą... Podoba mi się również, jak ładnie i powoli budowane jest to, do kogo Sanda może już niebawem poczuć konkretną miętę - pierwsze sygnały dało się zaobserwować w tomie 8 przy okazji przyjęcia świątecznego, a w tomie 10, kiedy to nadszedł kwiecień, wciąż nie mamy nic jasno określonego (za to sugestii stopniowo przybywa). W tym przypadku wydaje się to jednak bardzo naturalne, a czytelnik po prostu sam dochodzi do wniosku, że "ale oni się miło dogadują... mam nadzieję, że coś z tego wyjdzie".

Gdzie jest mój Takeru, który odciąży mnie od konieczności bycia silną, niezależną kobietą...?

Radość trzecia - zakochana para, co się bardzo stara

Powtórzę się po raz setny i pewnie będę się jeszcze powtarzać drugie tyle razy - nudzi mnie, kiedy przez milion tomów serii nic sensownego się nie dzieje, a główna bohaterka nie jest nawet w stanie jasno określić, którego z kręcących się dookoła niej absztyfikantów jednak woli (giń, przepadnij, zmoro nieczysta, która splamiła fabułę Gwiazdy spadającej za dnia oraz Ścieżek młodości!). Kyouya i Erika to jednak absolutnie zadeklarowana para, która korzysta z wszelkich dobrodziejstw tego, że są razem. Kiedy jest okazja, to się pocałują. Kiedy któreś z nich jest zazdrosne, to co najwyżej o uroczą chihuahuę, którą siostra podrzuciła w ramach tymczasowej opieki (ewentualnie o kolegę z podstawówki, ale to już kwestia wredoty wpuszczającego w maliny przyjaciela). Kiedy trzeba się odwiedzić w domu, to rodzinka jeszcze temu przyklaśnie. Kiedy trzeba sobie pomóc, to będą choćby grzebać w śmieciach, żeby odnaleźć ważną dla tej drugiej osoby rzecz. Takie momenty ogromnie cieszą i budują przywiązanie czytelnika do bohaterów, bo widać, że ci się starają i z każdym rozdziałem zmieniają się na coraz lepsze. Doszło więc do tego, że ogromnie mnie rozczula, kiedy Kyouya przyznaje się w pewnych momentach, że nie wyobraża już sobie życia bez Eriki. On! Ten szmaciarz bez żadnego kodeksu honorowego! Zrobił się tak uroczo sentymentalny! No nie uwierzyłabym, dopóki bym tego nie zobaczyła. Na całe szczęście - było mi to dane.

Prawdziwy przyjaciel to taki, który nie zawaha się popełnić dla ciebie największej siary.

Radość czwarta - krypto-josei, czyli o takie właśnie shoujo nic nie robiłam!

Podczas gdy w innych seriach bohaterowie ledwie co są w stanie złapać się za ręce, a o buziaku to możemy sobie pomarzyć tylko w ramach zwieńczenia całej historii (ewentualnie jakiegoś gigantycznego zwrotu akcji, który potem zostanie szybko zatuszowany, aby móc ciągnąć wątek mijających się żurawia i czapli przez kolejne dziesięć tomów), tutaj pocałunki i przytulaski możemy liczyć na kalkulatorze. Ale mało tego! Wilczyca postanowiła dodatkowo prześcignąć pozostałe szkolne romanse (no, może poza jedną Horimiyą) o całe lata świetlne, bo doszło do tego, że bohaterowie, którzy są ze sobą w związku od jakiegoś półtora roku, zaczynają na poważnie podchodzić do sprawy swojego pierwszego razu. Tak, tak, nie przywidzieliście się. Pierwszego razu. Znaczy się seksu. Nie chodzi tu jednak o to, że on jest jurny, a ona płocha i infantylna, więc sprawa kończy się na niespełnionej chcicy tego podgatunku zwanego mężczyznami. Zarówno Kyouya, jak i Erika są tak samo chętni, aby spróbować, jakkolwiek z naturalnych względów mają masę wątpliwości, czego oczekuje druga strona i czy to aby na pewno jest ten odpowiedni moment, żeby rzucać się na tak głęboką wodę. Ale tak, myślą o sobie w ten sposób. Myślą też w kontekście bycia ze sobą przez całą resztę życia. To ogromnie dojrzałe podejście, nawet jeśli jednocześnie mówimy tu o japońskich nastolatkach, po których zwykle nie oczekuje się niczego mądrego (tylko pamiętajcie, drogie rysowane dzieci, o odpowiednim zabezpieczaniu się i komunikowaniu tego, co wam się podoba, a co nie!). Byłam tym ogromnie zaskoczona, ale i ogromnie ucieszona, bo znów pani Hatta postarała się, aby w swojej mandze zrobić coś nowego, unikalnego i fajnego. Oby tak dalej!

Obrazek poglądowy na to, czemu dylematy najlepiej rozwiązuje się we dwoje.

Słowem podsumowania - w żadnym wypadku nie spodziewałam się znaleźć takiej uroczej, mądrej lektury w tak generycznie wyglądającym tytule. Ale znalazłam. Przysięgam, że oddałabym wszystkie inne sztampowe romanse, żeby tylko móc trwać z bohaterami jak najdłużej. Ich życiowe rozterki niesamowicie mnie interesują i z przyjemnością obserwowałabym rozwój Kyouyi i Eriki aż do późnej czterdziestki (ich czterdziestki... chociaż mojej pewnie też). Super, że ktoś potrafił podejść do licealnej miłości nie jak do przewlekłej choroby sprawiającej jedynie egzystencjalny ból i cierpienie, ale pokazuje, jak uczucia mogą inspirować do tego, aby mierzyć się z nowymi wyzwaniami: że posiadanie chłopaka nie spycha z automatu na dalszy plan problemów przyjaciół, że wybór kariery potrafi zabić niezłego ćwieka, że opieka nad psem to wielka radość, ale i wielki smutek, gdy trzeba się z nim rozstać... takie trywialne, ale bardzo łatwe do utożsamienia się rzeczy. Jeśli więc macie wybrać jakieś shoujo, które zostanie z wami na znacznie, znacznie dłużej niż tylko na parę godzin po przeczytaniu, to gorąco polecam Wilczycę i czarnego księcia. I nie mogę się wprost doczekać ostatniej partii tej historii, bo skoro zostały tu poruszone tak mocno obyczajowe wątki, to pozostaje już tylko pokazać bohaterów na studiach albo w dorosłym życiu.

Czasami męskie klepnięcie wyraża więcej niż tysiąc słów.

Za udostępnienie mangi serdecznie dziękuję wydawnictwu Waneko.  

Publikowanie komentarza

0 Komentarze