Hej-ho, hej-ho! W Bieszczady by się szło! Kolejne trzy miesiące wypełnione po brzegi gorącymi animcami już za nami. Jak się okazuje, razem z rozmaitymi bohaterami mieliśmy okazję przeżyć - a nawet przetrwać - lato na Marsie, na siłce, na bezludnej wyspie, pod namiotem, w magicznym wymiarze, w kosmosie, w świecie pełnym demonów, w mieście pełnym esprów, w grze razem z sexy mamuśką... i tak dalej, i tak dalej... Ale minął sezon, minęły też upały i promocje na lody, czas więc wrócić do pracy, szkoły i na studia, jak również czas rozliczyć się z tego, co japońska ramówka przygotowała dla nas w ramach odpoczynku. Do omówienia zmieściło się całych szesnaście serii (z czego w trakcie porzuciłam zaledwie dwie!). Trzy kontynuowane - czyli Dr STONE, Enen no Shouboutai oraz Vinland Saga - zostaną omówione przy okazji końca jesieni. No! To skoro podstawowe ogłoszenia parafialne mamy już za sobą, czas przejść do właściwej treści i do czekającego tam mięska!

Smacznego i miłego czytania!

Wiosna, lato, jesień, zima... kiedy ten sezon wreszcie się zatrzyma?!


Araburu Kisetsu no Otome-domo yo.

Prowadzenie bloga to ciągłe pozorowanie, że ciężko pracuję, a nie regularnie oddaję się prokrastynacji na kanapie.

Kazusa uczęszcza w liceum do Klubu Literatury, do którego należy również czwórka innych dziewcząt. Wydawałoby się, że jest to ostoja kultury i miejsce, gdzie zahukana dusza może odnaleźć chwilę spokoju na umysłowy relaks. No... w sumie trochę nie do końca, ponieważ klubowiczki wcale nie biorą na warsztat klasycznej literatury opiewającej czyny samurajów czy poruszającej różne metaforyczne zagadnienia, ale książki znacznie bardziej współczesne i kręcące się wokół dorosłych tematów. Tak, takie rzeczy. W japońskiej szkole. Nie do wiary. Oczywiście dziewczyny starają się podchodzić do zagadnień z pewną rezerwą i naukową wnikliwością, ale wszystko zmienia się w momencie, kiedy jedna z nich - Sugawara - na pytanie odnośnie tego, co chciałaby zrobić, gdyby dowiedziała się, że niebawem umrze, odpowiada "chciałabym spróbować seksu".

Ech... Mari Okada... Wystarczą te dwa słowa, aby wywołać we mnie całą gamę sprzecznych uczuć jeszcze zanim w ogóle sięgnę po jakąkolwiek serię związaną z tą panią. Jest to bowiem powszechnie znana i zasłużona specjalistka od młodzieńczych dram i rozterek miłosnych - problem w tym, że zwykle jej dzieła wydawały mi się mocno przesadzone, a po Maqui to wręcz miałam ochotę przegryźć parę tętnic. Kiedy więc zorientowałam się, że i do Araburu scenariusz (zarówno do mangi, jak i teraz anime) stworzyła TA Mari Okada, spodziewałam się wielokąta miłosnego i dram nierozwiązywalnych aż do ostatniego odcinka. I poniekąd tak właśnie było. Na szczęście siła tego tytułu leży w zrównoważeniu licealnych rozterek dotyczących wyjątkowo odważnego jak na Japonię tematu (czyli oswajaniem się z tym, że seks istnieje i to normalna część życia) z masą humoru, który pozwolił bez bolesnego cringe'u znieść mnogość dowcipów o tunelach i pasujących do nich pociągach, if you know what I mean. Właściwie to pierwsze odcinki robią to po mistrzowsku i chociaż oferują niezłą jazdę bez trzymanki, to jednocześnie można się łatwo utożsamić z dowolnie wybraną przez siebie bohaterką. W pewien sposób najbardziej czułam więź z małą Hongo, która w pogoni za weną do napisania erotyku nie wahała się zgłębiać tematu w grajdole bezeceństwa zwanym Internetem... Problemy z tym anime mam jednak dwa. Po pierwsze - odcinek piąty. Co ten spadek jakości animacji to ja nawet nie. Całe szczęście, że był to pojedynczy wybryk, ale i tak dość mocno nadszarpnął moim zaufaniem, że nie znam dnia ani serii, która nagle postanowi uraczyć widza solidnym QUALITY. Po drugie - dwa ostatnie odcinki mocno odstają od reszty fabułą i wyglądają tak, jakby trzeba było pospiesznie podomykać wątki i załatwić wszystkie konflikty w zaledwie parę (dla bohaterów) godzin. Po tym, jakie hece odwalały się z Izumim, czyli crushem Kazusy, nie do końca kupuję, że wciąż dało się z tego wykrzesać pełen happy end. Ale niestety, to już jest właśnie urok Mari Okady. Niech się wali świat, ale wyznanie miłości w ostatnich minutach sprawi, że wszyscy szczęśliwie odjadą w stronę zachodzącej tęczy... czy jakoś tak.

7/10 - cieszę się, że chociaż pairing Sonezaki x Amagi był tu ostoją porządku i wszelkiej prawości. Dzięki tej jednej stabilnej relacji i przesunięciu ciężaru dramy na ich giaru-koleżankę, śledzenie zawirowań u pozostałej czwórki stanowiło świetną, praktycznie bezbolesną rozrywkę.

Bem

Idealna personifikacja fabuły w tym anime - ani to nie podejdzie, ani nawet nie zagada...

W pewnym nie do końca określonym mieście (nazywanym przez miejscowych Zewnętrzem) nie wiedzie się za dobrze - na porządku dziennym są tu rozboje, pobicia, kradzieże i zabójstwa w tajemniczych okolicznościach. Oficer Sonia Summers zostaje przydzielona do służby w tym miejscu i niemal z marszu zostaje wplątana w sprawę seryjnego mordercy, który... topi ofiary, chociaż w pobliżu nie ma żadnej wody. My wiemy jednak zza kulis, że łapska maczają w tym - a nawet całe się taplają - nadnaturalne, youkaio-podobne byty. O dziwo sprawiedliwość też ma swoich nie do końca ludzkich obrońców: mężczyznę o aparycji gangstera imieniem Bem, płomiennorudą nastolatkę Belę i małego chłopaka zwanego Belim. Najciekawsze jest w tym wszystkim to, że jak strona zła zdaje się rozkoszować mocami, tak trójka nadnaturalnych protagonistów walczy, aby samemu zostać kiedyś ludźmi.

Na papierze historia brzmi całkiem nieźle, normalnie jak taki wyciąg z fabuły Pinokia, tylko podniesiony do sześcianu i dostosowany do standardów współczesnych, japońskich kreskówek - jest trochę edgy, trochę mhrocznie, demony, morderstwa, rządzone brutalnymi zasadami podziemie, mniam, no normalnie samo dobro. Nikt z twórców nie pomyślał jednak, że przy zabieraniu się do kolejnego rebootu tego kompletnie zapomnianego przez sponsorów i widzów uniwersum warto by było zadbać o jakieś... nie wiem... charaktery postaci na ten przykład? Tak minimum? Tymczasem po trzech pierwszych, nudnych jak flaki z olejem odcinkach nie odnalazłam nic, co zachęciłoby mnie do dalszego śledzenia poczynań ekipy starających się o ludzkie obywatelstwo demonów. Całkiem spore nadzieea wiązałam jeszcze z panną Belą, ale jej intryga została rozwiązana w takmtragicznie głupi, mało angażujący sposób - no bo nie wiem, jak inaczej nazwać człowieko-demono-kulę-do-kręgli, który miażdżył napotkane na cmentarzu niewiasty - że moja cierpliwość po równie idiotycznie podsumowanej przygodzie małego Belego się wyczerpała. Dodatkowo seria miała to, hmm, nieszczęście, że po trzecim odcinku wzięła sobie trzytygodniową przerwę (przez wzgląd na sytuację studia KyoAni), co również nie pomogło utrzymać sensownego zainteresowania wśród widowni. Przyznaję jednak, że nie pożałowano tu środków na oprawę dźwiękową, bo nie tylko zatrudniono uznanych seiyuu, ale też postarano się, żeby opening i ending brzmiały świetnie (i nawet jakoś wyglądały) -  za ten pierwszy odpowiada Maaya Sakamoto, czyli prawdziwa głosowa weteranka, a za drugi JUNNA, którą można chociażby kojarzyć z openingu do Mahoutsukai no Yome. Warto je sobie odpalić w wolnej chwili na Youtubie. Ale tak? Nie zawracajcie sobie tą serią głowy.

4/10 - może w innym sezonie dałabym BEMowi szansę i sprawdziłabym przynajmniej, czy spoilowana w openingu Tajemnicza Pani faktycznie narobi ciekawego zamieszania, ale że lato było zbyt mocno obstawione, dlatego nie jestem w stanie wykrzesać z siebie więcej poświęcenia.

Carole & Tuesday

Żółwik, beczka i piąteczka!

Alba City na skolonizowanym przez ludzi Marsie. Tuesday ma ambitny plan, aby wyrwać się z domu, gdzie musi cały czas być ułożoną panienką, a następnie ruszyć w świat, by zacząć karierę muzyczną. Problem w tym, że nigdy przed nikim nie występowała, a żeby było trudniej, to w trakcie przechadzki zostaje jej skradziona walizka z praktycznie całym dobytkiem. Głodna i zawiedziona dziewczyna idzie przed siebie, zastanawiając się srogo nad tym, czy nie popełniła błędu i czy to nie najwyższy czas, aby wracać do domu... kiedy na moście spotyka inną, grającą na keybordzie dziewczynę, której piosenka trafia prosto w serce wątpiącej Tuesday. Tak zacznie rodzić się legenda, która już wkrótce ma zawojować cały tamtejszy świat!

Mam wątpliwości, jak podejść do samej konstrukcji historii w Carole & Tuesday. Bo jasne, nikt tu nie umniejsza niczego muzyce, świetnej różnorodności charakterów czy ilości gatunków, które zaprezentowano, jednak rzeczy do jakichś trzech czwartych serii... no po prostu się dzieją. Zdecydowanie zbyt duży nacisk położono na talent show z pierwszej połowy i chociaż było zabawne, to nie zmienił on absolutnie niczego poza tym, że duet głównych bohaterek zdobył nieco więcej followersów na Instagramie. No a druga połowa pędzi znów na łeb, na szyję, przez co fabuła od razu rozłazi się w szwach przy pomniejszych wątkach. Drama z Cybelle? Kompletnie zapomniana. Drama z porwaniem Tuesday z powrotem do domu? Wystarczyło zwiać jeszcze raz, żeby machnięto na to ręką. Ktokolwiek zorientował się, że ta kandydatka na prezydenta i wschodząca gwiazda muzyki to rodzina? A gdzieżby. Bezdomna Flora? Spoko, kończy się czas antenowy na odcinek, jakoś sobie poradzi. Stalker-haker śledzący Angelę? Sprawa do puszczenia w tle na trzy odcinki. Crush do reportera? Łatwo przyszło, łatwo poszło. Tao próbujący stworzyć perfekcyjne IA z charakterem? Po ki pierun, skoro pierwszy lepszy robot od robienia teledysków okazał się bardzo realistycznym pijusem i obibokiem... i tak dalej, i tak dalej... Dopiero na koniec zaczęło mieć to jakieś ręce i nogi, bo powrócono do niektórych postaci epizodycznych, ale i tak - nie popisał się ten Watanabe, oj, nie popisał (czy raczej nie popisała, bo scenariusz robiła pani Watanabe nieokreślonego powinowactwa). Natomiast trzeba serii oddać, że oglądało się ją z przyjemnością i wielkim bananem na twarzy. Jak na tak wysokoprofilową serię o muzyce przystało, w każdym odcinku pojawiała się co najmniej jedna nowa piosenka, a czasami puszczano ich nawet więcej. Dodatkowo w stronę studia Bones powinno się rzucać wszystkimi pieniędzmi świata, bo ci ludzie wiedzą, jak zorganizować ekipę, żeby seria błyszczała animacyjnie jak złoto... chociaż... może ewentualnie przydałby im się jakiś solidny spec od robienia lip syncu, bo chyba tylko Angela w finałowym występie tego marsjańskiego Voice of miała dopracowany ten efekt do przyzwoitego poziomu. No bo sorry - jak już się stawia tak wysoko poprzeczkę, to proszę mi się o nią nie obijać tyłkiem!

8/10 - jak zwykle przy seriach Watanabe, trochę je kocham, a trochę nienawidzę. Rozumiem, gdzie tkwi ich siła, a jednocześnie widzę kolące w oczy niedoróbki i nienaturalną epizodyczność. No nic. Na pewno seria zostanie ze mną na dłużej, bo będę nie raz wracać do soundtracku, natomiast album z piosenkami z pierwszej połowy już od dwóch tygodni jest częścią mojej komórkowej playlisty.

Cop Craft

Gdy życie daje ci cytryny... a ty i tak wolisz wywalać się na skórce od banana.

Piętnaście lat temu gdzieś na Pacyfiku pojawiła się magiczna brama, która połączyła nasz świat ze światem zamieszkanym przez wróżki i potwory. W nie tak odległym mieście San Teresa zaczęli się przez to osiedlać imigranci z obu przylegających do siebie wymiarów, doprowadzając do tego, że lokalna policja musiała zacząć zajmować się dwukrotnie większym smrodem niż normalnie. Narkotyki, prostytucja, handel bronią - niby norma, ale jednak gorsza, gdy zamieszani są w to przybysze z innego świata, którzy mogą operować nawet magią. Kei Matoba jest właśnie takim oficerem policji, który razem ze swoim partnerem próbuje przyskrzynić handlarzy żywym towarem (i to bardzo żywym, bo chodzi o wróżkę). Niestety sytuacja niespodziewanie wymyka się spod kontroli, kumpel zostaje brutalnie zabity, jeden z przestępców zbiega razem z towarem, a Kei zostaje z palącą go chęcią odpłacenia się pięknym za nadobne. W tym celu musi przyjąć pomoc Tirany, szlachetnej wojowniczki pochodzącej ze świata zza bramy, która będzie się starać odbić uprowadzoną wróżkę z rąk porywaczy.

Po dwóch pierwszych odcinkach wszystkie znaki na niebie i telewizorze jasno wskazywały, że mamy do czynienia z niedocenioną perełką sezonu z fajnym podejściem do gatunku "buddy cop" - tym bardziej obiecującej, bo za historią stał autor light novelek Full Metal Panic! oraz Amagi Brilliant Park, który na akcji zmiksowanej z szaloną komedią zjadł już chyba zęby. I fakt, te dwa odcinki stanowią najlepszą możliwą reklamę, na jaką studio Millepensee mogło sobie w ogóle pozwolić. Przypomnijmy jednak, że jest to mała firma, która do tej pory była odpowiedzialna zaledwie za kilka późniejszych sezonów Teekyuu, serię Wake Up, Girls! oraz... Berserka z 2016 roku. Oho. Słyszycie ten złowieszczy odgłos zbliżającej się katastrofy? No właśnie. Przy okazji - czy wiecie, dlaczego w świecie przyjęła się zasada "oglądania trzech odcinków przed zdecydowaniem o porzuceniu serii"? Między innymi właśnie z takich powodów jak istnienie Cop Craft. Dwa pierwsze odcinki mogły sobie błyszczeć jak te piękne kamienie szlachetne, ale przyszedł odcinek trzeci i wylał na jubilera cysternę szamba. Od tego momentu posypało się wszystko, od animacji przez reżyserię po scenariusz nawet. Zamiast płynnych ujęć w trakcie walk mogliśmy podziwiać jedynie nieruchome, rozmazane plansze, postęp akcji doprowadzał do nieoczekiwanego rozwiązywania zagadek, ponieważ Powody (moje ulubione), a tuż po odcinku kończącym się punktem kulminacyjnym, kiedy to ważny polityk starał się zatuszować swoje brudy, z dupy pojawił się komediowy epizod, w którym Tirana zamieniała się ciałem z kotem, a Kei odwiedzał schlanego w trzy dupy pastora-informatora, który leżał przywalony grubą pro... khem. Panną lekkich obyczajów. Więc tak. Nic dziwnego, że nie jestem nawet pewna, czy to, co tam widziałam, aby na pewno działo się naprawdę, czy może jednak wszystko sobie wyśmiłam (bo to by chociaż miało odrobinę więcej sensu). Ogromnie zawiodłam się na tej serii, bo miała olbrzymi potencjał i nawet potrafiła to poprawnie wyegzekwować, tylko niestety, najwyraźniej nie każdy jest stworzony do działania według japońskich grafików niewolniczej pracy. Albo to wszystko po prostu wina klątwy Berserka...

5/10 - istniały spoko momenty i opening też jest całkiem fajny, jednak "wielkieś mi uczyniła pustki w domu moim, moja droga fabuła, tym zniknieniem swoim"...

Dumbbell Nan Kilo Moteru?

Moje ulubione ćwiczenie - sprawdzanie, ile jeszcze tłuszczyku pozostało do zrzucenia.

Pewnego dnia przyjaciółka Hibiki Sakury wytyka jej, że dziewczyna stała się... cóż... nieco bardziej obła niż wcześniej, więc wskazane jest, żeby wreszcie się za siebie wzięła. Początkowo Hibiki stara się więc ćwiczyć na własną rękę w domu, ale szybko dochodzi do wniosku, że brakuje jej motywacji. Wobec tego postanawia zapisać się do profesjonalnej siłowni, licząc na to, że jakiś miły trener personalny wskaże jej drogę ku upragnionej sylwetce. I faktycznie, w siłowni Silverman nasza główna bohaterka poznaje sympatycznego, urodziwego instruktora imieniem Machio, który będzie ją wspierał w zbudowaniu formy... tylko nikt nie mówił, że tu będzie chodzić o rzeźbę kulturysty!

Anime zastąpiło w ramówce ubiegłosezonową Sewayaki Kitsune no Senko-san i chyba już rozumiem, co ci sprytni włodarze telewizji próbują osiągnąć tymi kolejnymi animcami od studia Doga Kobo, puszczanymi w wieczornym paśmie w każdą środę... oni po prostu chcą utrzymać Japończyków przy życiu! Na serio! No bo słodka lisiczka przypominała o odpoczynku i dbała o komfort psychiczny wszystkich wycieńczonych korpo-szczurów, za to dziewczęta z siłowni Silverman starały się zachęcić do zajęcia się własną tężyzną, aby ku chwale ojczyzny być w stanie pracować aż do późnych lat emerytalnych. Nawet segment po-endingowy zagospodarowano w bardzo podobny sposób! Ciekawe, ciekawe... I muszę przyznać, że to naprawdę przynosi wymierny skutek. Nie dość, że spotkałam się z wieloma pozytywnymi opiniami ludzi, którzy może co prawda nie zaczęli od razu wyciskać sztang na klatę, ale poczuli się zmotywowani do ćwiczenia razem z dwuwymiarowymi dziewczynkami, to jeszcze mogę potwierdzić na swoim przykładzie, że też wzięłam się do roboty i zaczęłam wzmacniać stawy, żeby nie narzekać podczas wykonywania zwykłych czynności. Odkładając jednak na bok wartość edukacyjną Hantelków, to nawet jako sama komedia seria bardzo mocno się broni. Wszystkie bohaterki są urocze i sympatyczne, animacja ma na siebie pomysł, gagi śmieszą, a sceny ecchi - bo tak, to integralna część tego anime - są  niesamowicie przystępne. Pokazywanie nagich czy mocno rozebranych bohaterek, oczywiście z zasłoniętymi strategicznymi miejscami, jest uzasadnione prezentacją, na jakie partie ciała mogą działać omawiane ćwiczenia. Dla mnie jako kobiety jest to dodatkowy walor, ponieważ silniej działa na mnie wizualizacja, jak ładnie można wyglądać po treningu (oczywiście w anime wszystko jest przegięte i maksymalnie upiększone, ale sam cel jest szczytny - bo chodzi o utrzymanie fizycznej sprawności). Panowie natomiast mogą po prostu sycić oczy i wierzyć, że jak pójdą na siłkę, to czekają ich równie smakowite widoki. Na sam koniec muszę jeszcze wspomnieć o genialnym openingu i endingu - angażowanie w takie projekty seiyuu nie zawsze musi się wiązać z koniecznością szukania oszczędności, a Kaito Ishikawa (Kageyama z Haikyuu!, Iida z Boku no Hero Academia, Genos z One Punch Mana) w roli Machio to czyste złoto i solidny typ na aktora głosowego całego roku.

8/10 - muscle, muscle, kinniku wa muscle! Nie mogę się doczekać, co nowego Doga Kobo przygotuje następnym razem, bo to kierunek, który zdecydowanie powinni utrzymywać. W końcu rysują słodkie dziewczynki dla dobra całego narodu!

Fruits Basket (2019)

Bardzo się starałeś, lecz z gry wyleciałeś, czyli Hugokopter w polewie z tsundere.

Chociaż Toru jest pogodna i tryska energią, jej życie raczej nie obfituje w szczęśliwe wydarzenia: kiedy miała trzy lata, jej tata zachorował i zmarł, potem w gimnazjum jej mama zginęła w wypadku, aż w końcu w liceum musiała wyprowadzić się z domu dziadka, ponieważ ma on zostać wyremontowany (dom, nie dziadek... chociaż kto tam go wie...). Toru decyduje się więc zamieszkać w namiocie, ale nie jest to szczególnie mądre posunięcie dla młodej niewiasty, która jednocześnie uczy się i ciężko pracuje jako sprzątaczka. W wyniku splotu dalszych, znów niezbyt szczęśliwych przypadków ostatecznie trafia do domu swojego kolegi z klasy, przystojnego i czarującego Yukiego. Tam dla równowagi na jaw wychodzi sekret, który skrywa on oraz dwóch innych członków jego rodziny - okazuje się, że każdy z męskich rezydentów domu Soma potrafi zmienić się w zwierzę!

Nie, żebym miała w stosunku do Furuby jakieś bór wie jakie oczekiwania, ale po tylu latach posiadania gdzieś tam w tyle głowy świadomości, że jest to jednak jakaś fandomowa legenda, byłam ogromnie ciekawa, co z tego wyniknie. I cóż... nie, nie zawiodłam się, ale też spodziewałam się nieco bardziej zwartej jak na shoujo historii. Tymczasem fabuła skakała sobie niespiesznym tempem od malutkiej dramy nowej postaci do malutkiej dramy znanej już postaci, sprawiając, że narastało we mnie coraz dziwniejsze uczucie, że przecież wszystko by się unormowało, gdyby Zodiaki wspólnie dały Akito w papę. Większość problemów, które postacie mają, nie wynika wcale z tego, czego doświadczyły w życiu na przestrzeni lat, ale z tego, że Akito po prostu ma w zwyczaju krzywdzić ludzi (cierpieli przez niego Yuki, Hatori, Kisa i Hiro a przecież to jeszcze nie koniec). Nie umiem przez to sympatyzować z wieloma bohaterami, ponieważ są kompletnie bezwolni wobec tego, co się dzieje, a ich "walka" polega przede wszystkim na zaciskaniu zębów i wierze, że wszystko się ułoży. Dodatkowy moment słabości, który sprawił, że porzuciłam oglądanie na jakieś dwa miesiące, miałam przy pojawieniu się Kagury. Jest tak przykrą do oglądania postacią, że czułam się tak, jakbym faktycznie cofnęła się o dwadzieścia lat i pod groźbą wsadzenia w oczu zapałek kazano mi oglądać perły ówczesnych haremówek, gdzie każda szanująca się licealistka musiała prać głównego bohatera po pysku. Ba! Nawet ktoś był na tyle świadomy tego, co tu się odtsundereowia, że nawet obsadził w tej roli Kugimiyę Rie, czyli królową małych, płaskich nerwusek (Shana z Shakugan no Shana, Louise z Zero no Tsukaima, Taiga z Toradora). Na szczęście okazało się, że to też był tylko epizod, a o postaci zapomniano praktycznie do samego końca. Wszystko to sprawia, że widać, że mimo odświeżonej skórki seria jest reliktem swoich czasów, kiedy ludzie bezkrytycznie poddawali się ocenie społeczeństwa i przystawali na przypisane im role. Kyo chcący zostać Zodiakiem, bo przecież tylko to miało dać mu gwarancję akceptacji; wszyscy z Somów słuchający rozkazów Akito, mimo że dopuszczał się oczywistej przemocy fizycznej i psychicznej; Toru mówiąca o tym, że każda dziewczyna marzy o tym, żeby zostać żoną - dziś pewnie wielu widzów poczuło, że otwiera im się wyimaginowany nóż w kieszeni. Więc dopóki brałam głębszy oddech i byłam świadoma, że to taka stylistyka, bawiłam się całkiem dobrze. I o dziwo zauważyłam, że mandze potrafię wybaczyć o wiele więcej, ponieważ po niej widać, w jakich czasach została stworzona.

7/10 - najbardziej w tym wszystkim boli mnie chyba fakt, że tu nie ma żadnej normalnej postaci ze spokojną przeszłością. Każdy musi mieć co najmniej jedno bolesne rozstanie na koncie albo jednego psychicznie niestabilnego członka rodziny. A co za dużo, to niezdrowo.

Given

...i niech błogosławiony będzie człek, który uchronił swoje komunijne pieniądze przed interwencją portfela rodziców...

Zdecydowanie należy zazdrościć Uenoyamie taty, ponieważ ten oddał mu w dzieciństwie swoją własną gitarę elektryczną. Chłopak był oczywiście tym faktem tak ogromnie zajarany, że starał się ze wszystkich sił, żeby jak najszybciej dorównać czołowym gwiazdom rocka. Oczywiście z czasem przyszedł moment refleksji, że to nie takie proste, później długa, mozolna praca zaczęła przynosić owoce, aż wreszcie chłopak znalazł się w liceum, grając jak złoto, ale nie mając w sobie ani odrobiny dawnego, młodzieńczego zapału. Tę miłość do muzyki na nowo budzi w Uenoyamie spotkany na szkolnych schodach chłopak, który ściska w ramionach Gibsona o pękniętych stronach. To Satou, który pojęcia o grze na gitarze nie ma absolutnie zielonego, ale mimo to pyta Uenoyamę, czy ten mógłby go tego nauczyć. I jak do tanga trzeba dwojga, tak gitarzyści najlepiej pasują do czteroosobowych zespołów, w których członków co prawda łączy muzyka, ale za to dzielą pewne demony przeszłości.

Po obejrzeniu pierwszego odcinka projekt postaci Harukiego natychmiast skojarzył mi się z Francją z Hetalii, a to znów zapaliło w mojej głowie pewną lampkę ostrzegawczą - i faktycznie, po zajrzeniu na odpowiednie strony ujrzałam w głowie przebitki z Wietnamu (nie, nie tej hetaliowej), ponieważ autorka mangi publikowała kiedyś m.in. doujiny z pairingiem Francja x Anglia właśnie. I nie zrozumcie mnie źle, te komiksy wciąż prezentują się świetnie, a nawet pamiętam ich fabułę do dziś - problem w tym, że są cholernie i boleśnie smutne. To znów kazało mi wierzyć, że Given również okaże się czymś, co będzie ciężko znieść, tym bardziej że wielotomowość w BL zwiastuje zwykle mnogość dram i konfliktów. Tymczasem... tymczasem produkcja od studia Lerche zaskoczyła mnie swoim niespiesznym, dość luźnym klimatem i sporą dawką humoru. Jasne - to, co przytrafiło się Mafuyu jest jedną z najbardziej rozdzierających serce rzeczy, jakie widziałam w przeciągu paru ostatnich lat w anime (no bo jak właściwie można zareagować, kiedy ukochana osoba popełnia samobójstwo praktycznie przez przypadek?), ale mimo to ta sytuacja nie przyćmiewa całej reszty akcji. Nawet pozwoliło mi to zaakceptować charakter Mafuyu, choć i tak o wiele bardziej podobała mi się jego wersja, gdy był z Yukim. Jasne, serii można zarzucić to, że jest okropnie powolna, w końcu do jedenastu odcinków przeniesiono zaledwie dwa i pół tomu mangi (nie omijając nawet informacji umieszczonych przy szkicach postaci czy pasków dodatkowych). Rozumiem jednak, co chciano przez to osiągnąć i na jakim momencie zakończyć historię. No i nie ma tego złego, co by na kontynuację nie wyszło, bo na kolejny rok zapowiedziano już film, który będzie miał do dyspozycji kolejne dwa i pół tomu materiału. W ten sposób powstało anime BL, którego nie wstydzę się polecać szerokiemu gronu odbiorców. Nie ma tu żadnych scen seksu, są ze dwie sceny pocałunku, a tak poza tym to nawet nie zorientujecie się, że tu są jakieś wątki homoromantyczne. Przede wszystkim jest to historia o zakładaniu zespołu i odnajdywaniu miłości - tej do muzyki i tej do samego siebie, aby znów móc ruszyć do przodu z całym życiem.

7/10 - boleję jedynie, że tak mało było w serii Harukiego, bo braciszek-Franciszek... znaczy... mama zespołu zasługuje na zdecydowanie więcej ciepełka. Akihiko, bierz się, kurna, do roboty!

Granbelm

W takich momentach nie dziwię się, że niektórzy faceci boją się babek za kółkiem.

Kohinata Mangetsu jest normalną licealistką, która lubi robić znajomym drugie śniadania (jakkolwiek jest w tym fachu bardzo przeciętna), ma młodszą siostrę i... i tyle się o niej dowiadujemy, zanim dziewczyna nie zostaje wciągnięta do jakiegoś magicznego wymiaru. Żeby jednak było bardziej dramatycznie, w świecie tym odbywa się właśnie walka mechów, której Kohinata nie rozumie, ale wie jedno - trzeba spitalać w dal, żeby nie stracić życia od przypadkowego ciosu. W pewnym momencie dziewczyna zostaje ocalona przez ciemnego mecha, z którego wyłania się piękność o sterczących jej z włosów rogach. Pilotka mecha nazywa się Ernesta i tłumaczy Kohinacie, że obecny wymiar jest manifestacją usuniętej ze znanego im świata magii, natomiast walki robotów odbywające się co pełnie księżyca mają wyłonić najpotężniejszego maga, który... no, który będzie najpotężniejszy. Bo czemu nie.

Nazywanie tego popłuczynami po Madoce i innych battle royalach z mahou shoujo byłoby i tak zbyt dużym zaszczytem, dlatego ja ograniczę się jedynie do prostego "taki zapychacz ramówki, że ojaniemogę". Ogromnie nużyły mnie te dramy wyciągane z odmętów tyłka i wykrzykiwanie "Ernestaaa!" za każdym razem, gdy na ekranie pojawiała się ruda bicza z kompleksem mniejszości (a potem niebieskowłosa bicza z... och wait, z kompleksem mniejszości). I naprawdę? To właśnie ten projekt był warty tego, aby stawiać pod znakiem zapytania kooperację przy produkcji drugiego sezonu Re:Zero? To miało być to opus magnum oryginalnych anime? Niesamowitą zdobyczą współczesnej animacji? Przecież tutaj mecha składają się z pięciu nieruchawych bryłek na krzyż, które rozmywają się przy większej akcji, a twarze bohaterek są pozbawione jakichkolwiek skomplikowanych emocji (nie licząc rudej biczy z wiecznym bólem tyłka). Zaiste, warto było. Na liście krawędziowych anime z magicznymi dziewczynkami Granbelm plasuje się poniżej Mahou Shoujo Ikusei Keikaku, gdzie pomysły na moce czy plottwisty wypadły choć trochę ciekawiej, a ponad Mahou Shoujo Site, które pozostaje rakowiskiem na samym dnie tego mrocznego grajdołu. Serię ratuje tylko porządna, płynna animacja jako ogół i zakończenie, które chociaż istniało (chociaż nie, żeby nie dało się go przewidzieć - dzień dobry ponownie, Madoko). Cała reszta brzmi pretekstowo do bólu, a bicz-slapy powinny się ścielić często i gęsto za te zmarnowane nadzieje. Ech... wdech i wydech... No to tak. Rozumiem, że Granbelm może się podobać i wielu widzów z pewnością uznaje go za świetne widowisko z poruszającymi dramami oraz zaskakującymi plottwistami. I pewnie mają swoją rację. Jeśli jednak ktoś obejrzał te parę serii z walczącymi czarodziejkami, które nie ratują świata, tylko z jakiegoś powodu mordują się nawzajem, to naprawdę nie znajdzie się tu nic nowego. I nie zaskoczy go ani różowowłosa dziewczynka poświęcająca się za grzechy innych, ani długowłosa introwertyczka, która musi oglądać świat po zapomnieniu o paru postaciach. Normalnie jakbym to już gdzieś słyszała...

5/10 - meh. Takie trochę #nikogo. Doceniam jednak dystans i pomysłowość twórców w tej kwestii, że postanowili obsadzić Aoi Yuuki (seiyuu Madoki) w roli ostatecznego villiana serii. Była w tym naprawdę niesamowita... i niesamowicie wkurzająca. Ale przynajmniej w zamierzony sposób.

Kanata no Astra

A wszyscy śmiali się i dokazywali razem z nami.

Niedaleka przyszłość roku 2061 - kosmiczne loty i wycieczki na obce planety stały się dla wszystkich chlebem powszednim. Z tego też powodu dla uczniów liceum Caird organizowany jest specjalny, pięciodniowy obóz na odludziu, w trakcie którego muszą oni współpracować z niewielką grupą losowo dobranych kolegów i koleżanek. Dla Aries Spring to niesamowita okazja, aby przeżyć przygodę swojego życia i zdobyć nowych przyjaciół po tym, jak miesiąc wcześniej przeniosła się do nowej szkoły. Niestety, beztroski kemping (hehe) za przyczyną dziwnej kuli ciemnej energii praktycznie natychmiast zmienia się w spin-off do Grawitacji, a dziewiątka uczniów zostaje wyrzucona w kosmos, bez szczególnych szans na przeżycie, a co dopiero na skontaktowanie się z domem, oddalonym o jakieś dwa tysiące lat świetlnych...

W życiu bym się nie spodziewała, że będę się jeszcze kiedyś jarać sci-fi z prawdziwego zdarzenia (i że przy okazji nie uświadczę tu ani grama gigantycznych robotów)! Kanata no Astra ma za oryginał pięciotomową, zakończoną mangę, więc już od samego początku można się było spodziewać, że seria przerobi cały materiał, a fakt, że pierwszy i ostatni odcinek otrzymały podwójną długość, sprawił, że idealnie rozłożono tempo akcji i zadbano o mnogość cliffhangerów. Takie serie najlepiej ogląda się z tygodnia na tydzień, choć oczywiście niemiłosiernie kusiło, żeby się złamać i zajrzeć do skanów, by dowidzieć się, jak sprawy potoczyły się dalej. Rozumiem też, że niektórym pewne rozwiązania fabularne wydadzą się naciągane - chociażby jak to z czarną dziurą oraz czemu tak naprawdę pierwotnie służyła. Mnie w tej materii wystarczy jednak wytłumaczenie, że (nie spoilując za wiele) planeta i tak była już nie do odratowania przez zanieczyszczenia oraz wyczerpanie surowców naturalnych, dlatego lepiej było po prostu spitolić gdzie indziej. O wiele bardziej zastanawia mnie żelazna jednomyślność ludzkości czy łagodne zakończenie, bo prawdę mówiąc, przydałoby się tam wsadzić jeszcze odrobinę goryczy albo przynajmniej nie pokazywać, że wszyscy bezkrytycznie przyjęli, że bohaterowie są czyści jak łzy (bo skoro jedna osoba nie była, to inni również mogli być umoczeni po uszy). Mimo to cała ta kosmiczna podróż okazała się niezwykle satysfakcjonująca, a paczka zagubionych w kosmosie nastolatków świetnie ze sobą współgrała. Udało się przemycić mnóstwo przyzwoitego humoru - który znacznie zyskiwał wraz z bliższym poznaniem bohaterów - przetykanego wartką akcją oraz momentami na zapauzowanie odcinka, by rzucić głośne "whaaaaaaat?!". Animacja, choć nie jakoś przesadnie szczegółowa czy spektakularna, była bardzo solidna i nie zaliczyła ani jednego gorszego momentu (w przeciwieństwie do takiego Araburu, Cop Crafta, Givena... i tak dalej...), a opening i ending, choć puszczane wyjątkowo rzadko, sprawdzały się naprawdę dobrze. Podsumowując - bawiłam się świetnie i na pewno za parę miesięcy, jak już trochę okrzepnę, sięgnę ponownie po mangę. Bo to taki typ historii, który zostawia widza/czytelnika z przyjemnym uczuciem satysfakcji.

8/10 - możliwe, że jest to ocena na wyrost, ale rzadko kiedy zdarza się, że widz otrzymuje pełny produkt o określonej, porządnej jakości i przemyślanej realizacji. Więc nawet jeśli Kanata no Astra nie jest serią przełomową i posiadającą zastanawiające dziury fabularne, to każdy powinien się na niej wzorować pod każdym możliwym względem.

Katsute Kami Datta Kemono-tachi e

NFZ sponsoruje program w ramach akcji "Pacjencie, lecz się sam!"

Na skutek odkrycia niezwykle cennej rudy będącej nowym źródłem energii doszło do rozpoczęcia wojny domowej między północną a południową częścią Patrii. Wydawało już się, że południe wygra ten konflikt, jednak wtedy północniacy zaczęli ekperymenty na ludziach, które doprowadziły do powstania super-żołnierzy, którzy potrafią zmieniać się w mityczne potwory - Inkarnatów. Niestety, chociaż szala zdaje się przechylać na nową stronę, to jednak w elitarnej jednostce też nie dzieje się za dobrze. Żołnierzom coraz trudniej jest wrócić do własnej postaci, a komu się nie udaje, ten traci rozum i musi zostać zgładzony. Kapitan Hank stara się wzmocnić morale w zespole, ale tuż przed decydującą bitwą zostaje zdradzony przez przyjaciół i postrzelony tak boleśnie, że wpada w śpiączkę na dwa miesiące. Po tym czasie okazuje się, że wojna dobiegła końca, ale za to Inkarnaci rozpełźli się po kraju i sieją popłoch, wykorzystując moce do niecnych celów. Hank musi więc wziąć odpowiedzialność za byłych podkomendnych i zabić ich, zanim będzie za późno dla nich wszystkich.

Właściwie to ciężko mi cokolwiek o tej serii powiedzieć, bo nie dotrwałam nawet do obowiązkowego trzeciego odcinka. Jedna sprawa to to, że cały sezon letni prezentował się naprawdę porządnie i było w czym wybierać, ale gwoździem do trumny okazało się to, że druga połowa głównego duet, która zaprezentowała się w drugim odcinku, okazała się wyjątkowo mało charyzmatyczna. Podobieństwo do Yuuko z Tasogare Otome x Amnesia (w Polsce jako manga Niepamięć panny zmierzchu od tego samego twórcy co tutejsze Święte Bestie) okazało się bardzo powierzchowne. Może to i lepiej, bo to znaczy, że autor nie idzie po linii najmniejszego oporu i nie spoczywa tak zupełnie na laurach, jednak tym razem to kompletnie nie zadziałało. Z jednej strony Nancy od początku widzi, co się dzieje z żołnierzami przekształconymi w potwory i że trochę nie ma wtedy możliwości manewru, gdy wpadają w szał, ale jednocześnie krzyczy, oskarża i tupie nóżką, gdy ich dowódca bierze na siebie konieczność, hmm, wymierzenia kary za niesubordynację. Zresztą, sama była świadkiem tego, co działo się z jej własnym ojcem i mimo najlepszych chęci nie umiała zapanować nad kimś o rozmiarach pełnoprawnego smoka. To już większą przytomnością umysłu wykazali się mieszkańcy jej wioski, którzy dla bezpieczeństwa odesłali pozostałe dzieci do innego miasta i zgodzili się jeszcze dać doktorowi-smokowi ostatnią szansę. Dlatego na swój sposób rozumiem Hanka, że działa w taki mrukliwy sposób, w jaki działa, tym bardziej że on wie, że mimo wielu tygodni badań nie udało się znaleźć medycznego rozwiązania na tę przypadłość. Gdyby więc zawsze trafiał na taką naiwną Nancy, która traktuje sytuacje zbyt personalnie i nie widzi zagrożeń, które za tym stoją, to w sumie więcej roboty miałby z ludźmi, a nie z przepotworzonymi podwładnymi. Także tak, tak to się moja przygoda z tym tytułem zakończyła.

4/10 - wierzę, że manga jest chociaż o tę odrobinę lepsza, bo jest ładniejsza graficznie. Anime to znów taki przeciętny średniak robiony przez MAPPĘ na kolanie gdzieś między produkcją Dororo a drugim sezonem Granblue Fantasy.

Kimetsu no Yaiba

Przyczajony Szermierz, Ukryty Smok

Dom Tanjirou jest niezwykle miłym miejscem - nawet jeśli mieszka z samą mamą oraz piątką młodszego rodzeństwa, co na pewno wiąże się z dużymi trudnościami w kwestii wykarmienia tylu gąb naraz, to jednocześnie wszyscy w pobliskim mieście szanują pomocnego chłopaka i chętnie korzystają z jego zmyślności. Jednym z talentów Tanjirou jest niebywały węch, który pozwala mu rozróżnić osoby nawet na odległość, co przydaje się także pewnego śnieżnego dnia, kiedy po wydłużonej aż do rana wizycie wraca do domu. Już z daleka dolatuje go jednak niepokojący swąd - zapach krwi oraz obcej istoty, która doprowadzi do wywrócenia się życia głównego bohatera do góry nogami...

Po tylu latach od doprowadzenia Nasuversum na totalny szczyt popularności anime (bo nie wiem, jak inaczej nazwać to, że co sezon albo dwa mamy nową serię z tej franczyzy), Ufotable może wreszcie z dumą przyznać, że dorobiło się kolejnego hitu. Początkowo chyba każdy niezaznajomiony z mangą widz uznawał Kimetsu no Yaiba za stabilną, ładną, fajną do oglądania przygodówkę... ale raczej nic więcej. Dopiero Natagumo Mountain Arc wywróciło wszystkie oczekiwania do góry nogami i pokazało, że nie należy zadzierać z tymi współczesnymi shounenami - wrogowie ginęli już wcześniej, ale od tego momentu trup zaczął ścielić się gęsto i bez żadnego pardonu dla jakiejkolwiek wrażliwości. Odcinka 19 to chyba nie trzeba nikomu przedstawiać, bo zrobił w szeroko pojętym fandomie taki szum i międzynarodowy zryw bingewatchingowy, że epizod 22 Fate/Apocrypha to się przy tym chowa. I przyznaję, budowanie historii swoje trwało, ale mimo to sprawiło, że przy ostatnim odcinku miało się szeroko rozwartą szczękę i każdy tylko błagał w myślach, aby po endingu pojawiła się plansza zapowiadająca kolejny sezon. Póki co mamy w zapowiedzi film adaptujący kolejny arc, ale wierzę, że Ufotable nie przepuści takiej okazji, wiedząc, że pierwsza płyta z odcinkami sprzedała im się w ilości 11 tysięcy kopii w pierwszym tygodniu (czyt. w ciul dużo). A to było jeszcze przed wyemitowaniem 19 odcinka. No, to tyle ze statystyk. Kimetsu no Yaiba zaskoczyło mnie tym, jak potrafiło wykreować przesympatycznego głównego bohatera, który może nie wymiata we wszystkim jak leci, ale jest bardzo ogarnięty, miły i zdeterminowany, przez co można śmiało postawić Tanjirou w tym samym rzędzie godnych naśladowania protagonistów co Midoriya z BnHA - są w stanie udźwignąć na barkach ciężar całej historii i to właśnie dla nich odpala się te kolejne odcinki/rozdziały mangi. Polubiłam też masę bohaterów z tła i z drugiego planu, w tym zwariowanego Inosuke (doceniam te drobne zmiany w jego charakterze i to, jaki cichy szacun wzbudza w nim Tanjirou). Zenistu, wybacz, ale ty akurat zbyt często jęczysz, więc musisz nad sobą jeszcze trochę popracować. Ale poza takimi duperelkami, które są kwestią subektywną, wciąż uważam, że przyszłość Shounen Jumpa jest zabezpieczona. Życzę więc wszystkim, żeby takie dobre rzeczy były coraz częściej adaptowane przez zdolne, stabilne studia.

8/10 - ocena taka, a nie inna przez to, że anime nie stanowi tak naprawdę pełnej całości i miewało swoje momenty mniej sprytnej animacji (choć nigdy nie brzydkiej!). Ale jeśli będą to kontynuować, to... uch... przez przypadek trafiłam na jakiś mocno późniejszy rozdział, w którym mówi się o śmierci ważnej postaci z obozu dobra, więc spodziewam się, że epickość będzie już tylko rosła.

Lord El-Melloi II Sei no Jikenbo: Rail Zeppelin Grace Note

Prawdziwa dama musi się bronić sama - najlepiej wrestlingowymi chwytami!

Jeśli ktoś pamięta jeszcze taką seryjkę o dorosłych magikach, którzy bili się o kieliszek zdolny spełniać życzenia... Fate/Zero się nazywało, całkiem popularne swego czasu... to z pewnością pamięta również postać Wavera Velveta, który na pałę wbił do Japonii i podpieprzając nauczycielowi pewien artefakt, przywołał za sługę samego Aleksandra Wielkiego, znanego bardziej jako Broskandera. Oczywiście Waver wojny o Graala nie wygrał, ale miał na tyle szczęścia, że zdołał ją przeżyć. Wrócił więc na tarczy do Londynu i postanowił odpokutować za grzechy, które popełnił - w tym również za niebezpośrednie dopuszczenie do śmierci Kaynetha El-Melloi Archibalda, swojego nauczyciela. I tak od przypadku do przypadku Waverowi udaje się przejąć pozycję wykładowcy w Wieży Zegarowej, placówce będącej swego rodzaju Mekką dla magów, a z rąk małej kuzynki Kaynetha otrzymuje tytuł lodra El-Melloi II, przynajmniej do czasu, aż osiągnie ona pełnoletniość i upomni się o należne jej prawa.

Whydunnit, goddamit (lub, cytując klasyka z tego sezonu, "oh fucking bullshit"). Kompletnie nie rozumiem konceptu, aby tworzyć serię w założeniach detektywistyczną, w trakcie której oglądania widz nie tyle nie ma szans na rozwikłanie tajemnicy, co ta tajemnica nie ma sama w sobie najmniejszego sensu. No bo jak niby można rozgryźć, kto zabił, skoro istnieje pół miliona zaklęć opierających się na jakichś cudacznych liniach geomantycznych (czy jak się to niby magiczne paciarajstwo nazywało), które mogło być za to odpowiedzialne? W takim przypadku to nie Sherlocka trzeba szukać na sali, ale Merlina! A jak już przy Merlinie jesteśmy, to jestem aż zaskoczona swoją niedomyślnością, bo przecież każda szanująca się seria osadzona w uniwersum Fate nie może się obyć bez swojej Saber - i proszę państwa, jest ona i tutaj, w miejscu, w którym absolutnie należało się tego spodziewać. Ech, nie można nawet lodówki w spokoju otworzyć, bo już czai się tam jakiś pociotek króla Artura... Okej, ale żarty na bok. Lord Ell-Melloi II kompletnie leży jako kryminał, ale ogląda się go wyjątkowo przyjemnie dla wszystkich tych postaci, które przez lata zdołaliśmy poznać dzięki różnym odnogom franczyzy (a przy okazji dostajemy kilka zupełnie nowych w gratisie, tak w razie jakiegoś kolejnego spin-offa, który na pewno już za kulisami powstaje). Zawsze miło więc popatrzeć na kompetentną, umiejącą we wrestling Luvię, na całego i zdrowego Shishigou, który wciąż jest koksem w swojej dziedzinie, na Caulesa.... no, w roli drugoplanowego, ale bardzo przydatnego supportu, i tak dalej, i tak dalej. O dziwo nawet taka Reines okazała się naprawdę spoko osóbką i chociaż robiłam srogie zakłady, że przy najbliższej okazji wbije ona nóż w plecy swojego przyszywanego braciszka, to do samego końca starała się mu pomagać, przy okazji mając z tego regularną polewkę (i słusznie). Więc tak, studio TROYCA zrobiło, co mogło, postarało się z animacją, rzuciło jenami, żeby wypożyczyć Kajiurę Yuki (jej ending, który zaśpiewała ASCA, to jedna z piękniejszych rzeczy, jaka mnie ostatnia spotkała w życiu), dlatego można oglądać i nie boli. No chyba że zaboli sama końcówka ostatniego odcinka, ale to już wyłącznie ze szczerego wzruszenia.

7/10 - jeśli ktoś się zastanawia, co z ostatnich Fate'ów nadaje się do nadrabiania, to niech go ręka boska broni przed sięganiem w stronę Fate/Extra. Chociaż jest to zaledwie przedsmak większej sprawy, to Przygody Wavera, Co Nigdy Przegrywem Przestać Nie Był są znacznie bezpieczniejszym dla zdrowa wyborem.

Sounan Desu ka?

Mmm, pyszności! Nie ma jak śliwki prosto z drzewa i soczek prosto z rybki.

Dochodzi do nieszczęśliwej katastrofy lotniczej, w wyniku której cztery cudem ocalone dziewczęta - Homare, Asuka, Mutsu i Shion - trafiają na bezludną wyspę, próbując jakoś przetrwać aż do ewentualnego nadejścia ratunku. Jak jednak można się spodziewać po długości serii, ten raczej prędko nie nadejdzie. To znów sprawia, że bohaterki muszą nie tylko przywyknąć do tropikalnej wyspy, ale też wykształcić tam sobie odpowiednie warunki do życia.

Na początku byłam zafascynowana bezkompromisowością, z jaką twórcy prezentowali survival w wykonaniu czterech licealistek (z czego tylko jedna faktycznie ogarniała sytuację i że NIE, TO NIE SĄ ŻADNE WAKACJE NA HAWAJACH). Potem seria coraz częściej ocierała się o tę część krawędziowości, która wydawała się już tylko tanim szokiem w stylu programów Beara Gryllsa, ale ostatecznie anime wyszło na ludzi i okazało się stabilną mieszanką komedii, obyczajówki i łot-de-faka. Miło, że udało się zróżnicować nie tylko charaktery bohaterek, ale i ich stopień przystosowania do niekorzystnych warunków - Homare od początku grała pierwsze skrzypce i stanowiła opokę dla pozostałych, ale Mutsu również wykazała się nie lada odwagą, kiedy zgłosiła się do nauki skórowania czy pomagała przy eksplorowaniu wybrzeża wyspy. Asuka stanowiła takie zapasowe mięśnie grupy, choć rozumem raczej nie grzeszyła, natomiast Shion... eee... dbała o resztki cywilizowanego zachowania? No, łagodnie rzecz ujmując. Ale na tym polega cała zabawa, żeby ludzie różnili się od siebie, więc nawet taki wioskowy (wyspowy?) głupek bywał przydatny, ponieważ w pewnych momentach pozwalał popchnąć fabułę do przodu. Jak na takie krótkie, przyzwoite graficznie anime, którego odcinki zajmowały niecałe trzynaście minut (w tym chwytliwy opening oraz akceptowalny ending) - nie mogłam marzyć o niczym więcej. Takimi ciekawymi średniakami to ja mogłabym sobie w nieskończoność zapychać ramówkę jak chomik policzki za pomocą marchewki.

6/10 - Yuru Camp i biwakowanie w czasie chłodów? Pfff! Trzym mię piwo! To się dopiero nazywa obozowanie na całego! Zdecydowanie nie każdemu przypadnie do gustu, ale stanowi bardzo miłą odmianę od szkolnych komedii o dziwnych klubach.

Toaru Kagaku no Accelerator

Bo jedna nadaktywna loli to już tłok.

Poznajcie Miasto Akademickie, w którym żyją nastoletni esprzy, sklasyfikowani względem siły swoich umiejętności od ranki poziomu 0 aż do poziomu 5. Niestety, niektórym naukowcom marzyło się, żeby sztucznie doprowadzić do stworzenia espra o poziomie 6, dlatego w tajemnicy prowadzono pewien projekt, w którym najlepszy z poziomu 5, niejaki Accelerator, miał zabić dwadzieścia tysięcy klonów Misaki Mikoto, innej potężnej esperki. Gdzieś w połowie eksperyment wziął jednak w łeb - podobnie jak w łeb dostał sam Accelerator, co nie skończyło się dla niego zbyt dobrze. Chłopak stracił część władzy na ciele i umyśle, ale wciąż pozostał niezwykle niebezpiecznym przeciwnikiem, który potrafi kontrolować wszystkie posiadające wektor siły. Zwichrowane poczucie moralności Acceleratora równoważy jednak uwielbiająca jego towarzystwo Last Order, czyli mały, posiadający emocje klon, który potrafi zarządzać siecią pozostałych przy życiu Misak. I już wkrótce ta dwójka będzie musiała się zmierzyć z nowym zagrożeniem, gdy do miasta przybędzie tajemnicza, parająca się nekromancją dziewczyna, która szuka właśnie Last Order.

Czyli Acc-kun chciałby odpoczywać w sanatorium, ale nie może, bo żyć mu nie dają. Ech... im dłużej o tym myślę, tym mocniej nierówne wydaje mi się to uniwersum Raildexa. Jeśli chodzi o oba sezony Railguna, to każdy sprawdzał się naprawdę solidnie, ponieważ cały czas konsekwentnie rozwijano w nich Miasto Akademickie, kładziono nacisk na prezentowanie relacji między całkiem liczną grupą bohaterek, ich problemy się przeplatały, a wątki rozwijały (za Misaką ciągnęła się sprawa jej klonowania, która osiąga kulminację wraz z konfrontacją z Acceleratorem, Saten odczuwa presję związaną z tym, że ma tylko level pierwszy jako esper, dzięki Kuroko i Uiharze można było regularne obserwować pracę Judgment od zaplecza, i tak dalej, i tak dalej). W przypadku Indexa mam oczywiście nieco bardziej mieszane odczucia. Nie wyszłam poza pierwszy sezon, ale mam wrażenie, że jedyne, czym Touma się tam zajmuje, to zbiera kolejne dziewczynki do haremu i musi użerać się ze swoją irytującą chibi-zakonnicą. Niemniej istnieje chociaż nadzieja, że w jakikolwiek sposób eksploruje to wątek Kościoła i magii. Za to Toaru Kagaku no Accelerator... mam wrażenie, że Acc-kun zaczyna się niebezpiecznie upodabniać do Toumy, a gdyby nie to, że tkwił akurat w szpitalu, to cała tą historia powinna się rozwiązać w ciągu trzech odcinków (licząc pierwszy, jeszcze bardziej fillerowy niż pozostałe). W końcu jedynym ograniczeniem dla głównego bohatera była prędkość, z jaką wrogowie przed nim spieprzali - no bo przecież nie bateria przy szyi, bo ta rozładowywała się dowolnie od zachcianki, raz po krótkiej walce, a raz po całej nocy siania zamętu. I niby wiem, że taka przekokszona postać jest czymś naprawdę trudnym do prowadzenia, żeby nie rozwiązywała pstryknięciem palców wszystkich istniejących problemów, ale... cóż... ale nic się tak naprawdę w tej serii nie zmieniło. Acc-kun nie przeszedł żadnej drogi, nie zmienił zachowania, niczego nie zrozumiał. Po prostu wklepał komu trzeba i tyle. Jeśli już, to była to seria poświęcona tej całej nekromantce Esther i jej dramie, ale wciąż nie jestem pewna, czy jej historia nie pasowałaby bardziej pod standardy Indexa, gdzie Acc-kun przyplątałby się tak w ramach nieskomplikowanego cameo. No nic. Nadchodzący zimą trzeci sezonie Railguna - obroń honor uniwersum!

6/10 - właściwie nawet jak ktoś lubi Acc-kuna, to się tą serią nie nacieszy, bo było go legitnie mało. A o Last Order to już na serio zapomniałam, że istnieje.

Tsuujou Kougeki ga Zentai Kougeki de Nikai Kougeki no Okaasan wa Suki Desuka

A gdzie twoja mama trzyma książeczkę oszczędnościową?

Czy gdybyś mógł przeżyć przygodę w pełnoprawnym świecie fantasy, to czy zdecydowałbyś się zabrać na nią swoją mamę? Podejrzewam, że nikt przy zdrowych zmysłach nie chciałby mieć na karku osoby, której nieustannie trzeba by było objaśniać, czym są punkty doświadczenia, dlaczego trzeba zabijać te śmieszne, glutowate stworki oraz czemu marzeniem każdego zdrowego chłopaka jest to, aby mieć w drużynie same seksowne elfki. Takie samo zdanie w tym temacie podzielał Ma-kun... znaczy, podzielał Masato, który nie miał jednak zbyt wiele szczęścia i w wyniku szeroko zakrojonego spisku utknął w grze online razem ze swoją mamą. Ale to jeszcze byłoby pół biedy. Cała bieda rodzi się wtedy, kiedy twoja własna rodzicielka jest nadal zbyt mocno nadopiekuńcza, a na dodatek jest większym koksem od ciebie, bo potrafi rozwalić hordę potworów dwoma machnięciami mieczy. Czy w takich warunkach w ogóle da się cieszyć młodością?!

Gdyby ktoś kazałby mi powiedzieć, co skłoniło mnie do ukończenia tego anime, to chyba wolałabym od razu zgłosić się na policję niż próbować to jakoś logicznie wytłumaczyć, ewentualnie poszłabym do hipnotyzera, żeby wymazać sobie o tym wszystkim wspomnienia, bo tak - tak bardzo nie wiem, czemu co sezon muszę sobie aplikować stałą dawkę absurdalnej śmieciowości. Zmyliły mnie te dwa pierwsze epizody, które sugerowały wcale nie taką głupią parodię isekajów i gier MMO-RPG z uwzględnieniem dość nietypowej obsady. Tymczasem od trzeciego odcinka rozpoczął się niesmaczny horror związany z seksualizowaniem mamuśki jak się tylko dało (ach, ta cudowna scena z obłapianiem gołej Mamako obryzganej śluzem potworów). Oczywiście tyle dobrego, że Masato się temu nie poddawał i do samego końca traktował te zagrywki jako kompletnie niesmaczne bądź tak złe, że chciałby z ich powodu umrzeć z zażenowania. I wiecie co? Chyba nigdy tak szybko nie zaczęłam sympatyzować z głównym bohaterem isekaia, więc przyznaję, że ta trudna sztuka całkiem twórcom wyszła. Gorzej z innymi elementami. Pomysł na fabulę oraz gagi z rodzaju nasza-gra-jest-taka-pro-mamuśkowa-że-nawet-ma-oddzielny-system-ich-nagradzania kompletnie wyczerpały swoją formułę tuż po wątku z Wise i w praktyce seria jeszcze dwa razy starała się odgrzewać kotleta, który dopiero co został usmażony. Nawet na myanimelist, uświęconym trollami miejscu, gdzie praktycznie pod każdym anime pojawiają się pytania z rodzaju "ale czemu tak nisko?!", w tym przypadku publika okazała się wyjątkowo zgodna i oceniła serię na zawrotne 5.85. MILFsekai - oto, do czego zaprowadził nas geniusz współczesnej ludzkości. Tylko zawsze mi się wydawało, że głównym celem jest produkcja lekarstw na nowotwory, a nie dokładanie nam nowych raków...

3/10 - dlaczego właściwie zdecydowałam się to zrobić swoim rodzicom, który przecież wychowywali mnie w jak najlepszej wierze i staraniach, bym została porządnym, prawym człowiekiem...? Najgorsze jednak w tym wszystkim jest to, że z tego bagna nie da się wyjść. Kto raz sięgnie po isekaje, ten będzie tkwił w tym po uszy, wierząc, że kolejny idiotyczny koncept okaże się perłą w gnojowisku... albo chociaż glutem na miarę naszych możliwości...

Uchi no Ko no Tame naraba, Ore wa Moshikashitara Maou mo Taoseru kamo Shirenai.

Przez twe oczy fiołkowe, fiołkowe - oszalałem!

Dale jest poszukiwaczem przygód, który żadnej pracy się nie boi (choć jednocześnie jest całkiem znanym, nie tak źle usytuowanym człowiekiem oraz naprawdę twardym, bezwzględnym specjalistą od eksterminacji), dlatego wybiera się z robótką do lasu, by przetrzebić na zlecenie tamtejsze potwory. Kiedy sądzi już, że wykonał zadanie, napotyka małą, rogatą dziewczynkę, która błąka się po lesie i nie do końca umie mówić... po ludzku. Bo po demoniemu już jak najbardziej tak. Dale nawiązuje z dziewczynką kulawy dialog, dowiadując się, że mała ma na imię Latina i że jej opiekun już od jakiegoś czasu leży nieopodal w formie wysuszonego nieboszczyka. Trochu słabo, no nie? A że Dale mimo wszystko nie ma serca z kamienia, dlatego decyduje się zabrać Latinę ze sobą i traktować ją jako swoją córkę.

Jeśli przymknie się oko (a nawet oboje oczu) na spore niedostatki animacji - szczególnie że dla studia Maho Film ta seria to absolutny debiut, a reżyser i scenarzysta to owszem, zasłużeni specjaliści, ale od hentajców i haremówek - to okazuje się, że pod względem fabuły UchiMusume udało się stworzyć całkiem ciepłą, przyjemną historię, ogromnie wyróżniającą się na tle isekajów i zakamuflowanych-isekajów-będących-wciąż-grami-mmo-rpg. Jakbym miała to do czegoś przyrównać, to zdecydowanie byłoby to Usagi Drop w świecie fantasy: mamy samotnego faceta, który w przypływie odwagi decyduje się podjąć wychowywania kilkuletniej dziewczynki, nie mając nawet najmniejszego pojęcia o tym, jak takie stworzenia funkcjonują; sama bohaterka jest pewnego rodzaju wyrzutkiem, który stopniowo odnajduje swoje nowe miejsce na świecie i zaczyna się troszczyć o otaczające ją grono osób; oboje bardzo potrzebują się do życia i starają się być lepsi dla tego drugiego członka rodziny... No cud-miód-malina. W sumie nie dziwię się, że Dale (w tej roli niezastąpiony Skrzeko-man, czyli Nobuhiko Okamoto) ma absolutnego fioła na punkcie Latiny. Dziewczynka jest urocza, grzeczna, początkowo odrobinkę naiwna, ale z czasem ta wrażliwość przeradza się w świetną zaradność i opanowanie. Normalnie życzyłabym każdemu takiej córki, która w wieku kilku lat już umie pomagać w kuchni i zna wartość ciężko zarobionych pieniędzy. Takie serie jak UchiMusume udowadniają więc, że jeśli tylko bohaterowie potrafią zaskarbić sympatię widzów, to sama grafika może już być szczątkowa, a fabuła nieskomplikowana w użytku jak zafoliowana paczka parówek.

6/10 - arcymiły średniak na urozmaicenie czasu. Minister Zdrowia ostrzega jednak - kiedy zdecydowałam się na  porównanie UchiMusume do Usagi Drop, to miałam na myśli znacznie więcej szczegółów niż tylko wymienione... dlatego odradzam sięganie po oryginał, bo natkniecie się tam na zakończenie, na które tylko Japończycy mogli wpaść...



Wyróżnienia specjalne:

Najlepsza grafika 
Muszę przyznać, że Kimetsu no Yaiba zmiotło konkurencję już samym kultowym odcinkiem 19. Jasne, Carole & Tuesday było naprawdę śliczne, ale pokazy slajdów pokazywane przy każdej nowej piosence robiły się na dłuższą metę męczące. A znów pomysł na wizualizację rozmaitych technik mieczy Zabójców Demonów okazał się wyjątkowo odświeżający i tak po prostu piękny.
 
Najlepsza muzyka 
Tu jednak Carole & Tuesday są bezkonkurencyjne. Zarówno pod względem samego soundtracku stworzono mega nastrojowe tło, jak i mnogość insert songów pobija na łeb, na szyję wszystkie istniejące serie o idolkach. Kurczę, ile ja bym dała, żeby takie Move Mountains albo Light a Fire usłyszeć w legitnym radiu...

Najlepszy opening/ending
 
Argh, ten sezon obfitował w świetne rzeczy... jak klęska, to od razu urodzaju... więc pod wpływem chwili wskażę na opening do nieobecnego w zestawieniu Enen no Shouboutai. Twórcy nie poszli na łatwiznę, tylko od razu wytoczyli najcięższe graficzne działa, prezentując tak świetny kawałek akcji, że mucha nie siada. I przy okazji w bardzo sprytny sposób przedstawiono umiejętności każdego z głównej ekipy! No aż żal było przewijać...

Najlepsza postać

Protect this smile! Tanjirou z Kimetsu no Yaiba zasługuje na solidne uściski oraz podziękowania za swoją obywatelską postawę wobec niesienia na barkach trudnej roli głównego bohatera. Dba o siostrę, ale jej nie fetyszyzuje, potrafi ponarzekać na kumpli, ale jednocześnie nigdy nie porzuciłby ich w potrzebie, walczy do upadłego, choć oczywiście każda potyczka daje mu mocno w kość. I tak się buduje godne podziwu "od zera do bohatera".

Moje OTP

Naprawdę przyjemnie oglądało mi się pairing Amagi x Sonezaki w Araburu Kisetsu no Otome-domo yo. Momentami mocno drżałam nad tym, czy wszechobecna drama nie spowoduje rozłamu również między nimi, ale na całe szczęście okazali się ostoją wszelkiej licealnej kjutności. Polecam!

Największe feelsy:
Given z odcinkiem 9 naprawdę mocno uderzył mnie w serce. Najpierw ogromnie się denerwowałam, widząc, jak bohaterowie nie mogą doprowadzić swojej piosenki do żadnego ładu i składu, ale kiedy już doszło do występu i ten beznadziejnie mruczący Mafuyu z pierwszego odcinka dał głos i wyraził wszystko, co w nim przez ten czas siedziało... cóż. Powiem tak - kategoria insert songów w podsumowaniu roku doczekała się nieoczekiwanego czarnego konia.

Największe wtf?!
 
Jeden, wielki ciąg zaskoczeń towarzyszył mi podczas seansu Kanata no Astra, ale w znaczeniu znacznie pozytywniejszym niż zwykle chodzi w tej kategorii. Nie było nawet jednego odcinka bez większego zwrotu akcji i plottwistu trzymającego w solidnym napięciu. Jeśli macie okazję, nie spoilujcie sobie serii i dajcie jej szansę. To zdecydowanie jej najsilniejszy punkt.

Moje guilty pleasure 
Jak już można było to wywnioskować z opisu, Okaasan Online jest w tym sezonie moim grzechem głównym. Chyba łatwiej byłoby mi się wytłumaczyć z oglądania najnormalniejszego w świecie porno zamiast z ecchi opartego na postaci syna, który musi sobie radzić z mizdrzącą się na wszystkie strony, niepełnosprytną mamuską. 

Największy zawód
 
Cop Craft - po mega przyjemnych dwóch odcinkach nadeszła katastrofa w postaci trzeciego, a potem to już nastąpiła równia pochyła. Pod koniec nie wiedziałam nawet, za jaką część ciała się łapać, bo animacja (czy raczej jej brak) osiągała coraz nowe wyżyny lenistwa, za to rozwój relacji między dwójką głównych bohaterów się wziął i się wygrzebał na ryło jak Tirana z gifa. Zgłaszam na policję ograbienie mnie z nadziei na sobre animu!

Najlepsza kontynuacja
 
Nie wiem jakim cudem, ale w tym sezonie nie obejrzałam żadnej pełnoprawnej kontynuacji, więc... więc chyba podciągnę pod tę kategorię jeden z dwóch zaliczonych spin-offów, czyli Lorda El-Melloi II. Jako kryminał można go było potłuc o kant tyłka, ale jako czysta, nieskomplikowana frajda dla uzależnionych od Nasuversum stanowił solidną działkę... ten... animacji! No jasne, że animacji. Animacji, prawda...?

Najlepsza nowa seria
 
Tylko jednej serii udało się pozostawić mnie z uczuciem głębokiego głodu na więcej. Kimetsu no Yaiba rozgościło w moim sercu zdecydowanie na dłużej i chociaż jako seria ma swoje braki, to jako wstęp do przygody z tym uniwersum nie mogło spisać się lepiej. Ufotable, idź tylko tą drogą!


PS. A teraz czas na rozwiązanie emoji-zagadek, które jakąś chwilę temu wrzuciłam na profil na Facebooku. Kto chce, może po raz ostatni podjąć się wyzwania, za to ciekawscy mogą sprawdzić odpowiedzi w linku poniżej. Za to już od środy (2 października) możecie oczekiwać nowego ataku postów z pierwszymi wrażeniami z anime sezonu jesiennego ;)

1. 💪🤸‍♂️👧🏼
2. 🎸👬
3. 🎹🎸
4. 👹🗡️
5. 🧝‍♀️👮‍♂️
6. 🐁🐈🍙
7. 🤖🧙‍♀️🎇
8. 🚀🌌👨‍🚀
9. 🏝️👩‍👩‍👧‍👧
10. 📚💕
11. 🎮👩‍👦
12.🐺👧🏻🔫
13.🎩🃏👧
14.🇬🇧🧙🚂
15. 👨‍👧 😈