Czy jest się bardziej zatwardziałym fanem, czy raczej kichającym na ich fenomen purrrystą - chyba nikt nie wątpi w to, że koty są Bardzo Tajemniczymi Stworzeniami. Sam fakt, że mogą się poszczycić aż dziewięcioma życiami w zapasie, a na dodatek wszystkie w nocy robią się szare, to zaledwie ułamek ich możliwości. Dowodem tego fenomenu Matki Natury jest również Kuro - główny bohater krótkiej, trzytomowej mangi o tym samym tytule. Kocurek jest tak oddalony od normalności jak to tylko możliwe, co sprawia, że historia opowiadająca o nim i jego właścicielce jest niesamowicie zabawna, intrygująca, ale też na swój sposób przerażająca. Dlatego niech was nie zmyli urocza twarzyczka głównej bohaterki (której osobowość na szczęście prezentuje się tak samo uroczo jak wierzchnia warstwa), bo manga autorstwa Somato nie do końca jest skierowana do dzieci...


Tytuł: Kuro
Tytuł oryginalny: Kuro
Autor: Somato
Ilość tomów: 3
Gatunek: tajemnica, horror, okruchy życia
Wydawnictwo: Waneko
Format: 195 x 135 mm (powiększony)


W wielkiej posiadłości mieszka sobie mała dziewczynka imieniem Koko, dla której jedynym towarzyszem życia jest czarny kotek, Kuro. Jak Koko przyznaje już na wstępie, Kuro uciekł od niej kiedyś tylko jeden jedyny raz, natomiast kiedy wrócił, stał się jakiś taki trochę… dziwny? Znaczy, dziwny nawet jak na standardy kota. Dziwny szczególnie jak na standardy kota. I jest ku temu powód - w świecie, w którym żyje Koko, istnieją czarne potwory, które atakują ludzi oraz zwierzęta, zabijając ich, a następnie wysysając z nich kolor. Przed zupełną samowolką powstrzymują je jedynie białe linie, malowane dla bezpieczeństwa wzdłuż brzegów dróg. Wioską Koko rządzi więc zasada, aby pod żadnym pozorem nie zbaczać ze ścieżek. Czemu jednak "przemieniony" Kuro zachowuje się zupełnie inaczej, dlaczego Koko nie widzi jego nienaturalnej postaci i jakim cudem zwierzę nie tylko nie atakuje dziewczynki, ale nawet broni ją przed innymi zagrożeniami?

Wielkie posiadłości zawsze generują pojawianie się równie wielkich tajemnic. ZAWSZE.

W klimacie Kuro oraz w samym czarnym kociaku roztaczającym wokół siebie mroczną aurę zakochałam się praktycznie od pierwszego wejrzenia. Chyba każdy, kto ma jakąkolwiek styczność z kotami - czy to dzieli z nimi przestrzeń mieszkalną i oddaje im najlepsze kąski indyka, czy po prostu ogląda śmieszne filmiki na Youtubie - wie, że to piekielnie dziwne zachowujące się istoty i że posiadają takie sekrety, o którym nawet filozofom się nie śniło. Kuro doskonale wpisuje się w ten schemat. Prezentuje kulisy życia kota z naturalnym (albo nadnaturalnym?) wdziękiem i choć jego przygody mogą się wydawać absurdalnie przerysowane, to jednak po wybuchu śmiechu przychodzi ta dziwna chwila konsternacji "a kto go tam wie, czy ten Mruczek, co to siedzi na parapecie staruszki spod czwórki, też nie ukrywa pod sierścią dwudziestu par oczu?". Ano właśnie. Wszędzie czają się jakieś dziwactwa, jak nie flerkeny, to czarne monstra z paszczami ala tasiemiec uzbrojony... Dodatkowo zachowanie niczego nieświadomej Koko, która widzi tylko pierwszą warstwę nietypowego zachowania Kuro, podczas gdy czytelnik macha jak opętany rękami, niemal krzycząc do niej "Tam! Za tobą!", w prosty i piekielnie skuteczny sposób angażuje człowieka w całą sytuację. Bo niby nic się nie dzieje, niby wszystko jest w porządku, ale kto go tam wie, kiedy Kuro wbije pazur w plecy właścicielki.

Koty już tak mają - jedne mówią "piau!", inne ukrywają w gardłach silniki Harley'a.

Nie jest to jednak manga, którą bez namysłu poleciłabym zupełnie małym dzieciom, bo wiem, jak odrobina sugestywnie narysowanego potwora potrafi działać na wyobraźnię. Dygresja time: w dzieciństwie ogromnie bałam kosmitów z Gwiezdnych Wojen, których widziałam w reklamach zapowiadających jakąś część z trylogii 1-3, więc tak, czasami naprawdę niewiele potrzeba do takiego "szczęścia". Więc nawet jeśli projekty postaci automatycznie kojarzą się z bajkami dla najmłodszych, a użyty tu język jest prosty jak budowa cepa (tym bardziej że za głównego narratora robi sama Koko), to całą fabułę o wiele bardziej docenią osoby starsze, przygotowane na odrobinę kuriozalne, inteligentne zwroty akcji. Oczywiście dzieci też mogą się nieźle ubawić na rozdziałach związanych z dziwactwami samego Kuro - i myślę, że tutaj absolutnie nie ma się czym stresować - natomiast momenty, kiedy pojawiają się właściwe potwory zamieszkujące tereny wokół wioski... no w tych sytuacjach klimat bywa naprawdę ciężki, a bohaterom nie tak rzadko zdarza się umierać. Ale to oczywiście działa na korzyść przyjętej konwencji lekkiego dreszczowca, bo dzięki temu budzi to w czytelniku podobny co u sąsiadów Koko niepokój, czy ten Kuro to też aby nie ma czegoś za uszami. I pewnie ma. Jakieś macki albo co...

Wierzę, że koty wyewoluują sobie kiedyś to trzecie oko na potrzeby stałego śledzenia miski z jedzeniem.

Ale, ale! Chociaż skupiam się na epizodyczności przygód Kuro i Koko, to oczywiście przez wszystkie trzy tomy możemy też śledzić wątek główny coraz mocniej skupiający się na tym, jak główna bohaterka będzie musiała skonfrontować się z rzeczywistością i zdać sobie sprawę z tego, że nie wszystko, co dzieje się dookoła niej, jest takie proste i sympatyczne jak kiedyś. Oczywiście warto nadmienić, że Koko nie jest zupełnie odcięta od reszty wioski, więc to nie tak, że musi stawiać czoła problemom sama - w końcu przyjaźni się z Milk, jej rówieśniczką, w posiadłości regularnie odwiedza ją starszy pan doktor, który z jakiegoś powodu mocno interesuje się czarnymi potworami, pojawia się pani Brenda, która jest nauczycielką Koko, a razem z kobietą przychodzi również jej mała córeczka, Sezame. Ach, no i jest jeszcze odrobinę starsza od Koko Maria, która z niewiadomych względów ma na pieńku z dziewczynką, czy może raczej z jej koto-potworkiem, łypiącym na nią trzecim okiem. I tak, wszyscy mieszkańcy zdają sobie sprawę z nie do końca uroczej postaci Kuro, jednak tylko nieliczni tolerują to, że coś tak niepokojącego jest w stanie koegzystować z małym dzieckiem, na dodatek w posiadłości, która jest owiana nieszczególnie dobrą sławą. Trochę trudno się więc dziwić, że każdy z nich tylko snuje domysły, kiedy to wszystko weźmie i jebutnie. A trochę bierze i jebuta.

Pierwszy poważny życiowy zawód, kiedy uświadamiasz sobie, że twój kot ma cię tam, gdzie karma kończy swój żywot...

Kuro to pozycja nietypowa nawet jak na nasz rynek i to nie tylko przez fakt posiadania magicznego kota. Komiks jest w dwóch trzecich kolorowy, a każda strona - przynajmniej z tych barwnych - stanowi oddzielny tyci-rozdzialik. I w tym tkwi szczególna siła całej opowieści. Niby wydawałoby się, że prezentowanie tak krótkich scenek zmniejszy płynność czytania, ale działa to zupełnie na odwyrtkę i przez ilość zaskakujących puent czytelnik automatycznie zagląda do kolejnej historyjki, i do kolejnej, i do kolejnej, i... i wtedy orientuje się ze zgrozą (pewnie to stąd ten tag "horroru"), że manga została przeczytana. To samo nieszczęście przytrafiło się również mi, więc dam wam jedną przestrogę - uważajcie, bo tomiki mają zaledwie po 128 stron, więc czytelniczy kac-morderca bez serca może bardzo szybko pozbawić was lektury. A warto się nią rozkoszować, po rysunki są po prostu śliczne - te biało-czarne są nawet ładniejsze przez niesamowitą czystość i gładkość kreski - a nieco wolniejsze tempo czytania spowoduje, że zakończenie wybrzmi lepiej i zadziała na was mocniej.

A jak kupicie w sklepie stacjonarnym Waneko (albo na konwencie) cały pakiet, to dostaniecie go razem z uroczą wstążeczką!

Zaręczam więc, że nie kupujecie - hehe - kota w worku. Kuro to seria krótka i dość prosta w założeniach świata przedstawionego, ale przepełniona urokiem i specyficznym nastrojem; nie jakimś posępnym czy strasznym, ale zachęcającym do myślenia nad naturą czworonożnych stworzeń, które tak bardzo uwielbiają chodzić własnymi ścieżkami. Będzie piękną ozdobą biblioteczki (ach, te panoramiczne obwoluty! ach, ta matowa gładkość!), lekturą, do której świetnie się wraca po pewnym czasie (Kuro czytałam już kiedyś w internetowych skanach i potwierdzam, że wiele sytuacji zaskoczyło mnie tak samo mocno jak dawniej), ale jest też dobrą propozycją, żeby wciągnąć w mangi ludzi, którzy mają jakieś opory związane z przeglądaniem czarno-białych rysunków. I zdradzę też, że zamierzam sprezentować ten tytuł na urodziny mojej niemangowej przyjaciółce, więc zaręczam, że nie rzucam kotów na wiatr. A takich tytułów jak Kuro powinno być zdecydowanie więcej.

Za udostępnienie mangi serdecznie dziękuję wydawnictwu Waneko