Bohater na miarę naszych (małych) potrzeb - recenzja mangi Złoty rycerz (jednotomówka)

Raczej nie trzeba wyskakiwać z żadnym rewolucyjnym twierdzeniem, że jednotomówka to naprawdę krótka manga - co jednak można powiedzieć o tomiku, który jest zbiorem kilku jeszcze mniejszych, często niepowiązanych ze sobą opowieści? Czy to zaledwie półprodukt, który nie jest w stanie spełnić fabularnych zapotrzebowań statystycznego czytelnika? A przecież mamy na rynku kilka solidnych pozycji z tego rodzaju: lekki Rock na szóstkę, świetne Na dzień przed ślubem, przepiękne Dziewczyny z ruin, wzruszające W stronę lasu świetlików, dające do namysłu O.B..... Jest w czym wybierać i właściwie co się pojawia, to jest to z marszu pozycja zdecydowanie warta polecenia. Co zatem nowego oferuje w tej kwestii Złoty rycerz, drugi już tytuł od Nao Tsukiji (po wspomnianych już Dziewczynach z ruin), czyli niekwestionowanej liderki w kategorii Rysowania Smukłych Nóżek oraz detali wprost wylewających się falami z kolejnych stron czytanej mangi? Czy jako rzecz, która powstała na początku kariery tej utalentowanej mangaki, dostarcza odpowiedniej dawki kwiatków i paciorków na metr bieżący papieru? Biorę lupę w garść i lecę to zbadać.


Tytuł: Złoty rycerz
Tytuł oryginalny: Kiniro Kishi
Autor: Nao Tsukiji
Ilość tomów: 1
Gatunek: komedia, dramat, fantasy, romans, shoujo
Wydawnictwo: Waneko
Format: 195 x 135 mm (powiększony)


W mandze są zawarte trzy historie (dwie po dwa rozdziały i jedna pojedyncza, dość krótka na dodatek) pochodzące z wczesnych lat twórczości Nao Tsukiji. Pierwsza opowieść dotyczy tytułowego złotego rycerza, czyli młodego mężczyzny imieniem Shiro, który był kiedyś członkiem prestiżowej Gwardii Złotych Lwów, ale przez pewien wybryk został zdegradowany i zesłany do pilnowania prowincjonalnego miasteczka zwanego Wygwizdowem. I choć z jednej strony chłopak zdaje się nieźle korzystać z życia na uboczu, bezwstydnie flirtując z lokalnymi panienkami, to jednak wciąż stara się nieść pomoc wzywającym go na ratunek mieszkańcom - a że najczęściej chodzi o turlanie jabłek czy wyciąganie staruszek z bagien to już nieco inna sprawa... Druga historia opowiada znów o Anzu, piastunce dzwonu, która ma bić na alarm, gdy w zasięgu jej miasteczka pojawią się krwiożerczy barbarzyńcy - i jak się w takich sytuacjach zwykle okazuje, prawda jest nieco inna niż się na pierwszy rzut oka wydaje. Zbiór kończy miłosna przygoda pewien arystokratycznej panienki, która odwiedza sklep z bibelotami, by kupić tam prezent na urodziny ukochanego koniuszego, a przy okazji dostaje od urodziwego sprzedawcy kilka cennych, życiowych rad odnośnie uczuć.

Świeci się jak rycerzowi klejnoty!

Pierwszą rzeczą, od której w przypadku mang tej autorki należy koniecznie zacząć pochwały, jest nie tyle fabuła, ale właśnie strona wizualna, bo jest ona absolutnie wyjątkowa. Nawet nie umiem nazwać się zagorzałą fanką tej stylistyki, bo czasami kadry bywają mało czytelne albo są zbyt wyładowane ozdobnikami, jednak wciąż mój podziw i szacunek wzbudza to, że istnieją jeszcze w Japonii autorzy, dla których rysowanie każdego drobnego detalu to po prostu czysta, nieskrępowana frajda. I to tu widać. Pewnie gdyby pani Tsukiji mogła, to po prostu rysowałaby artbooki z pięknymi arystokratkami i smukłymi księciuniami, którzy mają o wiele par żeber więcej niż przewidziała to matka matura. Ale że jej talent wydaje się niespożyty, dlatego lepiej dla nas, bo może rysować całe przebogate historie, tak o, na złość leniom patentowanym w stylu Kubo Tite.

A teraz zgadnijcie, ile z tych postaci jest płci męskiej i jak to możliwe, że jednak wszystkie?

Od strony fabuły mangę polecałabym raczej zagorzałym fanom autorki, amatorom klasycznych shoujo czy haremówek (tak gdzieś z początku wieku) oraz osobom, które ogólnie lubią ładne zbiory z krótkimi historyjkami. Na tym polu pozycja sprawdza się  wyjątkowo solidnie. Jeśli jednak liczycie na powtórkę z rozrywki z Dziewczyn z ruin, to niestety, srogo się tu zawiedziecie. Tamten zbiór był o wiele poważniejszy, bardziej mroczny i... hmm... ezoteryczny, jeśli mogę to tak ująć, i w ogóle więcej uświadczyliśmy tam takiego trochę niepokojącego klimatu starych baśni. W przypadku Złotego rycerza zostajemy znacznie bliżej ziemi, przy jednoczesnym wzmocnieniu akcentu na humorze. Z tego też względu zaprezentowane historie są pełne sprzeczności. Z jednej strony narysowane są ślicznie i z dbałością o detale, a i opowiastki potrafią zaskoczyć swoją przewrotną puentą, jednak z drugiej występują tu żarty, które potrafią być wyjątkowo niskich lotów - jak chociażby wspominanie o małpach rozrzucających kupę czy wprowadzenie buraka o korzeniu w kształcie majtek (no bo przecież wspominanie o majtkach "jezd takie śmiszne"). To znów momentami kompletnie wybija z nastroju danej historii i sprawia, że mangę trzeba na chwilę odłożyć i napić się czegoś mocniejszego - może być również mocno zimna cola - żeby już całkiem nie zetrzeć zębów od cringe'u. To jednak w dużej mierze zależy od osobistego poczucia humoru i ile jest się w stanie zaakceptować w, dość luźnych przecież, opowiastkach.

Każdy z nas przeżywa w swoim życiu okres fascynacji żartami o kupie i tyłkach - również mangacy.

Wydanie prezentuje się bardzo ładnie: manga ma błyszczącą, niezwykle barwną obwolutę (pod spodem kryje się niestety tylko powtórzony szkic grafiki), zawiera śliczną rozkładówkę z bohaterami wszystkich trzech historii i została wydana w tradycyjnym formacie powiększonym. Żadnego łupieżu nie zarejestrowałam, natomiast tym, co mnie raziło, był język pod względem ogólnie przyjętego stylu wypowiedzi - niby jest to takie quasi-fantasy, niby można podciągnąć to pod motywy szlacheckie, ale jednocześnie współczesne odzywki potrafiły napsuć krwi (jak choćby książę barbarzyńców mówiący "cheese" czy szukający "fajnej laski" jako żony). Widać, że autorka nie miała jeszcze wyrobionego stylu w kwestii charakteryzowania postaci i odbija się to zarówno na samym słownictwie, jak również nieustannym puentowaniu komediowych scen przerysowanymi, krzywymi minami postaci.

Wyginam śmiało ciało, dla mnie to... normalka!

Finalnie mogę więc powiedzieć tyle, że jest to jednotomówka porządna, dobra, urozmaicająca czas, ale jednak nie wyjątkowa. Zdecydowanie nie trafi do wszystkich, jakkolwiek jeśli tylko będziecie świadomi jej znaczącej odrębności od późniejszych prac tej autorki (o takim Adekanie nawet nie wspominając, choć jednocześnie dużo pomysłów z tych opowieści zostało potem wykorzystanych w serii, więc można to potraktować w ramach ciekawostki), to wszystko powinno być w całkowitym porządku. I zdecydowanie warto traktować ją przede wszystkim jako rozrywkę, nie kompendium wiedzy o złożoności ludzkiej psychiki czy podręcznik filozofii dla początkujących, bo wtedy sprawi najwięcej radości.

Za mangę serdecznie dziękuję wydawnictwu Waneko.

Publikowanie komentarza

0 Komentarze