Po tej (nie zawsze) tęczowej stronie życia - recenzja mangi O.B. (jednotomówka)

Manga O.B. - co jest skrótem od pełnego Occupation to Beloved, czyli na polski coś w rodzaju Zajęcia dla Ukochanego - to czwarta już część łączonego uniwersum autorstwa Asumiko Nakamury oraz czwarta manga tej autorki, która została włączona do cyklu Jednotomówek Waneko. Nikomu innemu podobna sztuka, aby być wydanym w tej ilości w ramach tej konkretnej serii, się jeszcze nie powiodła (choć Scarlet Beriko czy Nao Tsukiji dzielnie próbują rekord nadgonić). No i w porządku, wszystko brzmi naprawdę ładnie i dumnie… ale jak to właściwie jest z tymi wspomnianymi powiązaniami? Skoro to to samo uniwersum, ale jednocześnie uznajemy je za jednotomówki, to czy trzeba znać poprzednie części, żeby zrozumieć dalsze? A jeśli tak, to czy nie lepiej byłoby wydać tej serii oddzielnie, pod jakimś wspólnym hasłem, tak dla jasności? No bo co, jeśli ktoś kupi jakąś późniejszą pozycję przez zupełny przypadek, a zupełnie nie czytał nic od tej autorki? Można to tak czy jednak nie można?

Ale spokojnie - w przypadku O.B. sprawa prezentuje się nieco prościej i zapewniam, że w porównaniu do poprzednich części ten tytuł broni się samodzielnie. Czemu? Po wyjaśnienia zapraszam do pełnej recenzji.


Tytuł: O.B.
Tytuł oryginalny: O.B.
Autor: Asumiko Nakamura
Ilość tomów: 1 (z serii Jednotomówek Waneko, wydanie 2w1)
Gatunek: yaoi, komedia, dramat, romans, okruchy życia
Wydawnictwo: Waneko
Format: 195 x 135 mm (powiększony)


Po ukończeniu liceum Kusakabe i Saijou - bohaterowie, których mogliśmy już poznać przy okazji Kolegów z klasy, Absolwentów oraz jako tło w Sora i Hara - rozpoczynają prawdziwe, dorosłe życie jako para. Problem w tym, że to wcale nie oznacza, że mogą sobie swobodnie gruchać jak te dwa gołąbki na jednym przewodzie wysokiego napięcia. Właściwie to ich słupy z powodu uczelnianych decyzji znajdują się całkiem daleko od siebie: Kusakabe siedzi w Tokio i powoli przekuwa swoją pasję do muzyki w pełnoprawną fuchę, natomiast Saijou dostał się na Kyoudai, więc podbija wydział farmacji i mieszka sobie samotnie w domu dziadka. A że obaj bohaterowie są ogromnie zajęci spełnianiem życiowych ambicji, dlatego mogą się spotykać średnio raz na miesiąc, o ile nawet nie rzadziej. Wydawałoby się więc, że na dłuższą metę będzie to przeszkoda nie do przeskoczenia jeśli chodzi o trwałość związku, ale o dziwo dzięki tym trudnościom miłość między Kusakabe a Saijou zdaje się tym bardziej dojrzewać i odnajdywać nowe sposoby na okazywanie wsparcia. Nie będą to jednak jedyni bohaterowie, jakich przyjdzie nam śledzić w tym zbiorze - pojawią się również tacy starzy znajomi jak pan Arisaka razem z wiernym Sano, postarzali o dobre pięć lat Hara i Sora czy też rozwijający ubraniowy biznes Koma.

Do prostej kreski jak ulał pasują proste wydania i proste zakładki.

Z jednej strony nie da się ukryć, że O.B. jest pełnoprawną czwartą częścią większej serii, więc z pewnością miło by było przeczytać poprzednie, żeby w pełni docenić relacje między postaciami czy wyłapać smaczki z rodzaju kto kogo zna, a kto z kim się jeszcze nie skonfrontował. Tak naprawdę jednak ta manga różni się od pozostałych tym, że fabuła zupełnie nie jest ciągła. To bardziej zbiór mniejszych opowieści osadzonych w dość zróżnicowanych momentach w chronologii, przez którą przeplata się odrobinę większy wątek związany z Kusakabe i Saijou (im poświęconych zostało aż kilka rozdziałów). Najważniejsza różnica tkwi jednak nie w tym, jak pani Nakamura opowiada, ale o czym. Zarówno w Kolegach z klasy, Absolwentach, jak i Sora i Hara mieliśmy do czynienia z rozwojem relacji jakiejś pary, z ich docieraniem się na poziomie emocjonalnym oraz planowaniem wspólnego życia w jakiejś dalszej, romantycznej perspektywie. O.B. to coś zupełnie innego - to przede wszystkim świetnie przedstawione kompendium ludzkich problemów rozgrywających się wokół osób homoseksualnych, z którymi nawet jeśli nie zawsze możemy się utożsamić bezpośrednio, to jednak przez czasy, w jakich żyjemy, często jesteśmy w stanie zrozumieć, z czym się mierzą.

Bo do tanga trzeba dwojga - zgodnych ciał... i szerokiego parkietu.

W znacznej mierze mamy tu więc do czynienia z postaciami homoseksualnymi (ale nie tylko) oraz sytuacjami, z jakimi muszą sobie radzić. Znajdzie się tu i coś o samotności, i o akceptacji rodziny czy znajomych, o strachu przed powiedzeniem bliskim o swojej orientacji - do czego nie zawsze dochodzi, bo jednak strach to podstępne bydle i czasem bierze górę - o spotkaniu po latach z córką, która szykuje się do ślubu, o trudnościach związku na odległość, o biseksualności… Znajdą się tu również naprawdę konkretne sceny seksu oraz damskie piersi! Podczas lektury byłam niesamowicie zaskoczona tym, ile ważnych i ODważnych tematów postanowiła poruszyć autorka oraz jak bogaty świat udało jej się wykreować przez tę parę tomów. Może się wydawać, że to taka typowa rzeczywistość rodem z tanich yaoi, gdzie “wszyscy są facetami i wszyscy są homo”, ale to płytkie spojrzenie. W O.B. obserwujemy osoby, których oczywiście wiążą jakieś bliższe bądź dalsze relacje, ale jednocześnie postacie są tak rozproszone po mapie, że nie ma się wrażenia sztuczności tego uniwersum. Po prostu łączy ich tematyka oraz, w przeważającej mierze, uczęszczanie na pewnym etapie życia do tego samego liceum.

No normalnie jak ten pies, co zawsze musi swoje terytorium dobrze oznaczyć.

Jestem ogromnie zadowolona z tłumaczenia i to na tyle, że podzielę się pewną szczególną opinią - niedługo przed sięgnięciem po O.B. nadrobiłam Absolwentów i tę część czytało mi się naprawdę topornie i bez żadnej radości. Dialogi nie były tam nawet dialogami, tylko urywanymi zdaniami, które następowały po sobie na tyle bez ładu i składu, że nie byłam w stanie połapać się, kto co mówi i o co właściwie chodzi (a fabuła skupiała się mocno na Kusakabe i Saijou, więc nie było nawet w czym się gubić). W O.B. ci sami bohaterowie - oraz cała reszta gromadki - mówią normalnie, z uczuciami, a żarty bardzo często, jak to się mówi, “siadają”. Dla mnie jako osoby, która pisze dużo obyczajowych gej-fanfików, lektura najnowszej części dała wyjątkowo dużo satysfakcji, multum inspiracji i zwyczajnie sprawiła, że uwierzyłam w te postacie. Znacznie gorzej sprawa ma się jednak z drukiem, ponieważ można zaobserwować nawrót łupieżu pełną gębą. Normalnie aż się przeprosiłam z Głosami z odległej gwiazdy, bo tam to była jedynie ciekawostka do wyłapania dla wprawnego oka. O.B. nie da się w tym temacie obronić. Oczywiście sporo jest stron, kiedy problem nie występuje, ale jak już się zacznie, to nie ma przebacz - zresztą, możecie to zobaczyć sami na poniższych zdjęciach. Aż żal serce ściska, bo wiadomo, że kreska Asumiko Nakamury nie należy do uniwersalnie pięknych rzeczy (jakkolwiek po oswojeniu się jest naprawdę czarująca), ale właśnie dlatego czysty druk pomógłby lepiej wyeksponować to, co kryje się pod spodem, czyli niesamowity talent do historii.


Aż można by się zaśmiać, że córka idzie w ślady ojca i przedwcześnie siwieje...

Jeszcze przed sięgnięciem po O.B. dość mocno zastanawiałam się, z której strony należałoby ugryźć recenzję, żeby nie skończyło się na tym, że polecam mangę tym osobom, które tak czy siak siedzą w tym uniwersum, więc automatycznie kupią wszystko. Na szczęście mogę powiedzieć, że… chrzańcie poprzednie części. Jeśli sympatyczne obyczajówki was nie kręcą, to nic na siłę. Po O.B. możecie sięgnąć zupełnie z doskoku, bo o wielu bohaterach i tak dowiadujemy się praktycznie od zera (np. o Komie, który do tej pory przewijał się jako drugoplanowy znajomy z gej-baru czy o panu Arisakim, bo dopiero teraz dostajemy wyjaśnienie, jak w ogóle zaczęła się jego znajomość z Sano), a nawet jeśli już wcześniej coś się pojawiło, to i tak nie rzutuje to w żaden szczególny sposób na historię przedstawioną w tym danym momencie (jak w kwestii Kusakabe i Saijou, bo liczą się ich obecne problemy, nie w jaki sposób się poznali). No i jest to już nie tyle pluszowy romans (chociaż odrobinę też), co taki, hmm… rasowy dramat z samymi dorosłymi bohaterami? Nie, nie, to trochę za duże słowa. Ale manga zapewnia naprawdę sporo życiowych przemyśleń i bardzo zdrowo podchodzi do przedstawienia przeróżnych charakterów osób homoseksualnych, a nie sprowadza ich do poziomu maszynek do ciupciania. O.B. to chlubny wyjątek gatunku, który czyta się dla zwiększenia własnej wrażliwości w temacie, a nie po to, by popatrzeć sobie na rysowane tyłki. Choć jeden czy dwa dla smaczku zawsze się znajdą...

Już po projektach grzbietów da się łatwo odgadnąć, które rzeczy można czytać jako odrębne historie.

Za mangę serdecznie dziękuję wydawnictwu Waneko

Publikowanie komentarza

4 Komentarze

  1. W sumie nazwa łupież jest bardzo adekwatna w sytuacji, w której występuje on na, cóż, włosach…

    To z tym że jedno uniwersum, przewijają się stare postacie, ale de facto można samodzielnie, to mi brzmi trochę jak późna Jeżycjada – dobrze kombinuję?
    (I nie, nie mówię tu o poziomie najnowszych Jeżycjad (=_= zmilczmy), a raczej o fakcie że przykładowo żeby zrozumieć perypetie Ignacego Grzegorza i Agnieszki w 21 Febliku nie trzeba czytać wstecz aż do 7 Noelki gdzie też przedstawiono pana ojca tegoż młodzieńca)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nazwy "łupież" nie wymyśliłam sama, tylko tak się już utarło w fandomie, ale myślę, że to właśnie przez to zostało tak nazwane - bo największe połacie czerni są zwykle na włosach, więc i nazwa "łupież" naturalnie przychodzi na myśl ^_^"

      To dobry kierunek myślenia, bo to działa na podobnej zasadzie - z kolejnymi częściami dochodzą nowe postacie, których wątki są rozwijanie. Plus skoki czasu między częściami też są wyraźne, więc można sięgnąć po nie w dowolnej kolejności i poznawać dany fragment historii bez potrzeby dokładnego znania poprzednich. Taki "Sora i Hara" to nawet zwyczajnym spin-offem jest, więc można się niczym innym nie przejmować, bo stanowi własną całość.
      (Świętej pamięci Jeżycjada skończyła się dla mnie na Sprężynie, którą mam, ale nawet nie jestem pewna, czy ją czytałam - a w ogóle nie uznaję nic po Kalamburce. I fakt, zmilczmy te nowe części, bo tak jak myśmy potrafiły docenić specyficzny czar czasów powstania pierwszych książek, tak pani Musierowicz ma w nosie naszą współczesność.)

      Usuń
  2. Szkoda tego łupieżu (fafiołki :D) - kreska Nakamury świeeeetnie wyglądałaby w takiej głębokiej, aż "śliskiej" od tuszu czerni, jaką charakteryzują się niektóre mangi od wydawnictwa JPF (kartkowałam sobie Another ostatnio, cudnie to wygląda ^^).
    Swojego tomu jeszcze nie zakupiłam, ale przy okazji następnego zamówienia O.B. na pewno wyląduje w moim koszyku.
    Po zobaczeniu zdjęcia Twojej półeczki z Kolegami z klasy i Absolwentami nasunęło mi się pytanie: czy u Ciebie te tomiki nie różnią się znacząco kolorem? :< Bo z tego co widzę, to nie, a u mnie Koledzy z klasy jakoś strasznie pożółkli i nie mam zielonego pojęcia, dlaczego tak się stało. Wiem, że od papierosów żółkną książki, ale jako że nie palę, to to na pewno nie od tego. XD Chłopcy mieli tak ładnie na siebie patrzeć z grzbietów, a pierwsze, co rzuca się w oczy, to zupełnie inne odcienie obwolut...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak w sumie miło by było, gdyby każda manga było solidnie wydrukowana i miała czarną czerń _^_ W "Anotherze" to super wygląda też przez to, że sama manga też mrokiem stoi, ale... *spogląda na tomik 2, bo tak jej się sięgnęło* ...fafiołki też tu są ^^" Mniej gęste, ale za to równo w całym tomiku.

      Jeśli chodzi o kolor tomików - nie, nie różnią się niczym poza tym, że na grzbiecie napis pod Kusakabe w "Absolwentach" jest taki ciut mniej wyraźny niż ten pod Saijou w "Kolegach z klasy". Ale sama biel obwolut jest identyczna i nienaganna. Kompletnie nie wiem, jaka może być tego przyczyna i jak bardzo inaczej wygląda to u Ciebie :< Jakoś specjalnie na nie nie chucham i dmucham. Po prostu tak sobie często stoją i porastają kurzem, aż nie muszę zrobić przemeblowania, bo miejsca brakuje.

      Usuń