Marzenia, co nie zawsze sięgają gwiazd - recenzja mangi Głosy z odległej gwiazdy (jednotomówka)

Makoto Shinkai już od wielu lat był uznawany za dość popularnego i rozpoznawalnego reżysera oraz scenarzystę filmowego, jednak od momentu powstania w 2016 roku Twojego imienia. (Kimi no na wa.) nastąpił niesamowity boom i dziki renesans jego twórczości. Właśnie przy tej okazji na rynku polskim mieliśmy okazję zaobserwować w dość krótkim czasie wydanie większości mangowych adaptacji filmowych dzieł tego pana. Głosy z odległej gwiazdy to jedna z tych najnowszych odsłon, choć sam komiks powstał hen, daleko, w 2005 roku, przy współpracy z wcale nie byle jaką rysowniczką, bo z Mizu Saharą. Pani ta ma na koncie wyjątkowo znaną jak na standardy jednotomówek pracę pod tytułem Watashitachi no Shiawase na Jikan (którą również szczerze polecam) i w ogóle jest naprawdę płodną autorką o delikatnym, zwiewnym stylu. Czy istnieje lepsze połączenie, aby opowiedzieć historię o tęsknocie i międzygwiezdnej podróży? Sprawdźcie sami w tej recenzji.



Tytuł: Głosy z odległej gwiazdy
Tytuł oryginalny: Hoshi no Koe
Autor: Makoto Shinkai (scenariusz), Mizu Sahara (rysunki)
Ilość tomów: 1 (z serii Jednotomówek Waneko)
Gatunek: dramat, mecha, psychologiczny, romans, sci-fi, seinen
Wydawnictwo: Waneko
Format: 195 x 135 mm (powiększony)



W 2039 roku ludzie wysłani w pierwszą podróż na Marsa znaleźli dowody na istnienie innej inteligentnej formy życia - i to nie byle komórczaków, ale takiej, która buduje “miasta” i posługuje się zaawansowaną technologią. Na podstawie zdobytych materiałów ludzie skonstruowali Tracery (bitewne mechy) oraz wielkie statki kosmiczne zdolne poruszać się przez bramy czasoprzestrzenne. Stworzono również specjalny system  umożliwiający werbowanie członków załogi już na poziomie małych dzieci i wskazywanie, które z nich będą mieć później odpowiednie predyspozycje, aby zostać włączone w międzygalaktyczne misje. Właśnie taki los spotkał Nagamine. Ma ona prawo pozostać na Ziemi aż do ukończenia gimnazjum, ale z własnej woli nie mówi nikomu ze znajomych, co ją właściwie czeka. W międzyczasie niezwykle mocno zaprzyjaźnia się z Noboru, z którym stara się utrzymywać kontakt nawet wtedy, kiedy zostaje oficjalnie wcielona do załogi kolejnej tharsjańskiej misji. Problem w tym, że im dalej jej mech znajduje się od Ziemi, tym wysłanie wiadomości zajmuje więcej i więcej czasu, a i różnica wieku między dwójką przyjaciół zaczyna się stopniowo zwiększać...


Zestaw małego mangoholika.

W tym miejscu chyba warto wyjaśnić, o co w ogóle chodzi z tym “zwiększaniem się różnicy wieku”, która na pierwszy rzut ucha brzmi dość niedorzecznie - otóż na podstawie teorii względności Einsteina powstał kiedyś paradoks bliźniąt. Gdyby jeden z nich został na Ziemi, a drugi poleciał w kosmos, poruszając się z olbrzymią prędkością, to po powrocie do domu bliźniak okazałby się młodszy od tego, który cały czas był z nami. Na tym koncepcie Makoto Shinkai oparł bazę swojej historii. Oj, lubi on te dramaty i rozszarpywanie sobie gardła z żałości na widok rozdzielonych kochanków, bardzo lubi… Mam jedynie problem z tym, że jako ścisłowiec widzę pewne luki w jego kosmologicznym rozumowaniu (chociażby to, że kosmonauci korzystają z bram czasoprzestrzennych, czyli tak jakby idą na skróty), ale jestem też w stanie przymknąć na to oko, bo to jednak nie ma być wykład z fizyki dla studentów, tylko dramat z elementami sci-fi do podusi. I w tej kwestii manga naprawdę robi robotę. Akurat tego filmu Shinkaia nie oglądałam, ale po lekturze mam wrażenie, że na ekranie historia ciągnęłaby się trochę za mocno. Mangę za to podzieliłam sobie na trzy mniejsze tury i w ten sposób ominęło mnie wrażenie, że przemęczyłam się materiałem. Czy może nieco inaczej - kiedy mnie nużyło, akurat dało się bez żadnej szkody dla opowieści ją zatrzymać. Fajnie zgrywało się to na tej przestrzeni, że między bohaterami też następowały dni (a później nawet miesiące) ciszy.


Kto powiedział, że mechów nie można malować artystycznie i akwarelami?

Kreska ma swój wyjątkowy charakter - jest cienka, troszkę kanciasta, pozbawiona większych ozdobników, ale wciąż bardzo dopracowana i chętnie korzystająca z delikatnie szarych rastrów. I szczerze? Nawet po tych praktycznie 15 latach od powstania manga wciąż wygląda dzięki temu jak złoto. Pani Sahara cały czas dba o melancholijny nastrój oraz o odpowiednie, nie zawsze tuzinkowe kadrowanie, skupiające się również na tłach, na otaczającej przyrodzie czy innych częściach ciała bohaterów, nie wyłącznie samej mimice. Ta ostatnia jest niestety czasami zbyt mocno jednorodna, żeby nie powiedzieć - martwa, więc w sumie dobrze, że poza... pięcioma postaciami nie ma tu nikogo innego ważnego, inaczej można by było mieć sporą trudność z rozpoznawaniem twarzy. Na szczęście sama historia ani razu nie postawiła mnie przed dylematem tego typu, a na pewno nie w kluczowych momentach. Dialogów jest tutaj wyjątkowo mało, choć ten punkt wiąże się bezpośrednio z fabułą, która krąży wokół dwójki rozdzielonych osób, więc to naturalne, że za sobą tęsknią i że niespecjalnie mają jak o tym pogadać. Ponad wzniosłe słowa przeważa tutaj milczenie, a to znów przekłada się na intrygujące strony praktycznie pozbawione jakichkolwiek tekstów.

Wszystko ładnie, pięknie... ale zmieniający kolory włosów bohaterowie okazali się większą zagadką niż ci wszyscy kosmici i wielkie roboty razem wzięte.

Wydaniu nie mogę nic zarzucić. Jest bardzo ładne i solidne, choć tym razem zauważyłam delikatny nawrót łupieżu - jego ślady i na całe szczęście tylko ślady są widoczne chociażby na pełnej czarnej stronie tuż przed rozdziałem 10 bądź, jeśli się bardzo przypatrzeć, można również dojrzeć pojedyncze białe paproszki na czarnych włosach bohaterów na przestrzeni całej mangi. Nie jest to jednak nic, co w istotnym stopniu rzutuje na odbiór i nie da się nawet tego porównać do problemów z dawnymi mangami - powinien do być jednak wyraźny sygnał dla wydawnictwa, żeby kontrolowali drukarnię. Obwoluta jest matowa i minimalistyczna - tak bardzo, że na odwrocie nie znajduje się zupełnie nic, nawet skrócony opis historii, natomiast pod samą obwolutą kryje się powielony rysunek znany z wierzchu, tyle że w odcieniach błękitu. Chociaż w oryginale manga od razu była jednotomówką, to niestandardowo w samym jej środku znajdują się cztery dodatkowe strony w kolorze (poza sześcioma na samym początku). No i warto też wspomnieć o tym, że sam tomik należy do niezłych grubasków. Nie sięga do wydań 2w1, ale to jednak całe 230 stron lektury plus parę ładnych reklam. W przeliczeniu na złotówkoobrazek wychodzi to zdecydowanie na korzyść kupującego.

Ostatnie jednotomówki odnotowują bardzo przyjemny wzrost grubości.

Niby z mechami nigdy nie było mi specjalnie po drodze, ale historie, które tak naprawdę bawią się kosmicznym motywem, przekazując pod wierzchnią warstwą znacznie bardziej uniwersalny obraz czy koncept to już coś, co naprawdę bardzo lubię (dlatego ciepłymi uczuciami darzę takie Code Geass czy Tengen Toppa Gurren Lagann). Tej mangi nie powinny się więc bać osoby, które zobaczą gdzieś w Internecie kadry z wielkimi robotami i będą uważać, że to główna oś fabuły. Z drugiej strony czuję delikatny niedosyt wątku Tharsjan, który został bardzo obiecująco zarysowany, lecz ostatecznie wycofano się z tego rakiem i jakby urwano w połowie, bo zabrakło miejsca antenowego. No i sam finał też jest taki w stylu Shinkaia - jeśli znacie Kimi no na wa., a zakładam, że jednak znacie, to możecie się tu spodziewać czegoś bardzo podobnego. Mimo wszystko jest to dobra manga skłaniająca do myślenia i stawiania się w buty bohaterów. Do domowego filozofowania będzie jak znalazł.

Za mangę serdecznie dziękuję wydawnictwu Waneko

Publikowanie komentarza

4 Komentarze

  1. Ja też tak nieszczególnie jeśli chodzi o mechy, ale zainteresowałaś mnie. ^^
    Może przy okazji jakiejś "dziury" w koszyku dodam ten tytuł do zamówienia - kolorowa ilustracja jest prześliczna!
    (Chociaż jeśli bohaterom ciągle zmienia się kolor włosów, to wyczuwam już w tym momencie, że trochę podczas lektury będzie mnie to irytowało. XD)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mechy to tylko wymówka, choć jednocześnie dało się ten wątek ograć tak, żeby był ciekawy dla większej publiki - ale nie jako walki wielkich robotów, ale przez pryzmat poznawania kosmitów. I tak, na wypadek dziury w zamówieniu będzie w sam raz :)
      (niestety, zmian kolorów jest całkiem sporo - mam wrażenie, że tu chodziło o pokazanie różnicy w ostrości "kamery" na danym kadrze, tylko trochę za bardzo przesadzono)

      Usuń
  2. ...reklamy?
    O, jest i (niestety) powrót wątku łupieżu.

    Ale z tego co opisujesz, to tu jest taki potencjał na dramę... czasem w takim wypadku lepiej się na tej dramie skupić, pomijając rozbudowę wątków pobocznych (jak tu mówisz o wątku Tharsjan). Czasem. Czasem jest to pominięte aż za bardzo, może to właśnie taki przypadek? Jak mówisz że urwano bo czas antenowy... (kadrowy?)

    A ta kolorowa ilustracja mecha akwarelą jest śliczna.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ano reklamy. To normalna praktyka w wydaniach Waneko. Na końcu zawsze pojawiają się 3-4 strony z okładkami innych aktualnych nowości.

      Powrót wątku łupieżu to dopiero będzie, bo mam do recenzji jeszcze O.B., a tam to się dzieje masakra...

      Tu się zgodzę, szczególnie w jednotomówce - nie ma co przesadzać z ilością poruszanych wątków. Poruszyłam jednak ten zarzut, ponieważ to o Tharsjanach zaczyna być w 2/3 mangi naprawdę rozwijane i popierane przemyśleniami bohaterki (bardzo ciekawymi zresztą), tylko na koniec misja jest ucinana i już nikt nie porusza motywu, dlaczego stało się tak, a nie inaczej. Myślę, że to przez to, że dla Shinkaia to było tylko tło, nie sąsiedni wątek.

      Świat byłby lepszym miejscem, gdyby wszystkie mecha były malowane akwarelkami i pastelami <3

      Usuń