Już za chwilę do polskich kin trafi najnowsza animacja od studia Chizu, w którym za scenariusz i reżyserię odpowiadał Mamoru Hosoda. Warto więc wiedzieć, że w świecie szeroko pojętej animacji Mamoru Hosoda zyskał międzynarodową sławę dzięki Wilczym dzieciom (org. Ookami Kodomo no Ame to Yuki), historii opowiadającej o zmaganiach samotnej matki wychowującej dwójkę dzieci, które dzięki genom ojca mogą zamieniać się w wilki. Już od tamtego momentu widać było, że reżyser ma ogromną smykałkę do tworzenia niezwykłych, wzruszających, wykorzystujących elementy fantasy scenariuszy, w których pokazywane są nie tylko wątki rodzinne, ale przede wszystkim skupia się na wyeksponowaniu bohaterów dziecięcych. Podobnie w 2015 roku było z Dziecięciem Bestii (Bakemono no Ko), które przedstawiło losy kilkuletniego chłopca, który po stracie matki został przygarnięty przez nieokrzesanego niedźwiedzio-stwora, natomiast w 2018 do japońskich kin trafiło najnowsze dzieło Hosody, film Mirai (Mirai no Mirai). W tym ostatnim przypadku - podobnie jak kiedyś było z Wilczymi dziećmi - mamy niesamowitą jak na anime okazję, żeby obejrzeć film również w polskich kinach. A czy warto? Tę kwestię z ogromną chęcią przybliżę wam w niespoilerowej recenzji.

Coś mi w tej sprawie śmierdzi... i to wcale nie chodzi o ciasteczko-wieloryba...


Na początek przyda się jednak garść podstawowej wiedzy o fabule. Głównym bohaterem opowieści jest pięcioletni Kun - mały, energiczny chłopiec o szerokim wachlarzu mimiki i wielkim pociągu do... pociągów (ba-dum tsss). Do tej pory był uwielbianym dzieckiem swoich rodziców, jednak jego domowa sielanka kończy się wraz z dniem, kiedy mama wraca po dłuższej nieobecności z maleństwem na rękach i oznajmia Kunowi, że od teraz jest bratem. Rzecz jasna sprawia to, że rodzice mają znacznie mniej czasu dla pierworodnego syna, a cała uwaga rodziny (w tym dziadków czy nawet sąsiadów) skupia się na małej Mirai. Wkrótce Kun prezentuje swoje pierwsze napady humorów, a Mirai ze specyficznej ciekawostki przeobraża się w istotę, która odebrała chłopcu jego miejsce w domowej hierarchii. Kiedy jednak podczas jednej z wielu kłótni Kun z płaczem wybiega do ogrodu, chcąc odciąć się tych "niedobrych, niekochających go rodziców", natrafia tam na przygody, które filozofom nie tylko się nie śniły, ale nawet nie przyszłyby przez myśl po kilku łykach wina.

Szok i niedowierzanie! Rodzice w anime żywi i w komplecie!

Już we wrześniu 2018 roku w ramach 5. edycja Festiwalu Filmowego Kino Dzieci można było obejrzeć Mirai w kilku kinach studyjnych, choć wtedy miał on jedną, dość sporą wadę - a konkretnie lektora. Mimo że w Polsce do lektorów jesteśmy już mocno przyzwyczajeni przez telewizyjne naleciałości, to jednak w takiej animacji nie sprawdzał się on zbyt dobrze przez… cóż… nieszczególne zaangażowanie emocjonalne w wypowiadane kwestie. Na szczęście teraz, w nieco szerszej dystrybucji, jest zupełnie inaczej. Wydawca postarał się zarówno o wersję z napisami (dla wszystkich tych fanów oryginalnego brzmienia japońskich głosów bądź na tyle płynnie szperających po nihońsku, że będą oni w stanie zrozumieć smaczki językowe), jak i dubbing (żeby dzieci miały z seansu pełną frajdę). Chapeau bas za zrozumienie potrzeb rynku - oby zaczęło to być regułą, nie tylko chlubnym wyjątkiem. Na pokazie prasowym zdecydowano się na wersję z napisami i od razu muszę przyznać, że nawet jeśli byłam już na filmie podczas Festiwalu Filmowego i wiedziałam, co się wydarzy, to wciąż niesamowicie dobrze mi się go oglądało. Może było to zasługą samego lepszego odbioru audiowizualnego, ale i tak nie czułam zmęczenia materiału, a czas zleciał właściwie nie wiadomo kiedy. Co ciekawsze, przez swoją tematykę film wydaje się być skierowany zarówno do małych brzdąców, które oczekują zabawnej, kolorowej historii, jak i rodziców praktycznie każdego przekroju wiekowego, bo mogą się łatwo utożsamić z mamą i tatą Kuna, tym bardziej że aktywnie uczestniczą w postępie fabuły. Ja nie należę do żadnej z tych grup, jednak wciąż odnalazłam mnóstwo serducha włożonego w tę historię, przez co potrafi ona kupić każdego zaciekawionego tematem widza. Zresztą... może to właśnie w tym rzecz, że głównym bohaterem nie jest żaden z ludzi? Lepiej byłoby chyba powiedzieć, że oglądamy opowieść o domu. O rodzinie jako troszczącą się o siebie całość, ale i o budynku, który żyje i angażuje się w praktycznie wszystkie dziejące się na ekranie wydarzenia. Polecam zwrócić uwagę na niesamowicie pomysłową architekturę tamtego miejsca, na wszystkie schodki, po których bohaterowie się skradają czy na ogród zachowany w samym środku budynku, żeby uhonorować rodowe drzewo. Dawno nie widziałam czegoś tak świetnego i złożonego na równi z postaciami.

Grumpy Kun już wie, co się w historii będzie święcić.

Motyw zazdrości o nowego członka rodziny nie jest niczym szczególnie nowym, choć wydaje mi się, że do tej pory był ukazywany głównie z punktu widzenia dorosłych (a nawet jeśli za narratorów robiły dzieci, to wciąż miały tę wyraźną skazę, że za sterami historii stał dorosły autor obarczony swoimi osobistymi przywarami). Mamoru Hosodzie udaje się jednak znaleźć złoty środek między tym, jak nieskomplikowane pobudki kierują dziećmi, a jak w tym chaosie muszą sobie poradzić rodzice, którzy również mają wiele wątpliwości w kwestii właściwego wychowywania pociech. Zresztą, to doskonałe ujęcie tematu nie powinno raczej dziwić, jeśli wspomni się, że Hosoda sam jest ojcem dwójki dzieci. Dlatego też żadna ze stron nie została zdemonizowana - po prostu wiadomo, że każdy popełnia swoje małe błędy i każdy stopniowo uczy się dostosowywać do nowej sytuacji. No samo życie, no! Na zrozumienie dziecięcej psychiki wskazuje także sama konstrukcja filmu. Jest to bowiem zlepek kilku mniejszych sytuacji, w których powtarzamy praktycznie ten sam scenariusz: Kun jest o coś zły, Kun się obraża, Kun ma magiczną przygodę i wreszcie Kun wyciąga z lekcji wniosek i poprawia swoje zachowanie... żeby za jakiś czas znów powiedzieć, że nie znosi siostry czy że mama to wiedźma. I oczywiście rację mają ci, którzy powiedzą, że jest to wyjątkowo powtarzalne czy wręcz nudne, ale jednocześnie ma to sens, ponieważ takie właśnie funkcjonują małe dzieci. - szybko dają się ponieść emocjom, szybko zapominają. Nie znaczy to jednak, że nauka idzie w las. Tak naprawdę kropla drąży skałę i mamy szansę zobaczyć (w jaki sposób, tego oczywiście nie zdradzę), że w dalszej perspektywie z Kuna będzie dobry człowiek... Może trochę grumpy, ale jednak dobry.

Kapitanie, potwierdzam obecność słoika Nutelli na godzinie dziesiątej!

O dziwo podczas drugiego seansu oszczędna kreska i brak cieniowania, które są znakiem rozpoznawczym Hosody, przypadły mi do gustu jeszcze bardziej niż za pierwszym razem i nie raziło mnie estetycznie odseparowanie modeli bohaterów od pastelowych teł. Nawet sekwencja jazdy na motocyklu wydawała mi się nieco płynniejsza i nie tak okrutnie plastikowa jak na początku, chociaż na pewno nie będzie to moja ulubiona scena ze wszystkich. Niestety, ostatnia część filmu, ta dziejąca się na dworcu, wydaje się czymś robionym w pośpiechu i bez większego polotu. Pociągi są bardziej plastikowe od tych, którymi bawi się Kun, a tłumy sprawiają wrażenie kompletnie martwych i wepchniętych na zasadzie “bo głupio nie dać”. Klimat tamtych scen nakazuje się też zastanowić, czy aby odrobinkę nie przesadzono ze strasznością. Oczywiście nie chcę tutaj robić za jakiegoś dzikiego cenzora, co to próbuje ochronić dzieci przed każdym wspomnieniem o “czarnej wołdze” (porównanie całkiem nieprzypadkowe, mrug mrug), tym bardziej że sama nie miałam chyba dziesięciu lat, kiedy widziałam pierwszy raz Księżniczkę Mononoke w telewizji… Ale dla porządku uprzedzę, że w kwestii pokazywania dziecięcych strachów Mirai też zalicza zadanie na piątkę. Warto jednak pochwalić samą animację ludzi - Hosoda jak nikt inny umie uchwycić ciężar ruchów postaci zależnych od ich wieku. Przykładowo: dzieci podczas schodzenia po wąskich schodach muszą się obrócić do nich tyłem i powoli spełzać ze stopni niczym z górskiego szczytu. Kiedy biegają - trzymają ręce wyciągnięte po bokach, żeby zachować równowagę. Kiedy trzymają łyżkę, muszą to robić całą garścią. Takie właśnie detale sprawiają, że postacie żyją i wydają nam się bardziej prawdziwe.

Te pieskie życie nie jest znowu takie pieskie, jeśli wiecie, co mam na myśli.

Każdy ze stworzonych przez Hosodę filmów był związany z pewnymi osobistymi przeżyciami -  Summer Wars powstało z powodu ślubu, Wilcze dzieci były hołdem dla zmarłej matki autora, Dziecię Bestii to alegoria zmagań Hosody z rolą początkującego ojca, natomiast najnowszy film wiąże się z pojawieniem się w życiu reżysera małej córeczki, właśnie imieniem Mirai. Już to może służyć z rekomendację, że raczej nie ma lepszego człowieka na stanowisko reżysera tworzącego filmy familijne dla szerokiej publiki - i to publiki współczesnej, która zrozumie przedstawione zagadnienia i odnajdzie w nich mnóstwo pokrzepiającej mądrości. Przyznaję oczywiście, że Mirai z trzech filmów studia Chizu podoba mi się najmniej, ale to tylko dlatego, że poprzeczka była zawieszona już naprawdę wysoko, a do problemów pięcioletniego chłopczyka jest mi zdecydowanie dalej niż do samotnej matki przed trzydziestką czy dorastającego nastolatka poszukującego własnej tożsamości. Zawsze pozostaje jednak śledzenie poczynań rodziców, którzy nie mają pewności, czy za dużo nie krzyczą i nie zakazują, a może wręcz przeciwnie, czy nie bywają zbyt łagodni dla rozbrykanego syna. Wszystko to w otoczce dobrych, rodzinnych relacji, mnóstwa humoru sytuacyjnego, paru wzruszających wspomnień i szczypcie magii, bez której to nie wyszłoby tak uroczo. Jeśli więc macie okazję pójść na seans, to wiem, że nie będziecie żałować. Możecie być bowiem pewni, że jeśli już jakiś film anime trafia do polskich kin (oraz jest puszczany na Festiwalu Filmowym w Cannes), to naprawdę jest tego wart.

PS. A pradziadek był best boi of all <3