Przeżyjmy (i obejrzyjmy) to jeszcze raz! - najlepsze anime 2018 roku

Witajcie w podsumowaniu anime roku 2018! Kolejne dwanaście miesięcy upłynęło jak z bicza strzelił, co z dużym prawdopodobieństwem sprawiło, że wasze listy powiększyły się o kilka mniej lub bardziej wartych uwagi pozycji. Jeśli jednak nie do końca wiecie, na jakie tytuły należało skierować swój wzrok w minionym czasie lub zwyczajnie jesteście ciekawi, co w tej kwestii mam do napisania ja, Dziab nie do końca uczesany, to się bardzo dobrze składa, bo przygotowałam przekrojowy post zawierający 27 kategorii odnoszących się do najlepszych i najgorszych anime roku. Mimo to w porównaniu do podsumowań sezonów, gdzie omawiam wszystkie oglądane tytuły, bez oszczędzania sobie bólu odhaczania słabszych produkcji, w rankingu rocznym znajdzie się znacznie więcej słodzenia niż pieprzenia.

W podsumowaniu uwzględnione są jednak tylko serie, które zakończyły się w 2018 roku - wydaje się to logiczniejsze, aby oceniać cały produkt, a nie tylko to, jak się on zapowiada (w takim Mahoutsukai no Yome miało to całkiem duże znaczenie). Póki co wstrzymam się więc od mówienia czegoś więcej o takim Kaze ga Tsuyoku Fuiteiru, Tensei shitara Slime Datta Ken czy Sword Art Online: Alicization. Jedynym wyjątkiem będą tu openingi i endingi, których emisja nastąpiła w danym roku... no i Tsurune: Kazemai Koukou Kyuudoubu, które zaliczyło obsuwę z nie do końca swojej winy.

Kiedy wspominam minione cztery sezony, na myśl przychodzi mi jeden spinający to wszystko motyw: “poszukiwanie”. Violet Evergarden - podobnie jak żeńskie bohaterki Yagate Kimi ni Naru - szukała odpowiedzi na pytanie, co to znaczy “kochać”; paczka z Boku no Hero Academia 3 wciąż poszukuje sposobu na to, żeby stać się silnymi bohaterami zdolnymi bronić cywili, Rachel z Satsuriku no Tenshi przez szesnaście odcinków ewidentnie szukała guza, Lin z Hakata Tonkotsu Ramen - winnych za śmierć siostry, a bohaterowie trzeciej już odsłony Shingeki no Kyojin szukali drogi, aby dotrzeć do legendarnej już piwnicy domu Jeagerów. A skoro tak, w takim razie i my poszukajmy wśród tej nieprzebranej ilości anime, które z nich okazały się najlepsze i najbardziej warte uwagi w 2018 roku.


Wybacz, Ash, ale akurat te retrosy są dla twojego dobra (Banana Fish)



Najlepsza animacja - Violet Evergarden


Wyróżnienia: Banana Fish, Boku no Hero Academia 3rd Season, Irozuku Sekai no Ashita kara, Mahoutsukai no Yome, Koi wa Ameagari no You ni, Sirius, Sora yori mo Tooi Basho, Tsurune: Kazemai Koukou Kyuudoubu

O ile w zeszłym roku z braku laku postawiłam po prostu na najbardziej solidnego rzemieślnika ze stawki, tak tym razem miałam ogromny orzech do zgryzienia przez nieustanne podbijanie sobie poprzeczki praktycznie co sezon. Tak naprawdę więc każdy z wyróżnionych tutaj tytułów z powodzeniem mógłby stanąć na pierwszym miejscu i nie miałabym naprawdę żadnych obiekcji, żeby dać coś innego, ale że sprawiedliwości musiało stać się zadość... Ostatecznie jeszcze raz na szybko włączyłam sobie po fragmencie z wszystkich anime i zadecydowałam, co następuje - jeśli chodzi o grę świateł, zaprezentowanie detali, mowę ciała i przemyślaną reżyserię, wydaje mi się, że o włos wygrywa Violet Evergarden. Tak, tylko o włos. Jest to dla mnie o tyle zaskakujące, że normalnie nawet bym się nie zawahała, żeby jak zwykle wskazać coś z KyoAni, ale w tym roku poziom był zwyczajnie niesamowity. No bo chociażby sam Shinkai nie powstydziłby się takiego przedstawienia pogody jak w Koi wa Ameagari no You ni, a Yamada Naoko z pewnością zazdrośnie spogląda na bogactwo palety barw w Irozuku. U Violet za to nie obyło się bez drobnych wad jak choćby to, że obraz wydawał mi się mega prześwietlony (nie znosiłam tego filtru, dużo psuł). Czy to miało stworzyć iluzję klimatu zbliżonego do naszego okresu międzywojennego? Hm, pewnie tak, ale dałoby się żyć i bez takich eksperymentów… Niemniej bogactwo świata, mimika postaci czy animacja skupiona na najdrobniejszych detalach - od pracy mechanicznych dłoni po pluskającą w jeziorku wodę - była dopracowana w genialny sposób. I wydaje mi się, że ostatecznie to właśnie strona graficzna sprawiła, że Violet jest dzisiaj tym, czym jest, a jest szanowaną i kochaną serią. 

Najlepsza fabuła - Sora yori mo Tooi Basho


Wyróżnienia: 3-gatsu no Lion 2nd Season, Banana Fish, Koi wa Ameagari no You ni, Seishun Buta Yarou wa Bunny Girl Senpai no Yume wo Minai, Violet Evergarden

Prawdą jest, że większość anime pełni funkcję przede wszystkim rozrywkową i co by nie mówić, to właśnie po to oglądamy te chińskie bajki, żeby miło spędzić czas. Ale czasami - niestety tylko czasami - trafiają się również takie perły, które pod płaszczem uroczej, zwariowanej komedii w ciekawym settingu mają do przekazania niesamowitą, jedyną w swoim rodzaju wartość. I w Sora yori mo Tooi Basho to widać, słychać i czuć. Opowieść o czterech dziewczynach zmierzających na Antarktydę mogła bardzo łatwo zostać sprowadzona do ciągu gagów i absurdalnych wyjaśnień, czemu dzieje się tak, a nie inaczej… ale nie takie z nimi numery, z tym skubanym studiem Madhouse. W trzynastu odcinkach odnalazłam więc inspirację, aby nie odkładać marzeń na później, żeby nie bać się próbować i żeby pozostawić po sobie coś, z czego kiedyś, na starość, będę dumna. W kontekście masy tytułów o szkolnych klubach zajmujących się głupotami albo nieskomplikowanych romansach, które można by było załatwić jedną rozmową - ta historia z rozpędu uderza człowieka prosto w serce. Na dodatek postarano się o research w wielu naukowych kwestiach i wszystkie detale mają tutaj wielki sens, nawet coś z pozoru tak idiotycznego jak wysłanie licealistek na Antarktydę. A jeśli mogę tę rekomendację ozdobić jakąś wisienką na torcie, to chyba będzie to informacja, że każda z bohaterek - tych głównych, jak również tych pobocznych - przebywa niesamowitą drogę, na końcu której wyciąga wnioski napędzające do tego, aby na jednym marzeniu życia nie kończyć i czym prędzej zacząć kolejną przygodę. Mega inspirujące i pozostające w sercu na bardzo, bardzo długo.

Najlepsza soundtrack - Tsurune: Kazemai Koukou Kyuudoubu


Wyróżnienia: 3-gatsu no Lion 2nd Season, Boku no Hero Academia 3rd Season, Sora yori mo Tooi Basho, Violet Evergarden, Yuru Camp△

Za wyższością OSTa z Tsurune przemawia chyba już sam argument, że w pierwszym odcinku muzyka odwala kawał genialnej roboty w całych trzech scenach. W pierwszym odcinku! Różne utwory! Czegoś, co nie jest żadnym bitewnym shounenem, co znacznie ułatwiłoby całe zadanie! I to nawet nie zawsze chodziło o jakieś przeraźliwie smutne wątki, żadne umierające babcie ani nic w tym rodzaju. To by było za proste i właśnie na tym jednym kopycie przez dłuższy czas działała Violet Evergarden (jakkolwiek też miała piękną muzykę, tylko o wiele bardziej jednorodną). Anime o łucznikach przez większość czasu antenowego było po prostu obyczajówką z drobnymi elementami komediowymi, czyli czymś, przy czym teoretycznie nie trzeba się nawet starać - wystarczy puścić jakieś delikatne plumkanie w tle i każdy byłby zadowolony. Ale nie. Jak KyoAni coś robi, to robi porządnie, nawet w takiej serii będącej projektem początkujących animatorów i twórców (znaczy, początkujących na danych stanowiskach, bo każdy w KyoAni ma wiele lat doświadczenia i szkoleń za sobą). Podobnie jest w przypadku muzyki, która nawet prostą scenę z lecącą strzałą potrafi podnieść do artystycznej potęgi. Pani Haruki Fuumi, która odpowiada za OSTa w Tsurune, jest dość świeża w tym biznesie. Ma na koncie tylko soundtrack do Piano no Mori (którego jako anime nie umiem niestety ocenić rzetelnie, bo animacja i fabuła zmęczyła mnie po dwóch odcinkach, ale muzyka sama w sobie jest naprawdę piękna) oraz bardzo chwalonego filmu Sarusuberi: Miss Hokusai z 2015 roku. Jeśli od pierwszych dzieł w biznesie pokazuje tak ogromny talent, to nie mogę się doczekać kolejnych jej projektów. Oby dostawała jak najciekawsze okruchy życia czy co tam sobie zamarzy. A na OSTa z Tsurune - który wyjdzie 16 stycznia - czekam jak na spóźnionego Mikołaja.

Najlepszy opening - "The Girls Are Alright!" saya - Sora yori mo Tooi Basho


Wyróżnienia:
"found & lost" Survive Said The Prophet - Banana Fish
"KISS OF DEATH" Mika Nakashima x Hyde - Darling in the FranXX
"Winding Road" MAN WITH A MISSION - Golden Kamuy
"Mission! Ken Kou Dai Ichi" Sekkekkyuu, Hakkekkyuu, Killer T Saibou, Macrophage - Hataraku Saibou
"Gekkou" by BUMP OF CHICKEN - Karakuri Circus
"Flashback" MIYAVI vs. KenKen - Kokkoku
"BREAK IN TO BREAK OUT" Lyn - Persona 5 the Animation
"Kimi no Sei" the peggies - Seishun Buta Yarou wa Bunny Girl Senpai no Yume wo Minai
"UNION" OxT - SSSS.Gridman
"Fatima" Kanako Itou - Steins;Gate 0
"ADAMAS" LiSA - Sword Art Online: Alicization
"Fiction" Sumika - Wotaku ni Koi wa Muzukashii

Opening do Sora yori mo Tooi Basho jest czymś tak przeuroczym, że daje się zapamiętać z każdej możliwej strony. Jako piosenka - łatwo wpada w ucho i jest tak pozytywna, że uśmiech sam rysuje się na twarzy. Jako oprawa graficzna - aż prosi się, żeby zrobić temu mnóstwo gifów i zrzutów ekranu. Jako teledysk - zawiera skondensowaną, choć oczywiście pozbawioną miliona detali fabułę, ujętą w kilkunastu pomysłowych scenach. Główna bohaterka nudząca się sama wielkiej, pustej klasie zwraca uwagę na to, jak zwyczajne jest jej licealne życie, natomiast kiedy cała paczka dostaje się na Antarktydę, każdy moment obfituje w zabawne albo interesujące sytuacje, które aż chce się uwiecznić na selfiakach (co zresztą dziewczyny nieustannie robią, pozując sobie z foczkami albo na tle łazików). Wszystko to jest okraszone doskonałą pracą kamery (jak chociażby ten widowiskowy rzut na lodołamacz i stojące przy dziobie bohaterki) czy grą świateł (zapadanie zmierzchu w Japonii a wieczór na Antarktydzie). Wszystko, co obiecuje opening, znajdzie się później w samym anime, więc można śmiało uznać, że jest to nie tylko marketingowy strzał w dziesiątkę, ale również dzieło samo w sobie. W tym wypadku warto ocenić książkę już po okładce.

Najlepszy ending  - "Koko kara, Koko kara” Mari Tamaki, Shirase Kobuchizawa, Hinata Miyake, Yuzuki Shiraishi - Sora yori mo Tooi Basho


Wyróżnienia:
"One for All" Kaminoki Koukou Cheering-bu - Anima Yell!
"Prayer X" King Gnu - Banana Fish
"Torikago" XX:me - Darling in the FranXX
“Le temps de la rentrée" D Pai - Hisone to Maso-tan
"INFINITY" Lyn - Persona 5 the Animation
“Fukashigi no Carte” Mai Sakurajima, Tomoe Koga, Rio Futaba, Nodoka Toyohama, Kaede Azusawara, Shouko Makinohara - Seishun Buta Yarou wa Bunny Girl Senpai no Yume wo Minai
"youthful beautiful" Maaya Uchida - SSSS.Gridman
"Orange Iro" by ChouCho - Tsurune: Kazemai Koukou Kyuudoubu

Pod względem wizualnym są wśród wyróżnionych pozycji endingi, które stoją na znacznie wyższym poziomie niż typ, który wybrałam (chociażby pierwszy ending z FranXXów czy jakikolwiek z tych, które stworzyły sprytne rączki pracowników studia KyoAni), jednak piosenka użyta w Sora yori mo Tooi Basho ma w sobie coś, co przy każdym słuchaniu chwytało mnie za gardło i wywoływało takie delikatne, acz niezrozumiałe wzruszenie. Może zadziałał tu impakt całej serii i jej ładunek emocjonalny, niemniej dobrano ten ending tak, że świetnie spełnia swoje zadanie i nie ma się najmniejszej ochoty, aby go pomijać. A wydawałoby się, że piosenki śpiewane przez ekipę seiyuu to raczej nie są ambitne rzeczy, które swoją konstrukcją bliższe są “Wlazłkotkowi”... ale nie. Komuś w Madhouse bardzo się chciało, aby ending był równie ważną częścią historii i żeby ta tęsknota wyzierająca z sylwetek bohaterek, które spoglądają gdzieś w niebo, miała odpowiedni wydźwięk. Dodatkowo kiedy spojrzy się na niego przez pryzmat zakończenia anime, wtedy zyskuje jeszcze kolejne, trzecie dno. Więc nawet jeśli obiektywnie były lepsze rzeczy, to w moim sercu największe spustoszenie wywołało właśnie Sora yori mo Tooi Basho.

Najlepszy insert song - "Haru ka Tooku" saya - Sora yori mo Tooi Basho


Wyróżnienia:
“D# regards” Asami Tachibana - Darling in the FranXX
“Devilman no Uta” Kensuke Ushio - Devilman Crybaby
"Rose" Hyperdestinia - Mahoutsukai no Yome
"Letter" TRUE - Violet Evergarden: Kitto "Koi" wo Shiru Hi ga Kuru no Darou

Coś te dziewczynki z Antarktydy są strasznie muzykalne… No ale ciężko było mi nie wybrać insert songa, który przynajmniej kilka razy był praktycznie endingiem z animacją w postaci właściwego odcinka, jednocześnie robiąc za perfekcyjny komentarz tego, co działo się na ekranie. I oczywiście zgodzę się, jeśli ktoś uzna, że korzystano z tej piosenki troszkę za często, jednak dla mnie będzie się kojarzyć głównie z momentem, kiedy to myśl o “chiisana yume o” (małym marzeniu) zostaje w Tamaki zaszczepiona jeszcze hen, w pierwszym odcinku. Potem oczywiście melodia powraca w tych sytuacjach, kiedy kolejne szczebelki drabiny zostają odhaczone, a z całkiem małego marzenia - czyli tego, żeby przeżyć w młodości jakąś fajną przygodę, no choćby pójść na wagary i zobaczyć na własne oczy lodołamacz - przechodzimy do tego tak ogromnego jak sama Antarktyda. Bardzo podoba mi się w tej piosence również to, że jest bardzo delikatna, prawie że nieśmiała, przez co bardzo dobrze współgrała ze scenami, w których wciąż całkiem dużo się działo. Nie miałam wrażenia przytłoczenia czy przymusu, żeby rozpływać się nad chwilą. Seria robiła to sama z siebie.

Najlepsza postać żeńska - Mai Sakurajima z Seishun Buta Yarou wa Bunny Girl Senpai no Yume wo Minai



Wyróżnienia: Hinata Kawamoto z 3-gatsu no Lion 2nd Season, Anzu z Hinamatsuri, Hinata Miyake z Sora yori mo Tooi Basho, Rin Shima z Yuru Camp△

Żeńskim bohaterkom jest znacznie trudniej zdobyć moją przychylność - może to przez walkę jajników, może wymagam więcej przez porównywanie się ze sobą, a może faktycznie trudniej o postacie o odpowiednio złożonej osobowości i przekonującym charakterze. Ale kiedy już trafią się jakieś fajne babki, to byłabym gotowa stanąć w tłumie osób, które zgłaszają się do wyniesienia ich do rangi ultimate waifu. Taką szaloną sympatię poczułam w tym roku w stosunku do Mai z Seishun Buta Yarou wa Bunny Girl Senpai no Yume wo Minai. Mai jest - przynajmniej dla mnie - niedoścignionym wzorem jeśli chodzi o główne bohaterki osadzone w seriach szkolnych. Jest ładna, miła, zdolna, potrafi się odgryźć, ale nigdy nie jest w tym chamska, nie bije nikogo z piąchy (za to zdarza jej się dać buziaka znienacka), ma swoje problemy i demony przeszłości, ale jest w stanie stawić im czoła z pomocą chłopaka, zna słowa “dziękuję” i “przepraszam”... i chociaż wszystko to razem nie wydaje się jakoś szalenie niezwykłą listą cech, to połączenie takiej postaci z medium, które pełne jest idiotycznych tsundere i mimoz bez wyrazu, okazuje się czymś niespotykanie rzadkim jak Mewtwo w stanie wolnym. Wobec takiej bohaterki czuję więc niesamowity respekt i staram się brać z niej wszystko to, co najlepsze. A to już stanowi najlepszą możliwą rekomendację.

Najlepsza postać męska - Masami Kondou z Koi wa Ameagari no You ni



Wyróżnienia: Kai Shimada z 3-gatsu no Lion 2nd Season, Haida z Aggressive Retsuko, Genjirou Tanigaki z Golden Kamuy, Sakuta Azusagawa z Seishun Buta Yarou wa Bunny Girl Senpai no Yume wo Minai

Moje relacje z Koi wa Ameagari no You ni można określić jako mocno skomplikowane, bo jako romans kompletnie go nie kupowałam, a momentami nawet mocno mnie osłabiał, jednak od momentu, kiedy romans przekształcił się w obyczajówkę o dawaniu sobie drugiej szansy i spełnianiu marzeń, które się porzuciło, zupełnie inaczej zaczęłam traktować występujące tam postacie. Szczególnej głębi nabrał kierownik Kondou - facet po głębokiej czterdziestce, który ma swoje lamerskie przyzwyczajenia, pali, jest rozwodnikiem i w ogóle mógłby dostać order zasług od samego Scotta Langa za popisowo spierdzielone życie. Ale kiedy stopniowo odkrywamy, że Kondou pasjonuje się nie tylko czytaniem, ale i pisaniem, że w przeszłości dużo tworzył i miał z tego mega radochę, że jego najlepszy kumpel poszedł kilka kroków dalej i udało mu się zostać popularnym autorem, podczas gdy nasz Kondou… no wiadomo - to tak cholernie nadało mu głębi, że aż nie mam słów. Może trafiło to do mnie szczególnie mocno przez prosty fakt, że sama piszę i choć nie wiążę z tym żadnych nadziei, to jednak jest to ważny kawałek mnie. Więc, cóż… łatwo się utożsamić mimo różnicy wieku. Kondou to ogromnie ciekawa kreacja mężczyzny, który teoretycznie przegrał wszystko, który już polubił to stateczne życie ciapciowatego kierownika, ale jednocześnie nie może przestać patrzeć na biurko i piętrzące się stosy szkiców. Jest w tej postaci coś ogromnie innego na tle masy anime skupionych wokół nastolatków i ich ogranych historii - coś, co przekonuje do pokochania takiego faceta znacznie, znacznie bardziej niż zapach przepoconej koszuli czy triki z mleczkiem do kawy.

Najlepsza para - Sakuta x Mai z Seishun Buta Yarou wa Bunny Girl Senpai no Yume wo Minai



Wyróżnienia: Kase x Yamada z Asagao to Kase-san., Ash x Eiji z Banana Fish, Hiro x Zero Two z Darling in the FranXX, Elias x Chise z Mahoutsukai no Yome, Ban x Elaine z Nanatsu no Taizai: Imashime no Fukkatsu, Riku x Schwi z No Game No Life: Zero, Touko x Yuu z Yagate Kimi ni Naru

Po trzech sezonach byłam przekonana, że nic ciekawego rok 2018 już nie zaoferuje, ale wtedy stała się jesień i zamiast w jabłkach, obrodziło nam w masę związków z większym i mniejszym potencjałem. I to w całym przekroju gatunkowym! Uważam jednak, że zwycięsko z tej walki ostatecznie wyszła para, która nie tylko zaczęła z wysokiego C i wyznała sobie miłość już w trzecim odcinku, ale przez cały ciąg trwania serii zaliczała na tym tle ciągły postęp - a to poszli na randkę, a to się pocałowali, a to zacieśniali więzi z rodziną tego drugiego. I ktokolwiek porównywał Sakutę i Mai do Araragiego i Senjougahary, musiał szybko odszczekać te słowa, bo ci pierwsi nigdy nie zeszli na dalszy plan fabuły, a wręcz nieustannie aktywnie w niej uczestniczyli w myśl zasady “jesteśmy razem, więc razem stawimy temu czoła”. Więc to nie tyle chodzi o mój zachwyt samą parką, ale również tym, jak wykorzystano ich do budowania całej wielowątkowej historii. Nie ukrywajmy bowiem, że kiedy w sąsiednich tytułach główną osią stawał się romans, to sprawiało to, że prędzej czy później twórcy sięgali po coraz bardziej oklepane dramy “kocha mnie czy jednak mnie nie kocha”. A tu nie i ani przez chwilę nie ma takich wątpliwości, nawet jeśli Sakuta jest dość skory do pomagania znajomym płci żeńskiej. Ciężko więc nie uśmiechać się na ich widok, nie cieszyć się z doskonałej chemii i ciętych rozmów, w których oboje są sobie równi i nie podziwiać siły zaufania, która sprawiła, że hetero pairingi zostały w 2018 roku ocalone.

Najlepszy seiyuu - Souma Saitou (Alfa z Darling in the FranXX, Honda z  Gaikotsu Shotenin Honda-san, Kai Ichinose z Piano no Mori, Utsumi z SSSS.Gridman)

Wyróżnienia:
Hiroaki Hirata (Max z Banana Fish, Keith z B: The Beginning, Masami Kondou z Koi wa Ameagari no You ni, Barlow z Sayonara no Asa ni Yakusoku no Hana wo Kazarou)
Kaito Ishikawa (Tenya Iida z Boku no Hero Academia 3rd Season, Daichi Kitaumekawa z Happy Sugar Life, Sakuta Azusagawa z Seishun Buta Yarou wa Bunny Girl Senpai no Yume wo Minai, Takanori Mikado z Shichisei no Subaru, Kaito Onogi z Tsurune: Kazemai Koukou Kyuudoubu)
Kana Hanazawa (Hinata Kawamoto z 3-gatsu no Lion 2nd Season, Satou Matsuzaka z Happy Sugar Life, Sekkekkyuu AE3803 z Hataraku Saibou, Shirase Kobuchizawa z Sora Yori mo Tooi Basho, Mayuri Shiina z Steins;Gate 0)
Misaki Kuno (Momo Kawamoto z 3-gatsu no Lion 2nd Season, Shio Koube z Happy Sugar Life, Hisone Amakasu z Hisone to Maso-tan, Hawk z Nanatsu no Taizai: Imashime no Fukkatsu)Yuuma Uchida (Ash Lynx z Banana Fish, Edogai Yasaku z Golden Kamuy 2nd Season, Kunimi Yuuma z Seishun Buta Yarou wa Bunny Girl Senpai no Yume wo Minai, Da Shu z Wei, Kanjian Erduo La!, Shinkai Yuuto z Yowamushi Pedal: Glory Line)

Do tej pory było tak, że wybierałam najlepszego/najlepszą seiyuu na podstawie przekroju ról z danego roku, jednak tym razem sytuacja niejako zadecydowała za mnie - nie chodzi bowiem już tylko o aktora głosowego jako takiego, ale też o postać, jaką wykreował. O to, jak wiele potrzeba charyzmy, dynamiki i zwyczajnie talentu, żeby z kościotrupa w anime o bardzo statycznej animacji zrobić pełnokrwistego (hahaha!) bohatera. Ale Soumie Saitou się to udało i nie wyobrażam sobie nikogo innego, kto byłby w stanie z równą wirtuozerię przedstawić zarówno nieśmiałą czy zestresowaną stronę bohatera, jak i niejednokrotnie pozwolić mu na szaleństwa z ingriszem (bardzo celowym). Jeśli więc coś uczyniło Gaikotsu Shotenin Honda-san wyjątkowym, godnym zapamiętania i wracania anime, to właśnie ciężka praca Soumy Saitou. Jest to może trochę zaskakujący wybór, bo pozostałe jego role z tego roku dalekie są od geniuszu, ale też nie można powiedzieć, że są złe. Za każdym razem odwalał dobrą, rzemieślniczą robotę i przedstawiał postać tak, jak zgodnie z założeniem autorów mieliśmy ją czuć (tu za dobry przykład robi Alfa z FranXXów, gdzie wyszedł mega antypatyczny dupek, który do samego, całkiem w sumie pozytywnego końca wierzył w swoją rację i wyższość). Życzę więc Soumie, aby trafiało mu się jak najwięcej ambitnych, nietuzinkowych ról (oraz oszczędnej animacji?), bo wtedy widać cały jego znakomity potencjał.

Najlepsza seria akcji/przygodowa - Boku no Hero Academia 3rd Season



Wyróżnienia: Banana Fish, Golden Kamuy, Nanatsu no Taizai: Imashime no Fukkatsu, Shingeki no Kyojin Season 3, Sora yori mo Tooi Basho, Sword Art Online Alternative: Gun Gale Online

Przygodówka przygodówce jest bardzo nierówna i czasami lepszych wrażeń dostarcza seria, która nie certoli się z tematem i prezentuje nam strasznie życiowe bagno, a czasami bardziej przydaje się nieskrępowana niczym rozrywka, która zresetuje mózg. I muszę przyznać, że jest tytuł, który dobrze połączył te dwie rzeczy naraz. Trzeci sezon Boku no Hero Academia obfitował i w momenty, kiedy łza autentycznie kręciła się w oku (chociażby walka Deku z Muscularem czy All Mighta z All for One), i sytuacje, gdzie zagrożenie było co prawda nikłe, ale wciąż byliśmy ogromnie ciekawi, jak to się wszystko potoczy (egzamin na tymczasowe licencje bohaterów czy potyczka z Toogatą). Nie brakowało też komedii, nowych postaci do lubienia, starych postaci do kochania, Minety do nienawidzenia, kilku mrugnięć oczkiem dla lubujących się w pairingach czy paru mądrych prawd wypowiedzianych przez mamę Deku czy All Mighta. Im dalej w las tym bardziej doceniam BnHA za to, jak dużo sobą oferuje i jak bogaty jest to świat, nawet jeśli trudno nie oskarżać fabuły o trochę zbyt wyraźny podział na arce. Ale widać taka tego uroda. Jeśli jednak ciągnie was do dobrego shounena, co to i przywali w serducho, i rozbawi do przepukliny, to z przyjemnością polecam zagłębienie się w to uniwersum.

Najlepszy dramat/seria psychologiczna - Banana Fish



Wyróżnienia: 3-gatsu no Lion 2nd Season, Shingeki no Kyojin Season 3, Violet Evergarden

Tak jak nie nazwę Banana Fish najgenialniejszą serią akcji, bo się ostro gubi po drodze, a wytrzymałość niektórych ludzi na postrzały powinna być mierzona w skali shounenowej, to jednak ciężar zaprezentowanego tam dramatu jest nieporównywalny z wszystkim, co do tej pory anime oferowało. I o ile z gangsterką nie raz i nie dwa mieliśmy do czynienia, o, do głowy przychodzą mi chociażby Gangsta czy Black Lagoon, to to było zawsze pokazywane jako coś totalnie cool i dla prawdziwych twardzieli. W Banana Fish mamy jednak życie w najgorszym, najbardziej rzeczywistym wydaniu, co nie boi się poruszać tak trudnych kwestii jak prostytucja dzieci czy polityczna walka o handel narkotykami. Kreacja Asha jest w tym wszystkim niesamowicie warta uwagi - przetrwał naprawdę niejedno tęgie gówno, co sprawiło, że już w wieku 17 lat stał się szefem podziemia, który sieje postrach zarówno u wrogów, jak i sprzymierzeńców… tylko że w środku czai się zniszczony człowiek, który nawet obdarzony miłością nie jest w stanie zaakceptować, czym się stał i ilu ludzi zabił. I niestety w tym Banana Fish ma dużo racji, bo to bardzo naturalne, aby minione traumy pozostawały w człowieku do samego jego końca. Uczucia czy ładne słowa nie są w stanie uleczyć wszystkiego, jak to próbują uczyć te wszystkie gniotki z nakama power w roli tytułowej. Trzeba mieć nie lada jaja, żeby brać się za takie rzeczy i jeszcze zrobić to dobrze - łącznie z nielubianym zakończeniem, który w tym kontekście ma akurat bardzo wiele racji bytu.

Najlepsze ecchi - Shokugeki no Souma: San no Sara - Toutsuki Ressha-hen



Wyróżnienia: brak

Pełnoprawnych ecchi, które zaspokoiłyby moje gusta estetyczne, było w tym roku jak na lekarstwo, ale na całe szczęście udało mi się przypomnieć, że druga część trzeciego sezonu Shokugeki wyszła na wiosnę, więc jak najbardziej podpada pod to zestawienie. Na bezrybiu i rak ryba, więc na szczęście nie trzeba tu było stawiać soczystego jak podwawelska minusa, choć oczywiście ekscytacja jedzeniem i dzikie wyobrażenia zawierające małe ilości ubrań naraz są zawsze dobrą wymówką, aby przedstawić pikantne sceny odpowiednie na podniebienie każdej płci. Więc nawet jeśli kategoria jest skromna, to pozostały na ringu zawodnik posiada najwyższą klasę A5, dostarczając odpowiednich wrażeń na polu cyckowo-klacianym. Piersi i udka wciąż smakują wybornie, więc nie bójcie się sięgnąć po to danie, bo smakowitszego anime próżno szukać!

Najlepsze fantasy/seria supernaturalna -  Mahoutsukai no Yome


Wyróżnienia: No Game No Life: Zero, Boku no Hero Academia 3rd Season, Nanatsu no Taizai: Imashime no Fukkatsu

Jestem trochę zaskoczona tym, jak bardzo ten rok obfitował w serie obyczajowe albo przynajmniej takie, które były mocno osadzone fundamentami w rzeczywistości. Ale spokojnie, fantasy wcale nie zabrakło. A pośród tych mniej licznych samorodków, niczym najcenniejszy klejnot Tousaki Rin, błyszczy dziedzic gatunku: Oblubienica czarnoksiężnika. I jak BnHA czy Nanatsu no Taizai to przede wszystkim bitewniaki z supermocami - fajne, widowiskowe, ale jednak “tylko” bitewniaki - tak Mahoutsukai to prawdziwy powrót do korzeni magii. Brytania, wróżki, smoki, chowańce… no czego chcieć więcej? Nawet Severus Snape by się nie powstydził takiego warzenia eliksirów, a Merlin z lubością pogładziłby się po brodzie, gdyby tylko mógł spotkać się z Tytanią i Oberonem. Magiczny świat jest najmocniejszym punktem anime i niezależnie od tego, czy życie bohaterów po prostu sobie płynie od szarlotki upieczonej przez byłą banshee do strzyżenia lewitujących owieczek, czy może dochodzi do starcia z nieśmiertelnym złem, nieustannie pragniemy poznawać więcej i więcej szczegółów tamtejszej mitologii. Mitologii, która garściami czerpie z folkloru Wielkiej Brytanii. No kto by się spodziewał po fantasy prawdziwej magii, co nie? A że wszystko jest okraszone przepiękną grafiką, to nawet czary wyglądają tak, jakby na ich rzucenie zużyto dwa razy więcej many. Polecam się zapoznać, a jeszcze bardziej zachęcam do sięgnięcia po mangę.

Najlepszy horror/thriller - Shingeki no Kyojin Season 3



Wyróżnienia: Devilman: Crybaby, Happy Sugar Life, Zombieland Saga

Patrzę na wyróżnienia i żaden z tych tytułów nie został wybrany przeze mnie z pełną poczytalnością (well, tak po prawdzie to ja po prostu nie przepadam za horrorami jako takimi)… Ale przynajmniej zwycięzca jest jedyny i słuszny. Ooo, bardzo słuszny, szczególnie jak się ma w pamięci ending z ostatniego odcinka… Wciąż mam przez niego dreszcze. Poza tym jednak Shingeki no Kyojin to wciąż wciągająca historia osadzona w groteskowym świecie, gdzie rządzi strach i żarłoczne tytany. W tym sezonie odkryliśmy jednak, że ludzkie żądze potrafią być nie mniej mordercze, a czasami nawet łatwiej stawić czoła fizycznemu przeciwnikowi niż władzy, która ciągle patrzy ci na ręce i podsłuchuje rozmowy. Brawa dla studia, a przede wszystkim reżysera, który razem z autorem mangi zdołał z najmniej lubianego arcu zrobić solidny sezon, co to naprawdę potrafił wciągnąć, a czasami nawet zachwycić genialną animacją (pamiętny pościg panów Ackermanów). Lubię, kiedy nawet za historią z dreszczykiem kryje się coś więcej, a najlepiej cały świat, który funkcjonuje tak samo dobrze na zasadach kina grozy, jak i swobodnej obyczajówki.

Najlepsza komedia - Yuru Camp△



Wyróżnienia: Aggressive Retsuko, Hinamatsuri, Gaikotsu Shotenin Honda-san, Nobunaga no Shinobi: Anegawa Ishiyama-hen, Sora Yori mo Tooi Basho, Zombieland Saga

Póki co odłóżmy na bok serie, które są “tak złe, że aż śmieszne” - od tego będzie guilty pleasure - i totalnie absurdalne, kiedy śmiech zmienia się w trwały opad szczęki, a skupmy się na tych serio zabawnych. I uważam, że na tym tle niesamowicie wybijają się Kempingujące Dziewczynki, które w inteligentny, nieprzesadzony sposób ucząc - bawią i vice versa. Bardzo podobały mi się wszystkie techniczne smaczko-gagi, kiedy przykładowo bohaterki próbowały znaleźć tanią alternatywę śpiworów termicznych, czego wynikiem było zapakowanie koleżanki w folię bąbelkową, koc i kartony naraz. Jest to śmieszne, bo jest to jednocześnie mocno prawdziwe i każdemu z nas mogłoby się to wydawać do pewnego momentu logiczne (tak jak i samym bohaterkom), nawet jeśli ostatecznie wychodzi z tego tylko żul na wypasie. Poza tym bohaterki, podobnie jak ekipa z Sora Yori mo Tooi Basho, są bardzo dobrze zaznajomione z mediami społecznościowymi i regularnie siedzą na Line’owym komunikatorze, przesyłając sobie naklejki i fotki z wypraw. I chociaż nie jest to zabawne bezpośrednio, to mordeczka sama się uśmiecha na takie ładne osadzenie serii we współczesności. Same anime też doczekało się memów, czego przykładem jest baaardzo pamiętna scena z Rin i atakującymi ją psiakami. Life is brutal, nieprawdaż? Tym bardziej cieszy fakt, że franczyza się rozwija i doczeka się zarówno filmu, jak i kolejnego sezonu. No i mangi w Polsce! Oby tak dalej!

Najlepsza seria obyczajowa - 3-gatsu no Lion 2nd Season


Wyróżnienia: Emiya-san Chi no Kyou no Gohan, Irozuku Sekai no Ashita kara, Koi wa Ameagari no You ni, Rokuhoudou Yotsuiro Biyori, Sora yori mo Tooi Basho, Yama no Susume: Third Season, Yuru Camp△     

Ta seria pasowałaby i na lidera sportówek, i w kwestii dramatu pierwsza połowa anime była niezwykle poruszająca, wstawki komediowe też wydawały się niczego sobie, szczególnie kiedy studio Shaft pozwalało sobie na swoje małe szaleństwa graficzne… ale ostatecznie stwierdziłam, że nie w tym rzecz. 3-gatsu no Lion 2nd Season sprawdza się najlepiej jako okruchy życia, bo łączy wszystkie te elementy naraz, tworząc historię bardzo ludzką i bardzo bliską rzeczywistości. W życiu też jest raz z górki, a raz pod górkę, więc solidna obyczajówka powinna zaprezentować cały przekrój sytuacji, z którymi człowiek musi się mierzyć. Problemy licealistki, kres kariery profesjonalnego gracza shogi, odosobnienie geniusza, główny bohater uczący się pomagania bliskim - każdy wątek dotykał jakichś ciekawych, ważnych spraw, ale zrobiono to umiejętnie i z odpowiednim podejściem do każdego tematu. I nawet jeśli Rei na początku pierwszej serii był dość dziwacznym odludkiem, który może nie odpychał, ale raczej nie wzbudzał szczególnej sympatii widzów, to aż miło było obserwować, jak logicznie i konsekwentnie zmieniał się na przestrzeni tych wszystkich odcinków. Uczucia, którymi obdarzyły go siostry Kawamoto, zaprocentowały w kolejnym sezonie i tym razem to on robił co w jego mocy, żeby pomóc przyjaciołom. Pytał mądrzejszych, służył ramieniem do wypłakania, przynosił smakołyki… może to nie miało realnego wpływu na rozwiązanie absolutnie każdego problemu, ale pokazało, jaka potężna siła drzemie w każdym człowieku. Siła do tego, żeby się zmienić i stać się lepszym.

Najlepszy romans - Seishun Buta Yarou wa Bunny Girl Senpai no Yume wo Minai


Wyróżnienia: Asagao to Kase-san., Koi wa Ameagari no You ni, Yagate Kimi ni Naru

Japończycy raczej nie są najzdolniejszym narodem jeśli chodzi o tworzenie pełnokrwistych par, które “mają się mieć ku sobie”, a co dopiero mówić o romansach, które przecież mają nam poprzez miłość opowiedzieć jakąś złożoną historię. Ale kiedy już się ta trudna sztuka udaje, to kurczę - wtedy jakby kocha się te dobre romanse jeszcze bardziej, jakby za krzywdy minionych i na zapas tych przyszłych. W Seishun Buta Yarou wa Bunny Girl Senpai no Yume wo Minai pokuszono się o odważną rzeczy i z założenia, które na papierze wygląda na typową historię o protagoniście otoczonym wianuszkiem pięknych dziewcząt, tworzy wielowątkową opowieść o miłości i trudach dorastania. O głównej parze się już całkiem sporo naprodukowałam, ale warto też wspomnieć, że mamy tutaj także dawną miłość głównego bohatera, której nigdy niczego nie wyznał, a którą traktuje coś bardziej jak swoją własną legendę i ideał niż realną osobę do związania się, mamy roztrzepaną kouhai, która jest w stanie zrobić krok w tył, widząc wierność Sakuty do Mai, jest jego przyjaciółka, która podkochuje się w trzecim kumplu z paczki, ale że ten ma już dziewczynę, dlatego musi się pogodzić ze zmarnowaną szansą… To nie jest nawet typowy szkolny wielokąt, tylko bardzo żywa historia o ludzkich powiązaniach oraz jak trzeba sobie radzić z uczuciami, także tymi niespełnionymi. I dlatego, że szanuję każdą z zaprezentowanych postaci, a nie tylko jeden pairing, uznaję Seishun Buta Yarou za najbardziej kompletny i kompetentny romans tego roku.

Najlepsza seria sci-fi/mecha - Hisone to Maso-tan


Wyróżnienia: Darling in the FranXX, SSSS.Gridman, Sword Art Online Alternative: Gun Gale Online

Przymknę oko na problemy psychologiczne bohaterek i skupię się na znacznie mocniejszej części tej serii, którą są... smoko-mechy! Oto moment, kiedy zdołaliśmy pójść o krok, nie, o kilka kroków dalej niż Evangelion z ichnimi mechami napędzanymi straumatyzowanymi dzieciakami (i okazjonalnie duszami ich matek). Tutaj mamy smoki… zakute w pancerz prawdziwych samolotów... którymi sterują dziewice... znajdujące się w żołądkach mitycznych gadów! Genialne! Rewolucyjne! I bardziej głębokie niż tyłko-stery we FranXXarch! Ktoś w studiu Bones musiał za to dostać solidną podwyżkę. A tak bardziej na serio - okej, brzmi to tak samo niedorzecznie jak połowa chińskich bajek, ale hej. Nie można tej bajce odmówić tego, że przynajmniej pokusiła się o jakiś oryginalny koncept, w którym zadbano o takie detale jak specjalistyczny kamuflaż dla smoków, zaangażowanie w sprawę współczesnych Sił Samoobrony czy rozplanowanie hangarów przechowujących smoki i monitorujących ich stan zdrowia. Kwestia tego, z jakiej paki takie smoczysko może mieć żołądek wypełniony holograficznymi pokrętłami i ekranami to już detal do przemilczenia bądź przekasłania. Niemniej… kurczę. Nie są to kolejne popłuczyny o licealiście, który znalazł mecha i magiczną dziewczynkę gdzieś w pakiecie. Wreszcie mamy coś oryginalnego, naprawdę ładnie zanimowanego, nawet cel tym smokom dano całkiem sensowny… Jako ciekawostka gatunku jest warta uwagi. Waszej ocenie pozostawię, czy jest warta również obejrzenia.

Najlepsza sportówka - Tsurune: Kazemai Koukou Kyuudoubu



Wyróżnienia: 3-gatsu no Lion 2nd Season, Anima Yell!, Harukana Receive, Free!: Dive to the Future, Megalo Box, Uma Musume: Pretty Derby

Wybór w tej kategorii sprawił mi dużą trudność. Z jednej strony od dawna słyszałam peany pochwalne na cześć Megalo Box jako świetnej serii swojego sezonu, ale problem jest taki, że... nie lubię boksu. Jest to jeden z naprawdę nielicznych sportów, których założeń kompletnie nie popieram i chociaż jest stary jak sama ludzkość, to jak na sport jest w nim wyjątkowo mało zdrowia. Dlatego wyróżniam tę serię w oparciu o to, co zdołałam obejrzeć na potrzeby podsumowania, ale sercem jestem bardziej za Tsurune. Nie jest to doskonała seria i sama niedawno wypunktowywałam w podsumowaniu jesieni, że jest w tym anime kilka mało przyjemnych bohaterów, jednak sama idea sportu czy realność statystyk (więcej spudłowanych strzałów niż celnych) jest zaprezentowana z dużą dbałością oraz szczerością. Twórcy nie uciekają od pokazywania szczegółów tradycyjnego kyuudo (który jest bardziej ceremoniałem niż zwykłym konkursem na lepszą celność). Nie mogło to trafić w lepsze ręce niż do studia KyoAni, którzy w technicznych rzeczach zawsze niesamowicie błyszczą. No, w sumie to w tym roku wypuścili też trzeci sezon Free!, ale w nim akurat było wybitnie mało sportu, a więcej dramatu… No, ale! Wracając! Tsurune polecam choćby jako śliczne i pouczające kompendium łucznictwa. Nie zawiedziecie się, jeśli szukacie prawdziwego sportu bez grama dzikich technik zrzucających meteoryty z nieba… jeśli wiecie, co mam na myśli.

Największe zaskoczenie  - Sora yori mo Tooi Basho



Wyróżnienia: Golden Kamuy, Hinamatsuri, Seishun Buta Yarou wa Bunny Girl Senpai no Yume wo Minai, Yama no Susume 3rd Season, Yuru Camp△

Uch, do dziś pamiętam, jak na konwentowym przeglądzie zapowiedzi na 2018 rok śmiałam się strasznie z tego bardzo oszczędnego trailera i plakatu do Sora yori mo Tooi Basho, po którym spodziewałam się, że będzie to kolejna seria pokroju Kantai Collection czy innego High School Fleet, gdzie słodkie dziewczynki zajmowały się dowodzeniem wielkimi krążownikami, bo… bo tak. Because Japonia. I co? Prawda okazała się zdecydowanie inna i kompletnie nieprzystająca do tamtych - durnych z perspektywy czasu - wyobrażeń. Mało tego! Praktycznie nie mogłam prosić o anime, które w bardziej profesjonalny sposób wytłumaczy wszystkie podejmowane decyzje i zwroty akcji, szczególnie wyprawę czterech licealistek na Antarktydę! Zresztą, do dziś pamiętam rozmowę z Yuzuki, kiedy to padło złote: “Przyjaciółkami nie mamy być wtedy, kiedy cię o to oficjalnie poprosimy. Przyjaciółkami zostaje się tak po prostu, z czasem.”, co było chyba najgenialniejszym spostrzeżeniem, które podsumowało lata głupot przekazywanych w anime. I właściwie każde pojawienie się nowej postaci, każde nowe odkrycie, nawet ostateczne przesłanie… wszystko to było jednym, wielkim zaskoczeniem, jakie może wywołać jedynie wyjątkowa historia o młodych ludziach, która poruszy człowieka w każdym wieku. Więc dajcie się zaskoczyć, o ile już tego nie zrobiliście.

Największe rozczarowanie - Steins;Gate 0



Wyróżnienia: Darling in the FranXX, Fate/Extra: Last Encore, Golden Kamuy 2nd Season, Liz to Aoi Tora, Sayonara no Asa ni Yakusoku no Hana wo Kazarou, Wotaku ni Koi wa Muzukashii

Że robienie kontynuacji historii, które stanowią perfekcyjną całość to zły pomysł i mimo całego uwielbienia fandomu nie powinno się na siłę zaspokajać pragnień fanów - to powinnam wiedzieć od początku. No chyba że mnie Madokowy Rebellion zamroczył... Ale niestety, dałam się oszukać, że kontynuacja jednego z moich ulubionych anime będzie czymś tak samo dobrym - jeśli nie lepszym - co pierwszy sezon. A nie było. Nie doszukałam się w Steins;Gate 0 nawet iskierki geniuszu, którą posiadała poprzedniczka: reżyserskiej pomysłowości, zwrotów akcji co pół odcinka, żelowych bananów czy gromadki przesympatycznych postaci, na czele której stały dwie gwiazdy, Christina i Okarin. Dynamika ich relacji była kiedyś głównym kołem zębatym napędzającym i spinającym całą fabułę, podczas gdy w nowej odsłonie dostaliśmy jedynie komputerową Kurisu wypraną z czegokolwiek (plus Maho, która nieudolnie robiła za jej klono-nie-wiem-co) oraz Bardzo, Ale To Bardzo Smutnego Okabe. Grafika się pogorszyła, animacja była nudna, bohaterowie posępni, a złodupcem okazała się pierwsza nowa osoba, na którą w ogóle mogły paść podejrzenia. Zresztą sam główny wątek to były jakieś dwadzieścia trzy odcinki powolnego podcinania sobie żył. A przecież chodziło tylko o to, żeby Okabe wziął się w garść i jeszcze raz cofnął się w czasie! Od samego początku widz o tym wiedział! Lecz zamiast pokazać inne konsekwencje tamtej decyzji, zrobiono z tego przeraźliwie nudne koło. Nie wiem, może visual novelka wcale nie prezentuje się aż tak nijako, jednak jestem tym prequelo-sequelem tak bardzo zmęczona, że właściwie zapomniałam o jego egzystencji. A przynajmniej tak było do momentu, kiedy wyszedł specjalny, 24 odcinek, który poświęcono… robieniu czekoladek na Walentynki. I to już ostatecznie wbiło gwóźdź do trumny, którą tu czytacie. Kill it with fire i tyle.

Największe guilty pleasure  - Dakaretai Otoko 1-i ni Odosarete Imasu.



Wyróżnienia: 3D Kanojo: Real Girl, Citrus, Hanebado!, Jingai-san no Yome, Killing Bites, RErideD: Tokigoe no Derrida, Satsuriku no Tenshi

Jest mi tak źle, a jednocześnie tak dobrze… szczególnie że patrzę na te wszystkie zgromadzone tytuły i już samo to daje mi raka. To był doskonały rok jeśli chodzi o serie tak złe, że aż dobre, a szczególnie zasłużoną podkategorią wydają się te anime, które zawierały toksyczne pairingi - od takich skupiających się na łączeniu w pary zwyczajnych oszołomów (Jingai-san, Satsuriku) po rozwijające wątek gwałciciela i ofiary (Citrus, Killing Bites). Palmę pierwszeństwa oddaję jednak Dakarerai, ponieważ było w nim coś aż fascynującego, kiedy oglądało się te wszystkie popisy animatorów w prezentowaniu syndromu sztokholmskiego dla kochających inaczej. I może dlatego miałam z serii regularny ubrać, bo od początku z tego tonącego Titanica niczego się uratować już nie dało. Nawet jednych, połamanych drzwi (najpewniej tych łazienkowych, zniszczonych przed pierwszym gwałtem)… Ale! Fascynujące było również zapoznawanie się z opinią publiczną, która w tym szambie widziała całkiem spore pokłady “prawdziwej miłości”. Ja jej nawet z lupą nie odnalazłam, a nazywanie agresora i high level stalkera per “zboczony aniołek” przez wykorzystywanego seksualnie bohatera nie leżało nawet w sąsiednim tomie encyklopedii obok słowa “słodkie”. Oczywiście fikcja jest tylko fikcją i można głosić, że wszystko tu wolno, choć nie znaczy to jednocześnie, że każda kupa spotka się z powszechną akceptacją. Ale chociaż pośmiać można się zawsze.

Najlepsza OVA/special - Asagao to Kase-san.



Wyróżnienia: Aggressive Retsuko: We Wish You a Metal Christmas, Mob Psycho 100 Reigen ~Shirarezaru Kiseki Reinouryokusha~, ReLIFE Kanketsu-hen, Shingeki no Kyojin: Lost Girls, Violet Evergarden: Kitto "Koi" wo Shiru Hi ga Kuru no Darou

Praktycznie rzutem na taśmę nadrabiałam rozmaite pozycje, najczęściej przynależące do rodzaju “dodajmy coś do wydania DVD, żeby liczba bajtów się zgadzała”. Ooczywiście wśród nich również zdarzają się świetne pozycje jak choćby dodatkowy odcinek Violet Evergarden czy kolejny tytuł do kolekcji Tytanów. Tymczasem chciałabym wam zarekomendować coś zupełnie innego. Coś, co bym przegapiła, ale na szczęście seans Yagate Kimi ni Naru mi o tym przypomniał. A chodzi o OVA, która bez problemu mogłaby być filmem, tym bardziej że jest praktycznie damską wersją Doukyuusei, tylko w nieco słodszej otoczce. Asagao to Kase-san. jest właśnie tym, czego oczekiwałam po Yagate w jego późniejszej fazie - przyjaznego yuri bez wielkiego zadęcia czy dramatyzmu, ale skupionego na tym, jak bohaterki dobrze się czują z miłością, dla której płeć powinna mieć trzeciorzędne znaczenie. Obie bohaterki są równie dziewczęce i mają urocze reakcje, nawet jeśli Kase na początku wydawała się być tą “chłopczycą, która będzie nadawać tempo relacji”. A guzik! To, że jest wysoka i biega nie oznacza, że nie może mieć ślicznego strapsa przy telefonie czy nie umie się rumienić. Oczywiście jest to zaledwie wyrywek jakiejś większej historii, gdzie nie do końca wiemy, jak doszło do wyznania (niby mamy przebitki, ale jest to jednak tylko symboliczne przedstawienie) ani jak ostatecznie skończy się ta znajomość. Ale wiecie co? To nie szkodzi. W końcu dostałam nie żmudne przekopywanie się przez wszystkie tropy z trudem wypowiedzianego “kocham cię”, ale fragment pięknej historii z pocałunkami i próbami lepszego zrozumienia drugiej osoby. A to zawsze jest dobre.

Najlepszy short - Gaikotsu Shotenin Honda-san


Wyróżnienia: Nobunaga no Shinobi: Anegawa Ishiyama-hen, Wei, Kanjian Erduo La!, Yama no Susume 3

Nobunaga no Shinobi niezmiennie podoba mi się tak samo i wprost nie mogę się doczekać czwartego sezonu (dajbożedaj), podobnie zresztą jak Yama no Susume, ale przekornie postanowiłam docenić świeżą serię, która pokazała klimaty niezwykle bliskie mojemu serduszku - czyli książki. Honda-san łączy w sobie i komedię, i obyczajówkę, a także kino grozy i wątki prawie że filozoficzne (jak to jedna sympatyczna opinia potrafi naładować akumulatory nawet najbardziej zniechęconego życiem człowieka...). Cieszę się, że takie bajki powstają i pokazują, że nie trzeba wcale wypasionej grafiki, żeby pokazać dobre wartości i klawe żarty, a odrobina szaleństwa w przedstawieniu postaci wcale nie przeszkadza, żeby za tymi wszystkimi dziwnymi maskami i czaszkami pokazać grupę prawdziwych ludzi. I nawet jeśli ten czy inny bohater narzekał, że “łomójbosiu, tyle książek do rozpakowywania, tyle tomów do układania!”, to jednocześnie widać było, że ekipa księgarni stanowi solidną grupę lubiących się osób. A to w pracy jest najważniejsze, nie? Więc jakkolwiek Honda starał się uczulić widzów, że taka robota nie zawsze jest związana z łatwymi momentami, to i tak z chęcią mogłabym się z nim zamienić. Dodatkowo jeszcze raz pochwalę Soumę Saito za jego wkład głosowy w stworzenie niezwykle - hehe - żywego głównego bohatera, jak również to, że jego charyzma powołała do życia kilka świetnych memów (na czele ze “Special Yaoi Book!”). Więc koniec i bomba, a kto Hondy-san jeszcze nie widział, ten trąba.

Najlepszy film - No Game No Life: Zero


Wyróżnienia: Fate/stay night Movie: Heaven's Feel - I. Presage Flower, Mary to Majo no Hana, Mirai no Mirai

Czuję się jak totalny przegryw albo inny zlamiony hipster, bo nawet jeśli obejrzałam takie hity jak Maquia czy Liz to Aoi Tori, to nie dość, że kompletnie mi one nie podeszły, to nawet zirytowały na paru płaszczyznach, co już jest niezłą sztuką. Także ogólnie i tak polecam je obejrzeć i wyrobić sobie własną opinię... ale nie, mojego serca nie zdobyły przez koszmarne tempo (albo zbyt szybkie, albo zbyt wolne). Zrobiło to głupie Madhouse i ich głupie dzieciaki, co się biją poprzez zabawy i gry planszowe. W prequelu mamy jednak do czynienia ze znacznie poważniejszym klimatem, bo na Disboard działa się jedna wielka rzeźnia, a ludzkość była jeszcze bardziej w czarnej dziurze niż za przybycia Sory i Shiro. Studio ma mój szacunek choćby z tego względu, jak potrafiło wyciągnąć genialną esencję z serii o dość mocno dyskusyjnym podejściu do ecchi (jako light novel) i przekazało dziwną, ale łapiącą za serce opowieść... wojenną? Chyba tak to należy ująć. W NGNL: Zero nie można nawet mówić o jakimś wyrównanym konflikcie czy rozwalaniu przeciwników metodą nakama power. Na początku jest źle, na końcu jest jeszcze gorzej, a zwycięstwo dokonuje się tylko w wyniku wielkiego poświęcenia. Tak jednak musiało być i cieszę się, że trzymano się ustalonych od początku reguł. Dodatkowo łatwo rozklejam się na ładnych zaręczynach, więc romans również zaspokoił moją wrażliwość (tak, wciąż taką posiadam). Wiem, że nie jest to film do polecenia każdemu, ba, kółko adoracji jest bardzo ciasne i ograniczone do widzów serii telewizyjnej, ale wciąż stanowi ono bardzo dobre uzupełnienie anime, którego kontynuacji nigdy nie dostaniemy. Więc cieszę się i z tego, co jest.

Najlepsza seria roku 2018 - Sora Yori mo Tooi Basho


Z czego mogę być niesamowicie zadowolona to z tego, jak świetnie w tym roku rozłożyły się typy na wszystkie kategorie - w wielu królowało coś zupełnie innego niż w reszcie, sprawiając, że w efekcie dostaliśmy dużo dobrych i bardzo dobrych tytułów o sporej różnorodności. A jednak kiedy myślę o serii, która ma być reprezentantem roku, która ma powiedzieć przyszłym pokoleniom “o, patrzcie, kiedyś to były bajki!”, to chcę, żeby było to coś, co niesie ze sobą jakiś bardziej złożony przekaz. Nie tanią rozpierduchę z cyckami, nie wielkie roboty piorące się po cyferblatach, ale coś, co jest i świetną rozrywką, i poruszającą obyczajówką, i przygodą, którą każdy z nas chciałby przeżyć. Żeby ta seria pozostała jeszcze długo po tym, jak się zakończy. I Sora Yori mo Tooi Basho to robi. Dostarcza absolutnie wszystkiego, czego chciałoby się po historii o młodości - jest kopniakiem w tyłek oraz ciepłym, przyjaznym przytulasem. Rekomenduję ją mocno wszystkim choćby z tego względu, że jest to twór całkowicie zamknięty, oryginalny, jedyny w swoim rodzaju i rozplanowany dokładnie tak, jak to sobie zażyczyli tego twórcy, a nie jak podyktował materiał źródłowy. Poza tym znajdziecie tu masę życiowych puent i zagadnień, które innym anime po prostu się nie śniły: przyjaźń, która powstaje z czasem oraz rozwojem znajomości, a nie zaczyna się od głośnego “zostańmy nakama!”, wyjaśnienie, czemu cztery licealistki w 2018 roku mogą bez większych problemów jechać na drugi kraniec świata, możliwość, aby wciąż nie lubić dawnych koleżanek, nawet jeśli te przeprosiły za dawne krzywdy, kopanie latryn na Antarktydzie, no bo żyć też przecież trzeba… Wszystko jest przedstawione tak trafnie, że czasami aż łapię się za głowę i dziwię się, że to wciąż jest anime. Wiecie - te chińskie bajki, co to często są przerysowane i niepoważne, i ludzie mają różowe włosy, i strzelają laserami z pępków, i w ogóle, no. Ale jeśli właśnie w takich czasach przyszło nam żyć, kiedy to słodkie dziewczynki nie jedzą już ciastek, ale podbijają świat, to… kurde. What a time to be alive!

Najlepsza seria roku 2018 - wybór czytelników

Przyszedł czas na ogłoszenie wyników trwającej przez dwa tygodnie ankiety. Łącznie oddano 85 pojedynczych głosów (czyli przynajmniej 17 osób), co wydaje mi się naprawdę dużym sukcesem jeśli chodzi o bloga życiącego dopiero cztery miesiące. Dziękuję przeogromnie za wasze zaangażowanie, było naprawdę nieocenione i pozwoliło jeszcze odrobinkę pocieszyć się animcami minionego roku. A jak już tak krążymy wokół tematu, to czas najwyższy prześć do deseru.

Wyborem głosujących najlepszą serią zostało...

Boku no Hero Academia 3rd Season




Rozłożenie wszystkich głosów prezentuje się następująco (niewymienione tytuły nie dostały żadnych punktów):


Boku no Hero Academia 3rd Season
9
Violet Evergarden
8
BANANA FISH
7
Devilman Crybaby
6
Mahoutsukai no Yome
6
Seishun Buta Yarou wa Bunny Girl-senpai no Yume wo Minai
5
Sora yori mo Tooi Basho
4
Yuru Camp
4
3-gatsu no Lion 2
3
Aggretsuko
3
B: The Beginning
2
Darling in the Franxx
2
Gaikotsu Shotenin Honda-san
2
Shingeki no Kyojin 3
2
Steins;Gate 0
2
Dakaretai Otoko 1-i ni Odosarete Imasu.
1
Dame×Prince ANIME CARAVAN
1
Emiya-san Chi no Kyou no Gohan
1
GARO -VANISHING LINE-
1
Ginga Eiyuu Densetsu -Die Neue These- Kaikou
1
Goblin Slayer
1
Golden Kamui
1
Hataraku Saibou
1
Hinamatsuri
1
IDOLiSH7
1
Lost Song
1
Lupin III: Part V
1
Megalo Box
1
Saiki Kusuo no Psi Nan 2
1
Satsuriku no Tenshi
1
Shoujo Kageki Revue Starlight
1
Wotaku ni Koi wa Muzukashii
1
Yagate Kimi ni Naru
1
Zombie Land Saga
1


Jak widzicie, podium wyklarowało się idealnie, choć trzeba przyznać, że wystarczyło naprawdę niewiele, żeby nastąpiły solidne przetasowania. No ale zwycięzca jest tylko jeden i w sumie chyba mało której serii udaje się nie tylko nie spadać poziomem wraz z kolejnymi sezonami, ale jest praktycznie coraz lepsza. Boku no Hero Academia 3rd Season zebrał jeszcze większy fanbase na całym świecie, dał nam emocjonalnego łupnia z piąchy dzięki potyczkom wielu bohaterów i z pewnością niejeden fan anime ze zniecierpliwieniem czeka teraz na kinówkę Boku no Hero Academia: Futari no Hero, która w 2019 z pewnością będzie silnym kandydatem do najlepszego filmu roku (no i rzecz jasna na czwarty sezon, choć on może się już nie zmieścić przez czas emisji do przyszłego zestawienia). Na drugim miejscu uplasowała się przepiekna Violet Evergarden, która nie tylko zachwyciła trailerem, będący swego czasu viralem fandomu mangoanimcowego, ale i sama seria spełniła wszystkie pokładane w nią nadzieje. Wynika z tego, że KyoAni wiedziało, co robiło, przez długi czas nie przyznając głównej nagrody w swoich konkursach light novelkowych, zupełnie jakby czekali na pojawienie się tej jednej perełki. I w przypadku Violet też możemy liczyć na kinówkę, choć ta pojawi się - niestety - dopiero w 2020. Z brązowym medalem skończyło znów Banana Fish, co również nie powinno dziwić, zważywszy na żywe zainteresowanie tym tytułem przez minione pół roku. Czy było się fanem gangsterskich porachunków, czy ciężkiego dramatu podszytego romansem, wielu widzów znalazło w tej serii coś dla siebie. Chwała adaptacjom starych mang, szczególnie jeśli są one tak dobre jak ta. Pozostała czołówka rankingu również przedstawia się niezwykle solidnie i niech to będzie dla was najlepsza rekomendacja jeśli chodzi o anime, które były warte uwagi w tym roku.

Na sam koniec pozostaje mi jeszcze raz serdecznie podziękować wam za pomoc, za czytanie tej notki oraz za śledzenie Podajnika i życzę, by za dwanaście miesięcy, przy okazji kolejnego podsumowania, mieć jeszcze więcej takich miłych problemów przy obstawianiu najlepszych serii 2019 roku.

Publikowanie komentarza

6 Komentarze

  1. O, dopiero zauważyłam, że była tu jakaś ankieta :| Obejrzałam w 2018 tylko Ladyspo, więc chciałam na to zagłosować :||||

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A widzisz, a ankieta leżała już od ponad dwóch tygodni .3. I nie oszukuj, chyba jeszcze Yama no Susume nadrobiłaś (przynajmniej do drugiego sezonu?)

      Usuń
    2. Nom mam generalny problem z regularnością, nawet na tak ładnego i przyjemnego bloga nie wchodzę ile powinnam - ale to też trochę niechęć do doboru treści, bowiem najnowsze sezonowce mało mnie ostatnio interesują. Właśnie przez to, że ich nie oglądam - Yama no Susume dopiero nadrobiłam drugi sezon, z 2014, ten z 2018 dopiero przede mną. Oglądam też Pokemony i Precure, stale emitowane (Hugtto zaczęło się w 2018), ale tych nie liczę, bo się jeszcze nie skończyły i nie powiedziałabym, że jestem w jakikolwiek sposób na bieżąco :(

      Usuń
  2. Jedziem~ nie do wszystkiego coś podrzucę, ale.

    Fabuła – pójdę w Devilmana, bo jednak po skończeniu zajęło mi chwilę dojście do siebie.

    Opening – podsyłałam pod notką o tanecznych openingach. :’) no przepraszam, wiem że znów monotematycznie, ale serio tak mi się twarz cieszy na ten kawałek, tak mi się nastrój z automatu poprawia, że szok i niedowierzanie. I dalej podtrzymuję że z każdym obejrzeniem zauważam w tym radosnym chaosie coś nowego. Soł. Put your hands up!

    Ending – pierwszy z Banana Fish albo pierwszy z KazeTsuyo, czysto muzycznie.

    Najlepsza żeńska – Sophie z GARO. Cywil wrzucony do świata demonów, dziwnej magii i innych cudawianków, który faktycznie jest wsparciem takim, jakim może być, no, cywil właśnie. Sophie nie zostaje magiem, nie umie w czarymary, ale nie jest obciążeniem ani przez chwilę, nie jest panną do ratowania i robi za solidne wsparcie moralne.

    Najlepsza męska - …Honda? (choć są słuchy że to żeński szkielet?) (Wyróżnienie dla Yoichiego z Muhyo to Roji za bycie klonem rowerzysty czego do dziś nie mogę pojąć, ergo utkwił mi w pamięci, ergo mogę go tu wcisnąć bo tak.)

    Akcja/przygoda – dalej się upieram, że Krwawe Krwinki stają się pełnoprawnym bitewniakiem w momencie wejścia Białych na ekran. Wyróżnienie dla GARO.

    Fantasy/supernatural - …czyżby znów GARO? D: Muhyo to Roji się mi bardzo fajnie oglądało, ale czy zaraz najlepsze…?

    Komedia – (: i tylko żal ogromny, że szumnie ogłaszany trzeci sezon złożył się z dwóch jeno odcinków i już skończył. W dodatku wycinając gros rzeczy z mangi, przy czym niestety w tym grosie wyleciała spora część motywacji i build-upu (o zakończeniu nie mówiąc). (Ale hej, użyli best openingu, to takie +5 do mojej oceny daje.)

    Sportkówka – niby z automatu bym mogła dać YowaPeda, jak zwykle, ale… ale. Nie wiem, starzeję się, ale ten sezon wydawał mi się momentami rozwleczony już zbyt absurdalnie, nawet jak na standardy sportówek. Nie mogę mimo wszystko KazeTsuyo? ._.

    Zaskoczenie – Devilman? Bo nie znałam kompletnie pierwowzoru i nie mogę udawać że było inaczej.

    Rozczarowanie - …trochę chyba jednak Binan HAPPY KISS, bo jednak nowa ekipa w moim odczuciu nie dorosła do pierwszej piątki. A i żartu jakoś mniej, nie mówiąc już o tym że w całej serii bodaj raz (1) zaobserwowano by któryś z transformujących użył swojej nowej mocy inaczej niż w ataku zespołowym (mówię o tobie, Spazio, któryś zaklął ramen w olewającą grawitację kulę cieczy fruwającą w powietrzu). To po co ich w ogóle rozróżniać motywami?

    Guilty Pleasure – yh, jak wyżej, mimo wszystko.

    OVA/special – wciskam tu ten „trzeci sezon”, bo strzelanie do „ukochanego” młodszego brata najnowszym osiągnięciem techniki: czołgiem własnej budowy w kształcie kota (który w dodatku robi „nyaa!” przed każdym strzałem) niezmiennie powoduje u mnie głupawy uśmiech niezależnie od wersji, w której to widzę, czy to manga, anime, czy ta komórkowa gierka na którą tracę za dużo czasu.

    Short – seconded i to bez dwóch zdań.

    Film – oglądałam chyba tylko to NGNL:Z, ale w sumie mi się podobało, więc why not.

    Ad ankietum, widzę 3 z moich głosów. Konkretnie je widzę. Wiem, że są moje, bo to jedyne głosy na te serie. :’D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Obejrzałaś chyba nie więcej niż dziesięć serii, a i tak udało ci się do większości kategorii coś przypasować. To się nazywa obczajanie właściwych tytułów XD I po tym też wiem, które głosy z ankiety są na pewno twoje ;) I jestem troszkę niepocieszona, że nie wspomniałaś nic o moim docenieniu openingu do Karakuri Circus. Już nie oglądasz czy mi się kompletnie coś pomieszało? .^.

      Usuń
    2. Jakie 10, ej no, z 15 będzie...
      ...chyba...
      ...no anyway.
      Byłabym zdziwiona gdybyś nie wiedziała (takie jedno coś się rzuca w oczy) i w sumie po wysłaniu wyobraziłam sobie nawet jak wywracasz oczami i mówisz "okej, wpadł anonimowy głos od M.W.".

      Karakuri oglądam, ale skokowo, nie co tydzień, a partiami. W sumie chyba utknęłam na 8 odcinku, muszę nadgonić.
      W moim odczuciu to ma opening dobry, ale... no D: dobry. W takim sensie że nie czułam wewnętrznej potrzeby odsłuchiwania pełnej wersji (jak właśnie ending do KazeTsuyo chociażby) ani wciągania jej na playlistę (jak ten opening), nie będę też do niego pewnie wracać po skończeniu serii, natomiast absolutnie bym się oburzyła gdyby mi jakaś strona do oglądania chciała po netflixowemu go pominąć.

      Usuń