Pieskie jest życie martwego licealisty - recenzja mangi Shinigami DOGGY (tomy 1-3)

Z pewnością będę brzmieć jak zdarta płyta, ale krótkie serie są krótkie i mają naprawdę sporo ukrytych zalet - nie trzeba na nie czekać latami, idealnie pasują na prezent czy do wrzucenia do zamówienia, gdy brakuje kwoty do darmowej wysyłki... a jak się jeszcze do tego wszystkiego trafi jakaś porządna, niegłupia historia, to już w ogóle jesteśmy w domu. Zapotrzebowanie na krótsze tytuły dostrzegło również wydawnictwo Waneko, które w ciągu ostatniego roku wypuściło na rynek kilka takich właśnie niezobowiązujących, mniej znanych seryjek. Do tej pory w recenzjach chwaliłam mocno Dziecię Bestii i pojechałam bez pardonu po Kronice duchów… no to co? Może do trzech razy sztuka? Zobaczymy, którą szalę przeważy jedna ze świeżo zakończonych mang - Shinigami DOGGY autorstwa Kany Yamamoto? Czy jest sens sięgać po takie niepozorne niespodzianki, czy lepiej zacząć inwestować w jakieś sprawdzone tasiemce?


Ken nie ma specjalnego szczęścia w życiu (bieda, ubóstwo, głód taki, że myszy nie mają siły piszczeć), ale jak totalnym przegrywem trzeba być, żeby nie mieć go również w życiu po życiu? A jednak - gdy licealista ginie pod kołami dzikiej Ciężarówki-kuna, zamiast do nieba trafia do cyrkowego namiotu, gdzie urzęduje shinigami imieniem Shin. Ten w pierwszej chwili myli głównego bohatera z dziewczyną, przez co jest mu w stanie nieba uchylić, byleby tylko spełnić ostatnie życzenie mogące przeprawić zbłąkaną duszę na drugą stronę, ale kiedy płeć wychodzi na jaw, zaczyna traktować go jak bezpańskiego psa. Ken jednak nie zamierza tak łatwo odpuścić, bo przy Ziemi trzyma go dość jasny żal - ma rodzinę na utrzymaniu, w której robi za jedynego męskiego żywiciela. Chcąc nie chcąc shinigami daje mu więc szansę. Jeśli zdoła spełnić życzenie jakiejś prawdziwej damy, będzie mógł powrócić z martwych… jednak limitem jest czas, kiedy jego ciało zostanie poddane kremacji.

Każdy dostaje swoje pięć minut... pardon, swoje dwieście trzydzieści centymetrów kwadratowych antenowej uwagi.

Zdradzę jeszcze, że Kenowi udaje się pomóc pewnej martwej dzierlatce, a Shin po namyśle uznaje, że praca w duecie (oraz z wykorzystaniem ciała licealisty) sprawia mu znacznie więcej satysfakcji niż spełnianie życzeń z użyciem magicznych materializacji, więc należy to kontynuować - co gorsza w tajemnicy przed zaświatami, gdzie takie praktyki są zwyczajnie zakazane. I od tego punktu zaczyna się tak naprawdę cały bajzel związany z epizodycznością opowieści. Oczywiście nie zrozumcie mnie źle! Takie luźne czytadła też są potrzebne, a wbrew pozorom zaprezentowane na kartach mangi sytuacje są naprawdę ciekawe, a nawet obfitujące w drobne, zmyślne plottwisty. Jeśli o ten punkt chodzi, to zdecydowanie warto zapoznać się z mangą, bo dostarcza miłej rozrywki na kilka godzin.

Nie szkodzi, że nie pamiętasz. My, mangowcy, przerabialiśmy ten scenariusz już parę tysięcy razy.

ALE. W moich pochwałach skupiłam się na postaciach drugoplanowych. Ci główni - czyli Ken, Shin, a potem jeszcze Yugo - są bardzo odpychający i dość żenujący w swoim zachowaniu. Ken jest bowiem krzykaczem, Shin ma fetysz poniżania go i nazywania swoim pieskiem (aaale śmiszne, ło panie, kapcie mi zerwało), natomiast Yugo zgrywa szaleńca, co to by tylko wszystko ciachał, mordował i rozpruwał. Dobra ekipa to podstawa, nie? I fakt, bohaterowie oraz żarty, jakimi operują na przestrzeni dwóch pierwszych tomów, są najczęściej bardzo prostymi gagami - żeby nie powiedzieć prostackimi - i sprowadzają się często do slapstickowych ecchi-sugestii, upodlenia (w obu kwestiach adresatem niewybrednych żarcików jest Ken) lub wykrzykiwanych puent (statuetka również wędruje do Kena). Może nie jest to jeszcze poziom najgorszy z możliwych, jak to z łezką w oku wspominam Kronikę duchów, ale tutaj autorka zdecydowanie się nie popisała. Ba. Właściwie pojechała po linii najmniejszego oporu. 

Kiedy chciałoby się rysować doujiny, ale redaktorzy jak na złość każą robić oryginalne mangi...

Wspomniałam jednak też coś o dwóch tomach, prawda? Ano właśnie. Nie byłam bowiem przygotowana na to, co przyniesie mi tom trzeci, a ten pokazał swoje prawdziwe pazurki i… a niech to. Czemu cała manga nie mogła być właśnie taka? Bo jak pierwszy i drugi tom był skupiony na rozwiązywaniu problemów jakichś nieszczęśliwych dziewcząt, tak w trzecim dzieją się The Rzeczy, których nie powstydziłaby się fabuła Noragami czy jakiegoś Kuroshitsuji. Jest krwawo. Poważnie. Ludzie giną. Możecie mieć feelsy. Powinniście mieć feelsy. I aż seryjnie szkoda się robi, kiedy widać było wraz z ostatnimi stronami mangi, że autorka musiała czym prędzej zwijać interes i że w ogóle nie zdecydowała się tego wątku podbudowywać już wcześniej. Może wtedy nie dostałaby cancela, którego srogo wyczuwam w powietrzu...

Pokaż kotku, co masz w środku, czyli witamy w mandze o fetyszu obróżek.

Kreska za to nie zawodzi na żadnym polu - jest niesamowicie przyjemna, miękka, dopracowana i czytelna, a bardzo dobra jakość druku polskiego wydania idealnie to wszystko podkreśla. Wiele kadrów potrafi złapać za serducho lub zatrzymać czytelnika przy sobie na dłuższą chwilę, pozwalając docenić staranność rysunków. Ciekawostka tajmu - autorka pod pseudonimem Negahyst przez dłuższy czas tworzyła doujiny, głównie do serii Katekyo Hitman Reborn! oraz Eyeshield 21, więc co by tu źle o treści nie mówić, to jednak zna się na swoim fachu (oraz anatomii). Może to właśnie stąd pochodzą też te niektóre nieciekawe zapędy fabularne i osadzenie drobnego licealisty o żeńskich rysach w roli głównego bohatera...? Uhm, zostawmy te dywagacje na boku. Wydawnictwo Waneko wydało Shinigami DOGGY w swoim standardowym formacie (Ao no Exorcist, Tokyo Ghoul i tym podobne), z błyszczącą obwolutą oraz kolorowymi ilustracjami. Te ostatnie udowadniają, że również pod względem kolorowania pani Yamamoto potrafi odwalić kawał świetnej roboty (mój ulubiony obrazek to ten z początku trzeciego tomu - aż można się oszukać, że ta historia naprawdę jest milusińska i pełna sympatycznych przystojniaków) i te ilustracje stanowią urocze uzupełnienie polskiego wydania.

Jak anioła głos! Usłyszałem ją! Powiedziała - jedz! Om-nom-nooom!

O wiele większe wątpliwości mam do tłumaczenia, ewentualnie do (po raz kolejny) samego prowadzenia fabuły, która potrafi przyprawić człowieka o niezłe zgrzyty zębów. Czasami bywa tak, że po przewróceniu strony nie miałam zielonego pojęcia, gdzie się podział ciąg przyczynowo-skutkowy i jak właściwie bohaterowie przeszli z jednego tematu na drugi (tu na zdjęciach poniżej załączam przykład). Czasami znów, jak w przypadku panienki od yaoi czy pokojówki z tomu drugiego, fabuła zbyt szybko przeskakuje do przodu i czytelnikowi brakuje informacji, żeby zrozumieć, dlaczego właściwie postacie zachowują się tak a nie inaczej. Jeszcze w innej sytuacji dochodzi do tego, że wypowiedź z ostatniego kadru pierwszego tomu jest zmieniona względem pierwszego kadru drugiego tomu - raz stoi “Mamy trzech graczy. W co się zabawimy?”, a w innym “Mamy trzech zawodników. W co zagramy?”. Jest to co najmniej dziwne, skoro mowa o dialogu, a nie narracji, która ewentualnie-opcjonalnie-powiedzmy mogłaby się delikatnie różnić. Jednocześnie pochwalę stylizację wypowiedzi, dzięki której młody yakuza faktycznie brzmi inaczej od paniczyka z dobrego domu. Może to drobna rzecz, ale w gąszczu naćkanego tekstu przynajmniej trochę ułatwia czytanie.

Po jednej stronie kartki mamy sobie taką zagwozdkę...

...a zaraz po drugiej czeka nas twarde zderzenie z nieoczekiwaną puentą.

Podsumowując moje skomplikowane odczucia po lekturze Shinigami DOGGY... Jeśli będziecie mieć szansę zapoznać się z tą mangą, to mimo częściowego malkontenctwa mocno wam ją polecam - choćby dla wspomnianego już trzeciego tomu, który wynagradza z nawiązką te nieco mniej mądre momenty. Pozostałe dwa też są warte uwagi, czy to ze względu na sympatyczne kreacje żeńskich duszyczek, którym pomagają Ken i Shin, czy też kreskę, która jest prawdziwą ucztą dla oczu. Oczywiście weźcie na poprawkę, że jeśli jesteście wrażliwi na mało skomplikowany humor czy też bohaterów o wątpliwym udziale cnót do całej reszty charakteru, to ta manga może pogorszyć wasz stan, ale ze świadomością, że jest to luźna rozrywka... e, styknie. W skali szkolnej wystawiłabym czwórkę z dużym minusem, bo widzę wszystkie dobre elementy, które w przyszłości mogłyby zaprocentować i doprowadzić do powstania porządnej, pełnowartościowej historii, ale przez swoją długość manga trochę się w tym wszystkim gubi. I może niech to będzie najlepsza przestroga na kolejne zapowiadane nowości z tytułu trójtomówek.

Za mangę serdecznie dziękuję wydawnictwu Waneko.

Publikowanie komentarza

5 Komentarze

  1. Mam bardzo podobne odczucia, o ile trójka głównych bohaterów była taka sobie, tak postacie dziewczęce śledziłam z prawdziwym zainteresowaniem. Czytałam tylko tomik pierwszy, ale skoro tak chwalisz trzeci, to chyba muszę się za niego skusić! ^^
    Pozytywnie zaskoczyła mnie ta manga, bo na pierwszy rzut oka naprawdę wyglądała na jakiegoś typowego średniaka bez polotu, a czytało się to nadzwyczaj przyjemnie. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też miałam zrobić recenzję na podstawie pierwszego tomu, ale jakoś tak się zeszło z innymi rzeczami, że wypadało już zrobić tekst z całości ^^" Widziałam, że kilka dni temu wrzuciłaś reckę, ale tym razem to ja się powstrzymałam, żeby się nie sugerować (zaraz nadrobię!). Ale to miło, że mamy podobne odczucia. To jest taki średniak w sumie, ale porządny i przyjemny. Nie sądzę, żebym za rok o nim pamiętała, ale może z dumą stać na półce. A trzeci na pewno cię zaskoczy, bo klimat skręca o dobre sto dwadzieścia stopni (no sto osiemdziesiąt to może nie, aż taki Berserk to to nie jest XD).

      Usuń
  2. Oł, Ciężarówka-kun znów w akcji. Dziab, jeśli będziesz kiedyś robiła topkę zUych, Ciężarówka-kun powinien się na niej znaleźć. (Toż i w sama-wiesz-czym próbował, ale jednak przegrał z teleportacją.)

    Gwałtowny zwrot akcji, no i teraz pytanie, czy to serio było „słuchaj, masz skończyć, wymyśl jakąś fabułę i zamykaj”, czy raczej pierwotny plan był by powoli do tej fabuły dojść, tylko jednak czasu nie stykło, stwierdzili że serię trzeba skończyć, no i takie „to czekajcie, dajcie chociaż kawałek fabuły na koniec zrobić!”.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zamiast topkę zuych należałoby zrobić topkę Ciężarówek-kun z piekła rodem, bo i tak zajęłyby jakieś pierwszych dwadzieścia miejsc, o. I ja tu węszę spisek z tą z Zombieland Sagi. Za dużo ich ostatniego roku się zrobiło...

      Jak na mój gust to było to pierwsze, z całym szacunkiem do jakości tego pisanego na kolanie zakończenia. Znaczy, ono na pewno było pisane na kolanie, ale i tak nie zmienia to tego, że było najlepsze i naprawdę wartościowe. Natomiast za tą tezą świadczy fakt, że trzeci tom zwyczajnie nie ma sensu w odniesieniu do dwóch poprzednich i nie ma z nimi żadnego powiązania poza "a, ci bohaterowie się tam pojawiali". Złodupiec pojawia się znikąd, przeszłość bohaterów pojawia się znikąd, nakama power pojawia się znikąd i w ogóle pffff~ Ale jeśli już miałabym czytać jakąś historię, to absolutnie taką jak końcówka.
      Chociaż... hmm... Może ten początek był taki se, bo to edytor wymagał na autorce takie kiepskie posunięcia z początku, a jak już wiedziała, że przy trzecim tomie wisi nad nią widmo zakończenia, to pozwoliła sobie rozwinąć skrzydła? Tu mogę tylko zgadywać.

      Usuń
    2. (A może by tak taka topka na 1 kwietnia...?)

      Usuń