Duchy, egzorcyzmy i syndrom siostry - recenzja mangi Kronika duchów (tom 1)

Może nie jestem jakąś ogromną fanką historii skoncentrowanych na małej ilości stron (raczej wolę się zżywać z bohaterami i regularnie śledzić ich poczynania), ale krótkie mangi są dobre, bo są krótkie. Zresztą, po co się rozwlekać, jeśli historii wystarczy tyle kadrów, ile ma? Za doskonałe przykłady w tej kwestii może uchodzić chociażby Orange, Another, Kuro, Chcę zjeść twoją trzustkę i sporo innych tytułów, które zostały stworzone z konkretnym, wytyczonym odgórnie celem, a nie przymusem, aby ciągnąć historię tak długo, póki będzie się sprzedawać. I z takim właśnie nastawieniem podeszłam też do pierwszej części Kroniki Duchów, trzytomowej serii piórka Natsumegu Seiju.


Kyouichi Sukami (lat porządnych dziesięć) oraz jego siostra, Hanaichi (zdecydowanie nastolatka), pochodzą z bardzo zasłużonej rodziny egzorcystów. Jak na starszą siostrę przystało, Hanaichi świeci przykładem jeśli chodzi o sztukę wypędzania duchów i demonów z ziemskiego padołu, więc nie jest niczym dziwnym, że brat próbuje ją jak najszybciej doścignąć. Niestety, kończy się to fatalnie - Kyouichi razem z przyjaciółmi ze szkolnego klubu okultystycznego trafiają na “ponoć” przeklętą kapliczkę, a gdy próbują ją zapieczętować, wywołują gniew urzędującego tam boga. Za bratem oczywiście wstawia się Hanaichi, która najpierw prośbą, a potem krwawym atakiem pomaga wyratować się z opresji. I choć początkowo wydaje się, że rodzeństwu udało się uciec przykremu przeznaczeniu… to następnego dnia Hanaichi znika w niewyjaśnionych okolicznościach. Po sześciu latach Kyouichi wciąż bezskutecznie stara się odnaleźć zaginioną siostrę, ale wydaje się, że upragnionym przełomem w sprawie może być objawienie się pewnej Bogini Śmierci, niejakiej Chloe Kowloon.

Co kryje obwoluta, czyli miłe nawiązanie do występującej w historii kroniki duchów.

Sens tej fabuły można jednak streścić w całych dwóch słowach - jest okropna. Wrzucono do kotła co się dało, zamieszano i pozostawiono na słoneczku do zaśmiardnięcia. No bo jeśli już na szóstej stronie historia uświadamia mnie, że smarkowaty brat podkochuje się w swojej starszej siostrze i podnieca się, kiedy widzi ją nago, no to czyż jest nadzieja dla tego tytułu? Nie, zdecydowanie nie ma, bo im dalej w las, tym jest tylko gorzej. Historia ma olbrzymie problemy z zachowaniem płynności, idiotyczne żarty (z rodzaju upadania głównego bohatera na cudze cycki i pranie go z tego powodu po pysku) są wrzucane na chybił-trafił, postacie są miałkie i odróżnia ich tylko to, co mają w rękach (prym wiedzie koleś z lupą, którą trzyma z dumą godną maratończyka ze zniczem olimpijskim, bo to ma nam przypominać, że ON JEST WANNABE DETEKTYWEM), a ecchi sceny należą do typu wulgarnych i bez jakiegokolwiek polotu. Tymczasem główny wątek historii jest w tym wszystkim najbardziej wymuszoną rzeczą, jaką się dało stworzyć. Zupełnie nie mam pojęcia, gdzie jest sens w sytuacji, że po wypełnieniu książki opisującej metody na załatwianie duchów jakaś randomowa Bogini Śmierci ma odzyskać wspomnienia (które przecież ma, skoro niby pamięta, że tak to ma działać)? Co w ogóle ma jedno wspólnego z drugim i na jakiej zasadzie ma to działać? A główny bohater? Czemu bezkrytycznie wierzy w dobre intencje Bogini, skoro kilka kadrów wcześniej chciała mu zmiażdżyć głowę? Tu jest tyle dziur fabularnych, że mam ochotę pokroić mangę na plastry i zrobić sobie z nich zapiekankę. Może chociaż wtedy coś by z tego wyszło.

Manga udowadnia, że fetysz na siostrę można mieć w każdym wieku...

Kreska na pierwszy rzut oka przypomina tą znaną z xxxHolic… i to by było chyba na tyle jeśli chodzi o pozytywne aspekty grafiki. Po drugim, trzecim czy dziesiątym spojrzeniu na kadry manga traci coraz bardziej i bardziej na jakiejkolwiek klimatyczności, a zauważa się coraz więcej jej mankamentów. Razi mnie, w jaki sposób starano się zatuszować, że autorka umie rysować tylko jedną twarz, więc w ramach zadośćuczynienia nawaliła bohaterom różnych dodatków i wypiździałków, żeby się jakoś od siebie odróżniali (przy czym jako dzieci i nastolatki wyglądają absolutnie tak samo). Osobną kategorię dla Największego Paszkwila tej serii dostają zęby, które nie wiedzieć czemu są rysowane jakby to robił przedszkolak na zajęciach plastycznych, bo każdy pojedynczy siekacz - których jest zdecydowanie dużo za dużo jak na zwykłego śmiertelnika - musi zostać skrupulatnie zaznaczony. W efekcie wygląda to trochę jak koszmar żywcem wyciągnięty z mang Junjo Ito, tylko że nie (i z całym szacunkiem dla pana Ito).

Wciąż nie zdecydowałam, czy bardziej mnie odstręczają te zęby, czy jednak lupka-głupka.

Do jakości druku nie mogę się jednak przyczepić, bo czerń jest bardzo dobrej jakości, bez łupieżu ani śladów rozmazania, dzięki czemu kadry są częściowo czytelniejsze i bardziej zachęcające (co nie znaczy, że ostatecznie ta sztuka się udaje - porzućcie nadzieję ci, którzy chwytacie tę mangę!). Cieszę się też z wybranych czcionek, bo przy takim natężeniu pito... znaczy tekstu bardzo się przydaje ich lepsza czytelność. Nie mogę jednak żadnego dobrego słowa powiedzieć o warstwie językowej. Właściwie to nawet nie obarczam tu winą tłumacza (chociaż może odrobinkę...?), ale bolesny zgrzyt zębów powoduje ta bezkleistość i bezjajeczność wszelkich wypowiedzi, które tu występują. Przede wszystkim króluje jakaś dzika ekspozycja, rozmowy między bohaterami polegają na mówieniu monologów, które nikogo innego nie obchodzą, a wisienką na torcie zdaje się być pomysł, aby Bogini Chloe używała angielskiego "me" zamiast "ja" i "you" zamiast "ty". Za to ostatnie na pewno możemy podziękować autorce, która uznała, że tak będzie bardziej trendy i cool... Oby jej to kiedyś przeszło.

Pstrokacizna w pełnej krasie.

W ostatecznym rozrachunku dochodzę do wniosku, że albo to ja nie jestem targetem tej mangi i stąd się bierze moja furiacka reakcja (ooo, to to to na pewno), albo sam komiks nie prezentuje sobą nic, czego w znacznie lepszym wydaniu nie kojarzylibyście z innych tytułów. Egzorcyzmowanie duchów mamy chociażby w Posępnym Mononokeanie, zaginionych członków rodziny znajdziecie w Kuroshitsuji, ładne zęby można podziwiać do woli w Wilczych dzieciach... Ale jeśli kręcą was historyjki o duchach na granicy grozy i słabego kiczu, to tak, prawdopodobnie jesteście odbiorcami Kroniki Duchów. Tylko pamiętajcie, że musicie przymknąć oko na występujących tam bohaterów.
A najlepiej całkiem je czymś zasłońcie.

Za mangę serdecznie dziękuję wydawnictwu Waneko.

Publikowanie komentarza

7 Komentarze

  1. Syndrom jednej twarzy? Patrz, prawie jak Kurumada, ale u niego są bodaj 4 chyba…? (nie, serio, z tym jakaś grubsza sprawa nawet była, w sensie że sam chyba to przyznał…)

    Ty, Dziab, odnośnie wątku ze wspomnieniami, jak oni chcą zapełnić całą książkę-kronikę w 3 tomy…? O ile to nie jest zeszycik, to tam musi wszystko aż pędzić. Chyba że braciszek zacznie zapisywać losowe pierdoły, byle do końca?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ach, nawiązujesz do Saint Seiya XD No tak, tylko pana Kurumadę jeszcze mogę tak usprawiedliwić, że tworzył w czasach, kiedy każdy autor miał tak samo albo prawie takie same naleciałości (tak samo autorka od Ramny 1/2 na ten przykład). Nikt nie wiedział, że da się inaczej. Ale teraz, kiedy autora stać na milion szczegółowych teł czy wydumanych strojów? Ej, bez takiego lenia, proszę...

      A tu masz rację, bo jest to zwyczajnie niemożliwie przy tempie prowadzenia spraw (załatwiono zaledwie... trzy?). Na dodatek na pierwszych kadrach dało się zauważyć, że siora początkowo opisywała po kilka stworów na stronę kroniki, więc już w ogóle szykuje się, że muszą ich zabić porządną setkę albo dwie. Z drugiej jest sugerowane, że główny bohater nie ogarnia nawet, o co cho, a to bogini Chloe załatwia wszystkie potwory. Jak to pójdzie offscreen, to pewnie i trzy tomy to będzie za dużo :x

      Usuń
  2. Nie przeczytałam całej recenzji (piszę swoją, także nie chcę się nieumyślnie zainspirować, ale później jeszcze tu wrócę!), ale z tego co widzę, to mamy bardzo podobne odczucia. "Kronika duchów" to była niestety chyba najgorsza manga z tych, które miałam okazję ostatnio recenzować dla Waneko. ;/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. *przybija smutną piąteczkę* Trafiałam już na kiepskie jednotomówki, ale te łatwiej przeboleć, bo zwykle były tylko jakimś przystankiem w karierze autora albo nawet początkiem. To tutaj... słabo się broni pod jakimkolwiek względem :<

      Usuń
    2. Ten tytuł się nawet nie broni, on sam z każdą stroną niestety się pogrąża. XD
      Nie spotkałam jeszcze osoby, której by się podobał, i trochę mnie to dziwi, ale ogólnie rzecz biorąc, to z tego co widzę, bardzo mało wzmianek jest o nim gdziekolwiek. Ot, jakaś randomowa niezbyt udana manga, ciekawi mnie w sumie, czy dobrze się sprzedaje.

      Usuń
  3. Nigdy nie byłam tą serią zainteresowana, dobrze wiedzieć, że słusznie. Jedyne, co muszę tej mandze przyznać, to że okładki całkiem całkiem, nie miałabym nic przeciwko postawieniu na półce. Ale tylko pod warunkiem, że ktoś by mi dał za darmo ;p
    W ogóle ostatnio Waneko coś słabo z zapowiedziami, ze wszystkich serii ogłaszanych przez nich od początku roku potencjalnie interesowała mnie tylko jedna i to była Yona xDDD

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z wszystkich trójtomówek, w jakich ostatnio Waneko się lubuje, ta jest zdecydowanie najgorsza, a konkurencję przecież ma niezłą. No a jeśli atrybutem jest okładka, to już lepiej otworzyć stronę wydawnictwa i po prostu sobie popatrzeć na obwolutę (nawet za darmo bym nie radziła tego brać, jeszcze byś otworzyła i zobaczyłabyś jakiś zły kadr :<)
      Ano bardzo słabo. Mój jedyny entuzjazm wywołały niektóre jednotomówki ("Sora i Hara" i "OB" od Asumiko Nakamury). Cała reszta to wielkie pasmo nieporozumień... oraz Yona :"x

      Usuń