Kopczyk pełen barwnych nowości - pierwsze wrażenia z sezonu anime (jesień 2018)

Piękna, złota jesień nastała już nieodwołalnie, chińskie biedronki próbują pożreć nam mózgi, a fani anime z nadzieją sięgają po nowe tytuły, wierząc, że tym razem im się uda i znajdą swoją bajkę roku. Pozostaje mi tylko dopomóc w tych próbach i przedstawić Wam 17 pozycji, które na ten moment przyciągnęły moją uwagę. Nie oznacza to oczywiście, że wszystkie nadają się do oglądania, ale żeby odkryć, które z nich to perły, a które raczej wieprze, zachęcam do przeczytania dalszej części rozpiski. Chyba że ktoś śledził posty na Facebooku, wtedy jesteście już specami ;)

A jak nie, to... dajcie się zaskoczyć!



Akanesasu Shoujo

Z tak brzydkimi komputerowymi wonszami to zdecydowanie trzeba się rozprawić.

Grupka pięciu dziewczyn należy do Klubu Kryształowego Radia (plus zwykłego, licealnego radiowęzła), którego celem jest przeprowadzenie rytuału, by dostać się do innego wymiaru. Miejska legenda głosi bowiem, że kto o 4:44 przekaże swoje modły przez odpowiednią częstotliwość radia, ten trafi do magicznego świata. Próby są całkowicie bezskuteczne, a przynajmniej do momentu, kiedy wybierają częstotliwość 633.0 i trafiają do rzeczywistości pełnej złotego śniegu...

Po zwiastunach spodziewałam się może nie do końca wybitnej grafiki, ale za to klimatów mocno przypominających "Yuuki Yuuna wa Yuusha de Aru" (takiej tańszej wersji Madoki, ale z całkiem niezłymi plottwistami (przynajmniej do zakończenia)). Niestety, bohaterki są bardzo nijakie, zlewające się praktycznie w jeden tłum poza tym, że a) dziewczynka z "gramofonem" jest bardziej zamknięta w sobie, b) okularnica jest tą rozważną. Ach, no i warto wspomnieć o fantastycznym scenariuszu. Dawno nie widziałam tak kijowych żartów, beznamiętnych dialogów i sztywnego zachowania licealistek, które - do jasnej Anielki - trafiają przecież do innego świata. A główna bohaterka to już jest głupia jak but, skoro w nie widzi podobieństwa między sobą a napotkaną tam dziewczyną. Dodatkowo im dalej w las, tym bardziej mierna jest oprawa graficzna, a CG walki w magicznym wymiarze wzbudziły moje głębokie politowanie. Serio, w tych czasach jeszcze chce się jeszcze komuś udawać, że coś takiego ma sens i jest ładne? Zainwestujcie chociaż w dobrego designera, żeby wam podkręcił projekty postaci, żeby można było gadżety z nimi sprzedawać. W obecnym stanie robicie tylko przysługę telewizji, że ma czym zapchać ramówkę.

Dakaretai Otoko 1-i ni Odosarete Imasu.

To wcale nie jest zapowiedź gwałtu w łazience, to jest... eee... bardzo intensywne otwieranie drzwi za potrzebą!

Saijou Takato od pięciu lat niepodzielnie dzierży tytuł "Mężczyzny, Przez Którego Chciałoby się Być Przytulonym" - a przynajmniej tak było do tej pory, bo szóstego roku został zepchnięty na miejsce drugie przez Azumayę Juntę, nową, młodą, wschodzącą gwiazdę seriali. Oczywiście Saijou nie jest tym faktem ani trochę zadowolonym (ba, ma wyraźny kompleks), dlatego postanawia pokazać młodemu aktorowi, gdzie jego miejsce. A szybko wychodzi na to, że to miejsce będzie w łóżku, tuż nad rozebranym Saijou.

Bardzo rzadko oglądam yaoi w wersji animowanej (no chyba że wiem, że totalnie warto, jak w przypadku "Doukyuusei", polecam każdemu, a co), bo najczęściej są to pozycje tak mocno jadące na schematach, że te szkapiny powinny już dawno wysiąść z niemocy. Ale raz na jakiś czas miewam bardzo głupie pomysły i stwierdzam, że hej, czemu by się z tego nie pośmiać? No i tutaj najnowsza seria sprawdza się kapitalnie. "Dakaretai" głupotkami stoi, od bucowanego uke i młodego, jurnego seme, którzy będą się wzajemnie ujarzmiać, po standardową wymówkę w postaci "miłości od pierwszego gwałtu". Nie da się wziąć na serio takiej relacji, a brzuch niejednokrotnie boli od nagłych, bezsensownych, wyrwanych z brazylijskich telenoweli zwrotów akcji. Oczywiście to oznacza, że absolutnie będę kontynuować oglądanie, bo mam z tego cudowną rozrywkę i pożywkę dla mojego wewnętrznego wrednego Dziabąga. Aczkolwiek trochę szkoda mi seiyuu osadzonych w głównych rolach, bo to naprawdę czołowi, znający się na swojej pracy panowie i szczerze ich podziwiam, że nie parskają w mikrofony, wypowiadając te wszystkie krążące wokół dziubdziania teksty. Chociaż taki szacun.

Double Decker! Doug & Kirill

O mój Boże, w co za pokraczny projekt mnie wkręcili...

Anime osadzone (ponoć) w tym samym uniwersum co "Tiger&Bunny" opowiada o detektywach zajmujących się sprawami przestępców posiadających nadnaturalne moce. Moce te są wywoływane tajemniczym narkotykiem zwanym Anthem, a wszystkie sprawy z nim związane są automatycznie kierowane do specjalnej grupy operacyjnej SEVEN-O. W niej pracuje Doug Bilingam, który przy okazji jednej z takich akcji obezwładnienia naszprycowanego przestępcy trafia na Kirilla Vrubela, młodego, nieco zbyt energicznego policjanta z aspiracjami do zostania bohaterem.

Wokół serii już od jakiegoś czasu krążył niemiły smrodek. Keiichi Satou, reżyser pierwotnego "Tiger&Bunny", od początku był chętny stworzyć sequel, ale nikt nie wydawał się tym zainteresowany produkcją (chociaż seria została naprawdę bardzo dobrze przyjęta), a kiedy znów zaczęto prace nad "Double Decker!", nikt nie zaprosił Keiichiego choćby do współpracy. Może to i lepiej dla niego, patrząc na to, co się wyczynia tutaj. O ile w serii superbohaterskiej użycie CG praktycznie nie raziło, bo wykorzystano je na animację mechanicznych kostiumów, o tyle serwowanie nam w pierwszych minutach seansu plastikowego gościa, który stoi i strzela z rewolweru, to już chyba drobna przesada. Ani to ładne, ani spójne z koncepcją. Dodatkowo osadzenie w roli głównego bohatera tego młodego, narwanego, ironicznego (tylko według niego samego) chłopaka, co to za wszelką cenę chce powalić świat na kolana, nie jest nawet odrobinę tak odkrywcze jak wykorzystanie czterdziestoletniego, nieogarniętego medialnie tatuśka. I tak, będę bezwstydnie porównywać obecną serię z "Tiger&Bunny", bo twórcy mogli pójść sequel... ale woleli odgrzewany kotlet. No to mamy - humor jest w widza praktycznie wmuszany, bohaterowie są zbyt sztampowi i przerysowani, projekty postaci drugoplanowych są zwyczajnie brzydkie, a narrator jest bardzo irytujący. Nie wiem, co ta seria miała sobą prezentować i co odkrywczego pokazać widzom, ale cenzura w formie kreskowego maziaja to najwyraźniej wszystko, na co ją stać. Więc i ja postawię kreskę - grubą, na tym anime.

Gaikotsu Shotenin Honda-san

Ja za każdym razem, kiedy znajomi pytają, co za ciekawą książkę ostatnio przeczytałam.

Jeśli nie wiecie, co fascynującego może być w pracy w księgarni, to Honda - miły, bardzo przyjazny i chętnie pomagający ludziom kościotrup - wam to wytłumaczy. Codziennie styka się bowiem z sytuacjami, które absolutnie nie pozwalają mu się nudzić, a nam, widzom, zafundują mnóstwo życiowych mądrości (oraz radości). Również mangowych. Głównie mangowych.

Na początku trochę zwątpiłam, kiedy zobaczyłam naprawdę oszczędną szatę graficzną (ten sam typ jak w "Thermae Romae"), ale po kilkudziesięciu sekundach oglądania wiedziałam już, że to jest to i że forma nie ma tak naprawdę żadnego znaczenia, żeby opowiedzieć coś z jajem. I niech za dowód służy to, że szykując kadry do mini-recki na fejsa oscreenowałam praktycznie cały odcinek, tak dużo się w nim działo (a i tak trwał zaledwie 11 minut). Póki co pierwszy był podzielony na dwa segmenty - jeden stanowił przypadek zagranicznego przystojniaka rodem z Hollywood, który szukał dla córki specjalnej książki marzeń, a drugą stanowił przekrojowy atlas po yaoistkach. Oba były naprawdę wybitnie śmieszne, a jednocześnie przekazywały dużo prawd. Dodatkowo reakcje Hondy są przeurocze, a jego chęć do niesienia pomocy mimo pytań o hardcorowe doujinshi z tentaklami - godna najwyższego szacunku. Takiego księgarza chciałoby się mieć wszędzie.

Golden Kamuy 2nd Season

Ciągle mam wrażenie, że bohaterowie muszą w tej serii odkryć to, że to nie za złotem tak gonią, ale za dobrym mięchem na kolację.

Kontynuujemy morderczy wyścig za górą ukrytego na Hokkaido złota. Asirpa, Sugimoto i ekipa dalej szlajają się, idąc do Yuubari, za to Tsurumi wykonuje kolejny odważny ruch i zwraca się do pewnego taksydermisty, który poza wypychaniem zwierząt ma także ciągoty do ludzkiej skóry... Dodatkowo w tle przewija się rosyjski spisek oraz wróżbitka, która namawia Tanigakiego, aby ruszył w ślad za Asirpą. Będzie się działo!

Zdążyłam już zapomnieć, jakie z tej serii jest pokręcone dziwadło - to tak jakby połączyć "Kulinarne podróże Roberta Makłowicza" z "Dexterem" (nie, nie tego od laboratorium, tego drugiego, od prosektorium). Z jednej strony mamy tu bowiem gagi o dosłownej kupie oraz rozpływanie się nad sztuką kulinarną ludu Ainu, a z drugiej w tle mamy gościa robiącego sobie z ludzi fatałaszki, pozującego na kjut boia. Naraz. Kilka minut po sobie. I ja już chyba nie wiem, czy to ja oszalałam, czy to twórcy oszaleli... bo to anime ciągle jest to na tyle ciekawe, że chce się je oglądać. W kwestii grafiki nic się tutaj nie poprawiło i chociaż na wstępie oszczędzono nam komputerowych zwierząt (na szczęście wypchane zwierzęta nie musiały się ruszać, a ustrzelony na polowaniu jelonek zwyczajnie szybko padł), ale za to mieliśmy obowiązkowe brzydkie ognisko. Chyba nie można mieć wszystkiego. Z jednej strony zachęcam do zapoznania się z ciekawą intrygą przedstawiającą wiele różnych stron konfliktu, ale z drugiej, jak patrzę na to, co napisałam... może bezpieczniej będzie sięgnąć po mangę? 

Irozuku Sekai no Ashita kara

Więc chodź, pomaluj mój świat~

W nie tak całkiem dalekiej przyszłości na świecie w niesamowity sposób rozwinie się magia. Każdy człowiek powinien być tym faktem zachwycony, ale nie Tsukishiro Hitomi, która nienawidzi magii całym sercem i cierpi, ponieważ straciła możliwość postrzegania kolorów. Babci Hitomi jest bardzo żal wnuczki, dlatego decyduje się wysłać ją do przeszłości, a dokładnie do roku 2018, by młoda dziewczyna odnalazła utraconą... radość z życia.

P.A.Works znowu bawi się w robienie pięknych, rzewliwych, oryginalnych anime o licealistach i dorastaniu - i trzeba mieć nadzieję, że tym razem okaże się to bliższe, powiedzmy, "Nagi no Asukara" niż "Glasslip". Póki co można jednak uznać, że koncept na historię jest ciekawy, mniej więcej jesteśmy w stanie przewidzieć, do czego to będzie zmierzać i o co w ogóle bohaterom będzie chodzić (uff, czyli jesteśmy uratowani). Szata graficzna jest niesamowita, ale nie dziwi to chyba nikogo, skoro w pierwszym zdaniu wymieniłam nazwę TEGO studia. Można być więc pewnym, że jeśli nawet nie do końca będzie leżeć nam dynamika relacji między postaciami, to zawsze zbierze się materiał, żeby zmieniać tapety na laptopie przez najbliższe trzy lata. Zresztą, wystarczy spojrzeć na gif powyżej. Do tego anime będę podchodzić z pewną ostrożnością, ale chyba nie mam póki co większych obiekcji. Co najwyżej poproszę więcej magii, bo jest ładna i kolorki, o.

Jingai-san no Yome

Każda potwora znajdzie tu swojego amatora... albo sama go wybierze.

Trzyminutowa seryjka, z czego połowę stanowi openingo-ending. Pewnego dnia Tomari Hinowa zostaje wywołany z klasy, żeby dowiedzieć się, że poślubi tajemnicze, puchate monstrum zwane Kanenogi.

Wybaczcie za ten lakoniczny opis, ale to naprawdę wszystko, co wydarzyło się w pierwszym odcinku. I już zaledwie po tym jestem mocno skonfundowana, obeśmiana i troszkę nawet przerażona. Niby według MALa główny bohater ma być licealistą, ale przez swoje zachowanie oraz delikatną buźkę dawałam mu maksymalnie 13 lat. Ale pomijając nawet wiek, to i tak rodzi się tu nie lada problem - bo naprawdę? Przychodzi sobie niemówiące nic monstrum do szkoły, pokazuje mu się wykaz uczniów, a te sobie wybiera małżonka (płeć nawet nie ma znaczenia, bo w albumie jest mieszanka) i już? To nawet staromodne, aranżowane małżeństwa mają w sobie więcej subtelności! Nie mówiąc już o tym, że totalnie szkoda mi głównego bohatera, bo najwyraźniej jest tym targiem niewolników tak samo zaskoczony jak widz. I niezależnie od tego, czy byłoby to japońskie yeti, czy piękna, przesympatyczna dziewczyna - tak się, cholera, zwyczajnie nie robi.

Kaze ga Tsuyoku Fuiteiru

Nie wiem, czy kradzież powinno się przedstawiać kozacko... ale tu jest kozacko!

Okoliczności poznania Kakeru i Haijiego są dość nietypowe - ten pierwszy zostaje bowiem przyłapany przez tego drugiego na kradzieży kanapki. Ale to nie o chleb chodzi, ale o same warunki, ponieważ Kakeru zwiewa ze zdobyczą jak rącza gazela, natomiast Haiji pierwsze, co robi, kiedy dogania go na rowerze, to pyta "lubisz biegać?". Lubi czy też nie, na pewno to umie, i pewnie to dlatego Haiji zaprasza wyrzuconego ze swojego dotychczasowego lokum Kakeru do zamieszkania w małym akademiku... który jest również klubem biegaczy.

Och, kochani, nie wiem, jak potoczy się fabuła, ale wystarczy spojrzeć na twórców, żeby zrozumieć, że mamy potencjalną serię sezonu (a właściwie dwóch, bo ma mieć 23 odcinki). Animacja od Production I.G., reżyser "Joker Game", udźwiękowienie i muzyka od twórców "Haikyuu!"... i tylko aktor głosowy od Ippo z "Hajime no Ippo" na stanowisku scenarzysty jest dość konfundujący. Mimo to pierwszy odcinek wypada naprawdę świetnie i mogłabym się bardzo długo rozpływać nad ślicznymi, interesującymi kadrami. Wydaje mi się, że przy sportówce biorącej na warsztat biegi (i to długodystansowe) można całkiem fajnie pobawić się formą przy jednoczesnym zachowaniu jakiejś oszczędności w animacji. Jestem bardzo ciekawa nie tylko tego, jak poradzi sobie główna dwójka, ale też reszta noobków z klubu, którzy ewidentnie nie na to się pisali. Cieszę się również na obecność Toyonagi Toshiyukiego, który podkłada głos Haijiego, i jestem zainteresowana rozwojem seiyuu Kakeru, bo to dopiero jego druga rola i pierwsza tak znacząca. Trzymam kciuki, aby ta seria okazała się bliższa "Haikyuu!" niż "Ballroom e Yokosou!".

Kishuku Gakkou no Juliet

Julio, moja Julio, kwiecie rozkwitający nocą... dlaczego twoje oczy tak się dzisiaj pocą?

Do akademii Dalii chodzą uczniowie dwóch wrogich państw, nazywani w szkolnych murach jako "Black Dogs" i "White Cats". Liderami tych grup jest Inuzuka Romio i Persia Juliet - para, która walczy ze sobą już od piaskownicy. Nikt nie wie, że Inuzuka cierpi tak naprawdę na chroniczną miłość do pięknej koleżanki, a to, że z nią walczy, to tak naprawdę przykrywka, aby nikt nie starał się jej zrobić realnej krzywdy. Nieskuteczność szefa nie podoba się jednak niektórym chłopakom z obozu "Black Dogs", dlatego decydują się wprowadzić własny plan...

Po kilku sezonach posuchy dostaliśmy wreszcie typowo słodkie romansidło, które swoim klimatem przypomina coś pomiędzy "Akagami no Shirayuki-hime" a "Yamada-kun to 7-nin no Majo" (nie bez powodu, tym drugim zajmuje się to samo studio i reżyser). Miło też, że bohaterowie już w pierwszym odcinku stawiają kawę na ławę i określają status swojego związku, jakkolwiek cała fabuła będzie się teraz kręcić wokół znanego z szekspirowskiego oryginału motywu "bo my się kochamy, ale nikt nie może o tym wiedzieć, ból, dramat, duże ilości angstu naraz". Na szczęście to jest tylko słodkie anime robione na współczesne potrzeby rynku, więc jedynie, co dostaniemy, to mini-dramaty do odkręcenia paroma gagami i wyznaniami. No i chyba nikt nie wątpi, że ta historia będzie mieć swój szczęśliwy finał - pytanie tylko, czy nastąpi to jeszcze w anime, bo te niemal zawsze są tylko reklamówkami dla mang. Nad tym zastanowimy się już za trzy miechy, a póki co warto się zainteresować tą produkcją, bo naprawdę warto ją pochwalić za animację i zabawę kadrami. Niektóre ujęcia były wręcz fotograficznie pięknie i ktoś miał głowę na karku, jak wykorzystać efekty świetlne dla podkreślenia sytuacji (spotkanie przy fontannie, kiedy "White Cat" Persia jest ślicznie oświetlona, a "Black Dog" Inuzuka stoi w cieniu muru - świetne). Więc nawet jeśli po gatunku shoujo nie da się spodziewać wiele, to na pewno ta pozycja zapewni przyjemną rozrywkę.

RErideD: Tokigoe no Derrida

Dziewczynki w czerwonych ubraniach i podróże w czasie to bardzo podejrzane połączenie.

Derrida jest zdolnym naukowcem, jak również synem twórcy robotów, które zrewolucjonizowały świat. Na kilka dni przed wejściem do użytku nowej linii robotów bojowych DZ Derrida razem z przyjacielem Nathanem odkrywają olbrzymi bug, który może sprawić, że wszystkie roboty za jednym zamachem staną się niebezpieczne. Próbują coś z tym zrobić, ale szef ich ignoruje. Niestety, oczywiście dochodzi do spodziewanej usterki, wobec czego przełożony chce ich uciszyć. Derridzie udaje się uciec i próbuje pobiec do córki Nathana, aby ją ochronić, ale splotem przypadków zostaje zamrożony w komorze kriogenicznej, z której budzi się dopiero po 10 latach...

Trzeba jednak spojrzeć prawdzie w oczy - ostatnim dobrym telewizyjnym anime z motywem podróży w czasie było "Boku Dake ga Inai Machi". Im dalej bowiem idziemy w las, tym więcej trafiamy na brzydkie hasioki. A te tutaj są już okrrrrutnie brzydkie. Cokolwiek dobrego mówiłam o reżyserii Takuyi Satou, tu niestety nie istnieje, przytłoczone bardzo tanią animacją i przewidywalną fabułą. Scenariusz jest aż śmieszny w swoich zwrotach akcji (zignorowane zagrożenie, wprowadzenie w temat podróży w czasie, Derrida, który cudem ucieka ze strzelaniny), a głównego bohatera to chyba zwyczajnie nie lubię. Krzykliwe toto, unoszące się honorem, wybiegające w środku rozmowy jak pierwsza lepsza licealistka. Wielki mi naukowiec. Dodatkowo główny wątek jest nam prezentowany z naturalnością nosorożca stojącego w retro salonie - no widać, co się dzieje, i aż strach w to głębiej wchodzić. Wyszło już pięć odcinków serii (cztery we wrześniu, co wiązało się z pokazem w kinie w Shinjuku) i szczerze się zastanawiam, czy oglądać dalej i psuć sobie mój ulubiony motyw. Bo przecież co się zobaczy, to w naszym świecie już się nie odzobaczy.

Seishun Buta Yarou wa Bunny Girl Senpai no Yume wo Minai

Bo nie chodzi o to, by gonić króliczka, ale by pozwolić spacerować mu~

Dzień jak co dzień, księgarnia jak księgarnia - tak mogło się wydawać dla Sakuty Azusagawy do momentu, kiedy obok niego przeszła młoda dziewczyna ubrana w seksowny strój króliczka. Na dodatek dziwne w tym wszystkim było to, że tylko jeden jedyny Sakuta zdawał się widzieć pannę-króliczka... czy może raczej Mai Sakurajimę, znaną aktorkę młodego pokolenia oraz starszą koleżankę ze szkoły Sakuty. Co się za tym zachowaniem kryje? I dlaczego uczniów dotykają takie dziwne, lekko paranormalne sytuacje?

Jak możecie odgadnąć już po samym tytule - jest to adaptacja light novel, na dodatek od autora "Sakurasou no Pet na Kanojo". Z tym starszym tytułem nie miałam wcale do czynienia (specjalnie, bo nie lubię takich przyczajonych haremówek), a i do obecnego tytułu podchodziłam jak pies do jeża... No, po plakatach to nawet jak pies do króliczka... ale okazało się, że nie było czego się bać. Wątek niewidzialnej dla społeczeństwa Mai oraz pewnej alienacji Sakuty jest prowadzony w bardzo płynny, ciekawy sposób, a dodatkowo widać między nimi naprawdę fajną chemię, kompletnie oderwaną od typowego "ty jesteś przeciętnym protagonistą, a ja będę cię bić za to, że na mnie patrzysz". Właściwie Mai wygląda mi na waifu sezonu i nie zdziwię się, jeśli grono jej czcicieli będzie rosło z tygodnia na tydzień. Animacja jest naprawdę śliczna i bardzo dobrze wykorzystuje 3D tłumy - nie daje ich chamsko gdzie się da, ale uzupełnia te miejsca, na które widz naprawdę nie patrzy (tak w trzecim planie, a w drugim wciąż daje rysowanych randomów). Nad oprawą pracują więc bardzo kompetentne osoby i pozostaje mi tylko z całego serducha zachęcić Was do obejrzenia pierwszego odcinka, bo zapowiada się zdecydowanie lepiej niż można byłoby wnioskować po okładce

SSSS.Gridman

Moshi-moshi? Chciałam zgłosić awarię. Zamiast Triggera przysłaliście mi państwo jakąś podróbkę z Aliexpresu.

Główny bohater budzi się na kanapie w domu pewnej dziewczyny, równolatki chyba... i za cholerę nie wie, kim jest ani co się dookoła niego dzieje. Od dziewczyny - Rikki, która jest jego koleżanką z klasy - dowiaduje się, że nazywa się Hibiki Yuuta i że ma przestać się wygłupiać. Tylko że Yuuta absolutnie się nie wygłupia i mało tego, na ekranie starego komputera, znajdującego się w sklepie matki Rikki, dostrzega głowę robota, który mówi mu, że musi natychmiast się przebudzić. A na zewnątrz stoi najprawdziwsza Godzilla...

Okej, to teraz niech podniosą ręce te osoby, które znów dały się nabrać na to, że studio Trigger wróci dna właściwe tory i zrobi wreszcie porządne, zwariowane anime? Wow, potężny tłumek się zebrał... No to chyba czas zrobić jakąś pikietę albo wystosować pismo o zakaz używania brzydkiego CG przy walkach wielkich jaszczurek z wielkimi robotami, bo od tego to się tylko smutno robi. Póki co seria nie robi absolutnie żadnego wrażenia, a pierwszy odcinek był raczej przebieżką do zaliczenia wszystkich co mniej ambitnych schematów z kategorii kursu-mecha-dla-każdego-licealisty. Mamy więc amnezję, mamy wielkie roboty sterowane ludźmi, złych złodupców, którym brakuje zmysłu estetycznego przy rzeźbieniu swoich kitowców/megazordów, mamy nawet magicznie naprawiające się miasto, mimo że kamehameha wystrzelone z gardzieli Godzilli zmiotło połowę szkoły głównego bohatera, również personalnie. Co to wszystko ma więc wywoływać u widza i czy nie zaczniemy zaraz tęsknić za "FranXXami"? Oby jednak nie.

Sword Art Online: Alicization

Myśleliście, że Silica nie nadaje się do krwistych gier MMO-RPG? No to żryjcie ołów!

Mordercze gry VR powracają! W świecie fantasy żyje sobie trójka młodych przyjaciół - Alice, Eugeo i... Kirito. To ostatnie imię wzbudza w widzu zdecydowaną konsternację, ponieważ od dwóch sezonów i jednej kinówki dobrze wiadomo, że Kirito ma już lat kilkanaście i zdecydowanie żyje w naszym świecie. O co więc chodzi? Czy to jakaś gra? Może powiązana z testami, w których uczestniczy główny bohater, a które są na tyle tajne, że wspomnienia z tym związane są całkowicie blokowane? I co z trzecią osobą zamieszaną w incydent z Death Gunem, która wciąż jest na wolności? Na to odpowiedzieć może tylko czterosezonowy arc Alicyzacji. 

Mało kto nie słyszał chociażby o takim anime czy light novelce jak "Sword Art Online". Kto by jednak pomyślał, że nie tylko dotrwamy czasów, kiedy adaptacji doczeka się zdecydowanie najdłuższa część historii (przewyższająca materiałem wszystkie poprzednie sezony razem wzięte), ale że już na pierwszy rzut oka okaże się ona tak dobra? Wow. A-1 Picture wystawiło do tego projektu zdecydowanie dobrą ekipę, a nawet nauczyło się kilku sztuczek, przywodzących na myśl anime stajni ufotable, że ogląda się to z ogromną przyjemnością. Póki co zaadaptowane zostało praktycznie pół dziewiątego tomu LN, z pewnymi zmianami (skompilowany wstęp z Podziemia, dodanie walki z GGO), ale bardzo dobrze zrobiono, że pierwszy odcinek trwał czterdzieści minut i zatrzymaliśmy się w momencie kiedy to czyjeś serce się, hehe, zatrzymało. Tempo było dobre i otrzymaliśmy w nim całkiem sporo informacji przydatnych w rozwikłaniu dalszych zagadek. Najbardziej w całym tym arcu podobają mi się rozmowy na temat natury ludzkiej duszy, gdzie jest i czy można ją zamienić w dane, więc nie mogę się doczekać najbliższych odcinków, kiedy dodatkowo zostanie to wszystko połączone z ładną warstwą wizualną. I w ogóle... nie znam nawet połowy tego arcu, ale wydaje mi się, że dotychczasowe wątki to była dopiero dziecinna zabawa, ledwie wstęp do tego, co w mniejszy bądź większy sposób prowadzi przecież do "Accel Worlda" (druga z LN autorstwa Rekiego Kawahiry) i tamtejszej technologii. Cieszę się więc, jak olbrzymia będzie to adaptacja i trzymam mocno kciuki, aby poziom z pierwszego odcinka nie spadł, a tylko rósł. Bo SAO należy się nieco odczarowanie po tym krótkim i nijakim pierwszym sezonie. Większe intrygi zdecydowanie robią temu tytułowi dobrze.

Tensei shitara Slime Datta Ken

Już od pierwszego odcinka to anime pokazało swoją wyższość nad innymi isekaiami.

Satou Mikami jest 37-letnim, całkiem usatysfakcjonowanym z życia pracownikiem korporacji. Jedyne, czego mu do szczęścia brakuje, to dziewczyny, której nigdy nie miał - ale to raczej już się nie zmieni, ponieważ mężczyzna zostaje zaatakowany przez nożownika i ginie. Na szczęście jest w anime, więc odradza się w pięknym, magicznym świecie jako... slime.

Wiem, że gatunek isekai (czyli tych fantasy, co to jakiś przypadkowy japoński nieudacznik jest teleportowany do magicznego wymiaru) jest przeżarty i wypluty jak to tylko możliwe i że nie da się o nim opowiedzieć już nic wartego uwagi... a jednak stał się cud! "Tensei shitara Slime Datta Ken" poznałam jakieś trzy latka temu, kiedy manga miała zaledwie kilkanaście rozdziałów, i wtedy dało się zauważyć fajny potencjał całej historii. Oczywiście wciąż mamy naszego przydziałowego przegrywa (który jest jednak miłym, całkiem spełnionym przegrywem), co nigdy nawet nie trzymał dziewczyny za rękę, ale świeżość polega na tym, że odradza się nie jako przystojniak z wielkim mieczem, tylko glut. Oczywiście glut z dużym potencjałem i zdolnością do uczenia się, ale jednak widać wyraźnie, że powinniśmy nastawić się na ruszanie mózgownicą, a nie tylko klepanie wrogów świetlistymi atakami. Pierwszemu odcinkowi udało się to oddać znakomicie i bardzo jestem pod wrażeniem efektów wykorzystywanych podczas "instalowania" nowego ciała. Dodatkowo nigdzie indziej nie znajdziecie tak interesującego tsundere-smoka, który zachowuje się cudowniej niż niejedna bohaterka haremówek. Mam jednak trochę obawy jak dalej będzie wyglądać grafika, bo opening jest wyjątkowo...hmm... chaotyczny... ale póki co kupuję serię w całości.

Tsurune: Kazemai Koukou Kyuudoubu

Gdyby seria była o hodowaniu puszczyków zamiast strzelania z łuku, też bym była zachwycona.

Minato Narumiya rozpoczyna naukę w liceum, gdzie trafia na dwójkę przyjaciół z dzieciństwa, Ryouheia i Seiyę. Z Seiyą chodził nawet do jednego klubu łucznictwa, ale coś się w międzyczasie popsuło (o czym może świadczyć również blizna na brzuchu Minato) i chłopak musiał zrezygnować z zajęć. Okazuje się jednak, że w liceum, do którego teraz uczęszczają, też działał klub łucznictwa, tylko mu się nieco umarło, dlatego jeden z nauczycieli - Tommy-sensei - prosi Minato i jego kolegów o wskrzeszenie działalności. Niestety, główny bohater wydaje się mieć jakąś głębszą traumę z tym związaną, na którą lekarstwem może okazać się spotkanie z tajemniczym łucznikiem...

Jeee! Dotarliśmy wreszcie do końca początku jesiennego sezonu! No a trzeba przyznać, że było na co czekać, szczególnie że mówimy o KyoAni, którzy nawet jak wezmą na warsztat jakąś idiotyczną haremówkę z supermocami (cześć "Musaigenie"), to i tak zrobią z tego coś wartego oglądania. W "Tsurune" jest oczywiście trochę lepiej, na szczęście, choć jednocześnie raczej nie ma się co rozpływać nad złożonością fabuły. Konstrukcja większości sportówek jest bowiem prosta jak budowa cepa - mamy sławny klub, który podupadł, ale odzyska chwałę dzięki nowemu pokoleniu członków, przy okazji czyniąc ze straumatyzowanego głównego bohatera królem boiska/kortu/dojo/whatever. Jedynym jaśniejszym punktem zlepka znanych motywów jest tu niezaprzeczalnie fakt, że 4/5 głównych chłopców faktycznie umie w łucznictwo i wie, o co w tym bie... znaczy, o co w tym leci. ALE. Jest w tej serii coś, co oczarowało mnie bezgranicznie: muzyka. Dawno nie oglądałam anime, gdzie soundtrack był od początku tak mocno wyczuwalny i w trzech miejscach pierwszego odcinka (!) niesamowicie złapał mnie za serce w ten czy inny sposób. Więc jeśli nie jesteście zainteresowani "Tsurune" jako takim, to powinniście wypatrywać OSTa, bo wydaje mi się, że będzie silnym kandydatem do podsumowania roku.

Yagate Kimi ni Naru

Ciii~ Nie zdradzajmy widzom, że oglądają yuri.

Yuu uwielbia romansowe mangi oraz piosenki o miłości - niestety, aż do liceum nie doczekała się momentu, aż jej serce zatrzepocze i powie "tak, to właśnie to uczucie". Z gorzkim poczuciem, że zakochanie nie jest dla niej, Yuu zostaje wkręcona w pomaganie samorządowi uczniowskiemu, a tam natrafia na piękną senpai, Touko, która jest miła, uprzejma, odpowiedzialna... i tylko raz za razem musi odmawiać wyznaniom kolejnych absztyfikantów, tłumacząc, że niestety kompletnie nic do nich nie czuje. Tak dziewczyny zaczyna łączyć nietypowa więź zrozumienia, że miłość to może nie być coś dla nich... przynajmniej do momentu, aż jedna zaczyna czuć coś do drugiej.

Tak jak w przypadku yaoi zdołałam jeszcze trafić na dobre tytuły, tak w przypadku yuri trafiałam na jeden wielki ciąg rozczarowań, który wieńczył póki co masakryczny "Citrus" z zimy tego roku. I kiedy wydawało się, że miłość między dziewczynami już nigdy nie będzie przedstawiona jako czysta, niewinna, powoli rodząca się więź, spadło na nas błogosławieństwo w postaci "Yagate Kimi ni Naru". Ten tytuł nie tylko jest przyjemny obyczajowo, nie tylko mamy tu do czynienia z reżyserem od "Sakurako-san" (pani detektyw kochającej kości, akurat śliczna to była seria), to jeszcze historia faktycznie przejawia oznaki fantastycznego, zdrowego realizmu. Alleluja i hell yeah! Jestem też miło zaskoczona twistem związanym z tym, kto się pierwszy wyrwał ze swoimi uczuciami oraz w jakich okolicznościach to nastąpiło. To naprawdę była świetna, klimatyczna scena z odpowiednio budowanym napięciem oraz zazębieniem się relacji obu dziewcząt. W końcu nic tak nie zbliża jak problemy i dzielone sekrety. I w tym właśnie tkwi niesamowita moc tego tytułu - że człowiek się wczuwa (abstrakcja w tych anime, co nie?). Więc nawet jeśli nie jest wam po drodze z dotychczasowymi liliowymi tytułami, to może warto dać szansę tej pozycji i odczarować brzydką żabę. A nuż wyrośnie z niej piękna księżniczka? Albo nawet dwie?

Zombieland Saga

Sążne pogo zdechłą nogą.

Jest 2008 - Sakura Minamoto jest radosną, pełną energii licealistką, która marzy o karierze jako idolka. Z takim właśnie planem zamierza się zgłosić do studia z próbnym nagraniem, więc rano pospiesznie zjada śniadanie, wybiega do szkoły i... uderza w nią rozpędzona Ciężarówka-kun, z wiadomymi skutkami.
Jest 2018, a Sakura Minamoto budzi się w starym, zatęchłym domu przypominającym plan zdjęciowy rodem z horrorów... i okazuje się, że teraz jest zombie, która razem z szóstką innych podgniłych dziewcząt ma ocalić prefekturę Saga jako idolki.

Owiana tajemnicą produkcja studia MAPPA ze współpracą z Cyangames okazała się nie tyle gore serią z zombiaczkami, ale parodią gatunku idolek oraz prawdopodobnie kolejną reklamą dla przyszłej komórkowej gierki tej drugiej firmy. Klimat i absurd trochę przypomina to, co dwa sezony temu dostaliśmy przy okazji "Mahou Shoujo Ore" (magicznymi dziewczynkami pod postacią kulturystów), chociaż powiedziałabym, że tutaj animacja jest odrobinę lepsza. Co do samego pomysłu to nie mam zdania. W sumie wydaje się to pokrętnie śmieszne, żeby połączyć dwa uber popularne motywy - czyli zombie i idolki - i zrobić z tego niepoważną serię, ale jedna widać w tym pewne siłowe rozwiązania. No bo jak na razie totalnie nie wiadomo, dlaczego zombie, skąd w ogóle patent na to, czemu wszystko poza siedmioma dziewczynkami jest normalne i tak dalej. Może potem poznamy na to odpowiedzi. Warto jeszcze wspomnieć o Miyano Mamoru, który wciela się w rolę managera. Tutaj też wyrażam głębokie ubolewanie nad tym niegdyś świetnym seiyuu, bo znów zostaje przydzielony do postaci, która tylko podnosi głos, rzuca angielskie hasła i nieźle irytuje ignorancją. Oby dopracowano pewne rzeczy, bo kjut dziewczynki z ziemistą cerą oraz death metal mogą nie wystarczyć na pełną serię.

Publikowanie komentarza

6 Komentarze

  1. Nu, Dziab, a gdzie najbardziej pechowa seria sezonu?

    No ale okej, po kolei…
    Księgarnia Hondy – opis mnie zachęcił, trailer zniechęcił (nie grafiką, krzykliwością postaci), pierwszy odcinek zdecydował że nie, jednak siadam i oglądam. Bardzo, BARDZO doceniam to, że w tej księgarni każdy pracownik ma w sumie coś nie tak z, no, czerepem. A to maska, a to tytka na głowie… w sensie, w takim zespole księgarzy Honda wpasowuje się w otoczenie. Nie ma, że na kasie stoi szkielet i z jakiegoś powodu nikt tego nie zauważa. Serio, ten aspekt mnie totalnie kupuje.

    Animu o bieganiu – nie powiem, mam wobec tego duże oczekiwania pod względem „poprawnościowym”, i nie wiem, czy aby się na tym nie przejadę. Mój tata jest zapalonym maratończykiem, więc siłą rzeczy (i wyjazdów na biegi) teorię liznęłam nie raz, nie dwa. Jakieś szczątki są też z tych moich niechętnych dwóch marszotruchtów na krótki dystans poprzedzonych, no, treningami. ANYWAY mam nadzieję, że nie zrobią tu z biegania długodystansowego jakiejś totalnej chały i truchtania po parku, bo będzie mi zwyczajnie przykro. Chcę obejrzeć porządną serię. Na razie mogę powiedzieć że na plus jest to, że biegają w czymś co wygląda jak buty do biegania, a nie w trampkach na płaskiej podeszwie.

    I… to tyle z tego co się pokrywa?
    Od siebie dorzucam drugi sezon prawniczej mordęgi z Phoenixem Wrightem. Pamiętam, jak pierwszy zjechałyście, i pamiętam, że widząc obiektywnie jego miernotę, jednocześnie było to dla mnie całkiem spoko odmóżdżającym relaksem. Liczę tylko na to w drugim sezonie, bo już po pierwszym odcinku widać, że większość (jak nie wszystkie) zarzuty co do pierwszego powielają się i w tym.

    Nowe Toaru - *odgłos balonika, z którego uchodzi powietrze* no co ja mam powiedzieć. Styl animacji ten sam. Wciskanie ujęć na majtki to samo. Strasznie drażniące mnie trio Toumy, Index i Misaki drażni tak samo jak i wcześniej. Znając życie tylko się obejrzeć i znów wjadą zakonnice w miniówach. Co ja tu w sumie robię, poza ponownym przeżywaniem późnej gimbazy/wczesnego liceum? A, no tak, podobał mi się koncept magia vs esperzy jako coś zupełnie odmiennego… (I Accelerator. Psychol nie psychol, akurat zdolność jaką ma plasuje się w ścisłej topce prywatnej listy ulubionych supermocy. Ej, Dziab, miałaś kiedyś zrobić topkę najdziwniejszych, pamiętasz?)

    Przymierzam się do obczajenia Ingressa. I chciałam zerknąć na Kitsune no Koe (które na AniCharcie było pod zupełnie innym tytułem i miało ciekawszy opis niż na MALu, albo mam problemy z pamięcią), ale chyba jednak nikt tego nie subuje. Oh well.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Boziu, jak tak mnie o coś pytasz to czuję się jak na egzaminie... Ale co jest najbardziej pechowe? I dlaczego? D:

      Honda-san - o, to bardzo dobrze, że akurat zapomniałam obejrzeć części trailerów i sięgnęłam po serię zachęcona jedynie plakatem i jednozdaniowym opisem. I ja właściwie odebrałam to inaczej i Honda, chociaż jest kościotrupem, który potrafi się pocić, jest najbardziej normalną istotą w tym burdelu. No bo te yaoistki to były ukryte kosmitki, mówię ci...

      Kaze no cośtam - uuu, imponujesz mi przeogromnie *u* Czyli że jeśli coś będzie nie tak, to mogę spokojnie walić do ciebie, bo będziesz obeznana z technikaliami? Dziękuję za informację o butach, to miłe, że już się starają przy takich detalach. Po openingu odnoszę wrażenie, że przez pierwszą połowę serii będziemy oglądać szlifowanie formy klubowiczów i może jakieś retrosy Kakeru z jego poprzedniego biegaczowego życia, a do poważnych maratonów przejdziemy w drugim courze. No i to chyba trochę wygląda jak sztafeta, sądząc po tym, że startują grupą. A może taka jest zasada, że ma cała grupa biec jednym tempem? Dunno.

      Za Phoenixa prawdopodobnie się zabiorę, ale zdecydowanie nie na świeżo i prędzej większą partią, żeby móc to chapnąć na przyspieszeniu. Bo w to to nie wierzę, że cokolwiek się w tej serii poprawi (szczególnie graficznie). A chcę to obejrzeć, bo... bo chyba tak jak dla ciebie, to jest taki odmóżdżający cosiek do relaksu (i wkurwu).

      Za nowego Indexa też się miałam wziąć, tylko ze trzy tygodnie przypominiało mi się, że nie mam drugiego nadrobionego, więc włączyłam pierwszy odcinek i... i przypominało mi się, że nie lubię Indexa. Lubię jego założenia, w sumie lubię Railguna, uwielbiam arc z Acceleratorem i Last Order (więc cieszę się na ich solowe anime), ale Index to akurat najsłabsza część tego uniwersum, bo Index. Touma jest po prostu ok, Misakę trzeba trzymać od nich z daleka, wtedy też ma jakiś charakter, ale razem to bardzo sztampowe zestawienie.
      (oczywiście, że pamiętam, ciągle mam wielką rozpiskę tematów-schematów do zrobienia i na pewno się tym razem z tym ruszę, aczkolwiek najbliższy post luźny zrobię o długich tytułach w LN ;3)

      No na Ingressa też się napalam, tak samo jak na łuczników, więc jak wyjdą, to pewnie dorzucę jeszcze tu swoje wrażenia. A o Kitsune no Koe nawet coś pozytywnego słyszałam, tylko w ogóle nie wiem co to i jak to .3.

      Usuń
    2. No jak to co, Toaru właśnie! W końcu taki jeden w kółko nic, tylko wznosi okrzyki „co za pech”!

      Kaze no cośtam – a wal. Ale żeby nie było, za absolutnego eksperta się nie podaję i nie będę, wyłapię co najwyżej takie oczywiste kwiatki. No, oczywiste dla mnie, typu właśnie te buty. I yup, „ekiden” to długodystansowa sztafeta właśnie. W Poznaniu organizowali kiedyś (może i dalej organizują) taką dosłowną maratońską sztafetę, że w bodaj 5 osób przebiegało się wspólnie dokładnie dystans maratoński, co do metra. (: tu pewnie będzie więcej, toteż ciekawa jestem jak ekipa podejdzie do treningów.

      A Kitsune to coś z kolesiem co ma fajny głos, ale niewyjściową twarz, więc śpiewa pod lisim awatarkiem, czy coś takiego. Serio mam wrażenie że to były dwa różne opisy xD no ale jakoś tak.

      Usuń
    3. Damn, zapomniałam o baka Touma DX

      Dziękuję za zakulisową pomoc przy "Szybszych niż wścieklejszych" <3 Jak tylko przyjdzie do podsumowania serii, to na pewno nie zapomnę wspomnieć o plus dwudziestu szacunku dla autora LNki, który zadbał o research.

      Kitsune widziałam na nyaa, że dostało już jakieś suby, ale chyba ostatecznie się za to nie wezmę. Nadrabiam jeszcze starocie ^^"

      Usuń
  2. Gaikotsu Shotenin Honda-san – to chyba mnie najbardziej przekonuje z całości : ) Ogólnie ja lubię książki/serie o pracy tak zwanych zwykłych ludzi (xD) i problemach, komicznych scenkach z jakimi się spotykają w codziennej pracy. Więc to jakby seria dla mnie! : )

    Kishuku Gakkou no Juliet – efekty świetlne dla podkreślenia sytuacji, fotograficznie piękne i zabawa kadrami? Skoro Dziab tak mówi – muszę obejrzeć! <3
    „Dodatkowo główny wątek jest nam prezentowany z naturalnością nosorożca stojącego w retro salonie - no widać, co się dzieje, i aż strach w to głębiej wchodzić.” Ahahahahah xD
    „Mamy wielkie roboty sterowane ludźmi, złych złodupców, którym brakuje zmysłu estetycznego przy rzeźbieniu swoich kitowców/megazordów” Czyli od Power Rangersów wiele się nie zmieniło : )
    Microsoft Doors mnie rozbawiło :D

    Dobrze, że opublikowałaś ten wpis, to nadrobiłam mój urlop! : )

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O ile nawiązania mangowe pewnie by cię przerosły, o tyle drugi odcinek był taki uniwersalny i pasujący do każdej pracy - czyli duże ilości roboty naraz pośród różnie kompetentnych ludzi. A że jest krótkie, to naprawdę samo wchodzi :3

      "Kishuku Gakkou no Juliet – efekty świetlne dla podkreślenia sytuacji, fotograficznie piękne i zabawa kadrami? Skoro Dziab tak mówi – muszę obejrzeć! <3"
      Ten wpis o Romku i Julci w anime był specjalnie dedykowany dla ciebie, bo wiem, że ty byś bardzo takie rzeczy doceniła <3
      "Czyli od Power Rangersów wiele się nie zmieniło : )"
      Absolutnie. I pewnie o tym nie wiesz, ale w Japonii gatunek sentai (magiczni wojownicy w kombinezonach) ma baaardzo powtarzalne motywy, a to anime "SSSS.Gridman" jest oparte na jednym z prekursorów gatunku, "Ultramanie".
      "Microsoft Doors mnie rozbawiło :D"
      Wszystko, byleby tylko nie płacić za wykorzystywanie marek XD

      Bardzo się cieszę, że się przydał, a i dobrze, że jest, bo posty na fejsie już praktycznie zgubiły się w gąszczu niusów ^^"

      Usuń