Czego oczy nie widzą, tego w anime nie żal - podsumowanie sezonu anime (lato 2018)

Dzieeeń dobry! Witajcie w Dziabowym podsumowaniu sezonu letniego! Co prawda na emisję czekają jeszcze ostatnie niedobitki i spóźnialscy, ale czas to już najwyższy, aby posprzątać kurze i zacząć szykować się do hibernacji razem z kocykiem, herbatką oraz październikowymi nowościami. Przygotowałam więc nieco subiektywnych opinii na temat 12 serii, które zdołały mnie przy sobie utrzymać do samego końca (z mniejszą lub większą przyjemnością). Jeśli natomiast chodzi o nowości - zapraszam wszystkich na Facebooka, gdzie na świeżo po obejrzeniu pierwszego odcinka danej serii będę publikować pierwsze wrażenia. Oczywiście na koniec (czyli za jakieś dwa, może trzy tygodnie) postaram się to podpiąć w zbiorczy post na blogu. Wszystko to trochę testuję, a trochę szukam sposobu na siebie, ale mam nadzieję, że będzie się to miło czytać :3

A nie przedłużając - zapraszam!

Banzai! Banzai! Koniec sezonu! Przeżyliśmy! Będzie lepiej! Banzai!




Boku no Hero Academia 3rd Season

Niektórzy superbohaterowie aż palą się do roboty.

Wracamy z nową porcją heroicznych licealistów! W poprzednim sezonie konający zabójca bohaterów Stain zdołał zasiać w społeczeństwie ziarno niepewności odnośnie tego, że powszechnie poważany zawód obrońców sprawiedliwości jest bardzo mocno zhańbiony przez jednostki, którzy ratują ludzi wyłącznie dla zaszczytów i kasy. To znów powoduje, że rzesze złoczyńców zaczynają się gromadzić pod banderą wspólnego celu - obaleniu systemu bohaterów (choć dla części jest to tylko gruba przykrywka). Oczywiście nie jest to w smak także samej U.A., której uczniowie byli mocno zamieszani w incydent ze Stainem, dlatego nauczyciele decydują się na to, aby pierwsze klasy przeszły specjalny trening mający szybko wzmocnić ich umiejętności. A to oznacza jedno… obóz treningowy z piekła rodem!

Z każdym sezonem Boku no Hero Academia podoba mi się coraz bardziej i bardziej, a postacie zyskują coraz więcej mojej sympatii (poza Minetą, Mineta nigdy niczego nie zyska, chyba że cios w zęby). A jednak trochę nie pasuje mi to, jak bardzo większość arców jest sztampowa w swoich założeniach. Do połowy mieliśmy ten obóz treningowy jak z każdej-szkolnej-serii-o-klubach, a od połowy kolejny arc niby-turniejowy. Oczywiście wszystko ma większy cel, a w trakcie pierwszej połowy sezonu dochodzi do ogromnego zwrotu akcji i konfrontacji z przeciwnikiem, jakiej spodziewalibyśmy się raczej na końcu serii… ale ciągle mam wrażenie, że żyjemy od eventu do eventu, od egzaminu do festiwalu sportowego, od festiwalu do specjalnych praktyk. I przy takiej ilości fajnych, ważnych postaci trochę tracimy z nimi kontakt (a może to moje błędne odczucie). Ale! Wciąż nie da się zaprzeczyć, że BnHA to świeeetny shounen, na dodatek robiony z sercem i po mistrzowsku. Studio Bones wspina się na wyżyny warsztatu i niezmiennie przez wszystkie trzy sezony serwuje nam grafikę z najwyższej półki. Dodatkowo tempo prowadzenia akcji jest idealne (chociaż patrząc na liczby - manga jest adaptowana naprawdę wolno), a i reżyserka stoi na świetnym poziomie (walka z 23 odcinka, muah, deliszje). Gdyby tylko wywalić pierwszy opening tego sezonu na śmietnik… no, dobra, albo po prostu dać mu jakąkolwiek inną muzykę… to ten sezon jest zdecydowanie najlepszy z dotychczasowych pod każdym względem. Tak, nawet fabuły, mimo moich subiektywnych zastrzeżeń. I nie mogę się wprost doczekać, co zobaczymy w sezonie czwartym!

8/10 - i gorąco głosuję na to, żeby każdy współczesny shounen taki był, o.

Free!: Dive to the Future

Nie dajcie się zwieść - to wcale nie jest transformacja Sailor Mercury z Sailor Moon Crystal (niestety).

Pamiętacie Harukę, Makoto oraz Rina? Ha, kto by nie kojarzył takich młodych, dobrze umięśnionych tu i ówdzie chłopców! Ale widzicie, nadeszła właśnie pora, kiedy trzecioklasiści muszą opuścić szkoły, a wraz z nimi ukochane kluby pływania… i o ile w mniej popularnych seriach nastąpiłby w tym miejscu definitywny koniec fabuły, tak we Free! ruszamy za naszymi ulubieńcami dalej, na uniwerek! Rin leci do Australii śmigać z rekinami (biznesu), Makoto odkrywa w sobie duszę przedszkolanki nauczyciela, za to Haru jest miły i kocha free. Na studiach wracają również stare przyjaźnie, mniej lub bardziej udane, ale jedno pozostanie niezmienne - pasja do wody oraz konflikty rozwiązywane za pomocą wyścigów.

Uch… Jestem strasznie zawiedziona tym trzecim sezonem. Nawet jeśli pierwszy i drugi nie grzeszył finezją, a licealne dramy były zbyt intensywne, to tym razem wyszły zwyczajnie głupio. Przez idiotyczną zaborczość Hiyoriego konflikt “hurr durr bo mieliśmy płynąć w sztafecie, ale ja wyjechałem, a ty się wypisałeś z klubu, jak tak można” między Ikuyą i resztą dawnych kumpli ciągnął się przez długich dziewięć odcinków, chociaż dałoby się to załatwić we dwa. I szczerze? To w ogóle powinno się wydarzyć po tym, jak bohaterowie przeszli już swoje, dorośli, poszli na uniwerki i zaczynają poważnie planować swoją przyszłość. I nie spodziewałam się, że to powiem, ale najlepszymi wątkami były te związane z Sousuke (jak go nie cierpiałam w drugim sezonie, tak teraz zmienił się w jednego z best boi serii) oraz pozostałymi w Iwatobi chłopakami (ach, sprawa z falstartem, utożsamiam się!). Myślałam, że po kinówce Take Your Marks doczekamy się bardziej obyczajówkowych klimatów, a napięcie będzie co najwyżej wywołane naturalną walką o miejsca na mistrzostwa świata... Ale nieeee~ Dostaliśmy tylko przejściówkę zapychającą czas w oczekiwaniu na czwarty sezon bliżej Igrzysk w Tokio. No wiecie, żeby podnieść ducha narodowego. Na dodatek KyoAni zhańbiło się w tym sezonie użyciem brzydkiej i widocznej grafiki komputerowej (była to stała rzecz przy pokazaniu wielu poruszających się na basenie pływaków), a ending stanowił jakiś mało interesujący zlepek slajdów, co to nie miał nawet jednej historii (raz mamy uliczną gangsterkę, raz występ w teatrze, a raz jakieś randomowe kadry z kabrioletem). Niestety, nawet mimo dobrego zakończenia nie jestem pewna, czy tak do końca odzyskam zaufanie do następnego sezonu...

7/10 - niby dobrze było zobaczyć te mordeczki, niby połowicznie mnie kupiło, ale dejcie już spokój z odgrzewaniem kotleta zwanego "antagonistą sezonu", dobrze?

Hanebado!


Rozsmarowywanie przeciwników na korcie jeszcze nigdy nie wydawało się tak przyjemne.
 
Aragaki Nagisa jest młodą, prężną, energiczną panią kapitan mieszanej drużyny badmintona w liceum Kitakomachi - właściwie to nawet zbyt prężną i zbyt energiczną, bo ma taką obsesję na podnoszeniu swojej formy, że praktycznie znęca się nad innymi zawodnikami. Wszystko ma to jednak uzasadnienie w tym, że Aragaki ma Traumę. Nie, nie taką z dzieciństwa, właściwie to całkiem świeżą. Na ostatnim konkursie All Japan, gdzie mogą występować różni wiekowo zawodnicy, pani kapitan przegrała do zera z pewną uczennicą gimnazjum. Nie dość, że jest to dla niej wielopokoleniowy dyshonor przez wiek oponentki, to na dodatek Aragaki nie udaje się wówczas ugrać nawet jednego, jedynego punktu. Dlatego też pragnie się zemścić i kiedyś, kiedyś znów zawalczyć z tą dziwną dziewczyną o pustym wejrzeniu. I Aragaki zupełnie nie spodziewa się dnia, w którym ta właśnie dziewczyna, Hanesaki Ayano, dołączy do ich klubu badmintona.

Do tej pory obojętnie jakie sportówki byśmy nie oglądali, uczyły nas one, że sport jest dobry, że rozwija, że można go szczerze pokochać, że dzięki temu spotyka się wartościowych ludzi, a sporty drużynowe to nawet zacieśniają wiele więzi… No gdzie by nie spojrzeć, sportówki dawały nadzieję i leczyły raka. Ale nie tu - w Hanebado! raka nabędziecie w cenie biletu. Ta seria była tak patologiczna i tak bardzo zniechęcała do grania badmintona, że wolałabym już uprawiać MMA albo skoki do wody (tak, napisałam to, pozdrawiamy Dive!), bo to byłoby zwyczajnie bezpieczniejsze. Każdy z bohaterów miał tu bowiem jakieś traumy, wątki do kolegów, sprawiał im przykrość, nie rozumiał, walczył, kłócił się, znęcał lub opcjonalnie miał wszystkich w dupie, a wszystko to na tle rakietek i epicko latających lotek. Owszem, animacja była naprawdę super, do samego końca postarano się, aby szaleć z kamerą i pokazywać ciekawe serwy, ale było to tak odstręczające fabularnie, że nie obchodziło mnie ani trochę, kto przegrywa, a kto… no, w sumie przegrywa. Tam ciągle ktoś przegrywa, a nawet jak wygrywa, to widz miał wrażenie, że już wolałby, żeby wszyscy przegrali. Dodam jeszcze do tego informację, że mangowy pierwowzór jest absolutnie inny pod każdym możliwym względem. W komiksie zdarzają się ecchi ujęcia, jest mnóstwo komedii, dużo zdrowsza atmosfera w teamie, dziewczyny są dla siebie miłe, dramy bardzo szybko się wyjaśniają, matka Hanesaki wcale nie jest skończoną patologią, a mecze wygrywają inne osoby. Tak, inne. Tak, mecze, które podziwialiśmy także w ruchu. Nie mam pytań i szczerze to nie chcę wiedzieć, kto wpadł na pomysł, aby z tego tytułu wyciągnąć tylko badmingtona i projekty postaci. Albo nie, chcę wiedzieć - żeby omijać kolejne jego twory jak najszerszym łukiem.

3/10 - jeden z niekwestionowanych liderów kategorii najgorszych adaptacji, jakie wyszły na świat. Szczególnie, że miał bardzo, bardzo przykry przekaz.

Happy Sugar Life


Bo wiecie - ciocia Yuno zawsze powtarzała, że o miłość trzeba walczyć do upadłego.
 
Jeśli brakuje wam miłości i ciepełka w życiu, to może powinniście iść przykładem Satou, która swoje szczęście odnalazła razem z… małą, niewinną, kilkuletnią dziewczynką. Satou i Shio mieszkają razem w zgodzie i opływają w lukier, przynajmniej dopóty, dopóki nasza różowowłosa protagonistka nie poczuje na języku odrażającej goryczy. Świat jest bowiem pełen ludzi, którzy wyznają fałszywe odmiany miłości, a którzy mogą zagrozić słodkiemu, szczęśliwemu życiu dwóch kochających się istotek. Wtedy w ruch może pójść coś innego niż foremka do ciasta, a broniąca swojej miłości Satou może dokonać wielu wątpliwych prawnie czynów.

Nie umiem z czystym sumieniem przyznać, że ta seria była tylko guilty pleasure tego sezonu. No nie umiem. To było takie dziwne i niepokojące i głupawe, ale ciekawe… no, po prostu była z tego dobra, konfundująca seria. Teraz, kiedy siedzę i piszę, jestem absolutnie pewna, że ani trochę nie kibicowałam Satou w jej ogólnych celach, ale jednocześnie kiedy przypominam sobie jej spotkania z jeszcze większymi zwyrolami i że za każdą wywrotową akcją czaiło się jeszcze większe spaczenie - no kurna, no. A mówimy przecież o lasce, która podpada pod wszystkie możliwe paragrafy, łącznie z uprowadzeniem, pedofilią, zastraszaniem, morderstwem, okaleczaniem, molestowaniem i innymi takimi. Tak się nie robi. Chciałabym to obśmiać, ale nie mogę. Chciałabym powiedzieć, że to dobre, ale to nieprawda. Seria ewidentnie mi się wymyka, szczególnie że wizualnie prezentowała się naprawdę fajnie, a cukrowe kolorki idealnie kontrastowały z tym, że bohaterkom wydawało się, że ich życie jest słodkie, tylko że nie. W mniej więcej ten sposób wyobrażałam sobie tuż po pierwszym odcinku Satsuriku no Tenshi (przy którym zostałam ostatecznie rozjechana przez pociąg z niespełnionymi oczekiwaniami). Dodatkowo opening bardzo mi się podobał przez wykorzystanie wstawek niepokojących dźwięków i efektów wizualnych przypominających kolaże. Wynika więc na to, że to było chyba najbardziej sensowne krawędziowe anime, jakie obejrzałam. Rzekłam.

6/10 - bo jeśli już trzeba szokować widza jakimiś patologiami, to warto iść tą drogą, która rusza mózgownicę do pracy.

Harukana Receive


Po mistrzostwach świata w siatkówce będzie jak znalazł!

Ciągle czekamy z utęsknieniem, aż manga Haikyuu!! naprodukuje odpowiednio dużo materiału na czwarty sezon, a póki co możemy się razem z męską częścią widowni nacieszyć klimatami siatkówki – tyle że plażowej. Haruka przeprowadza się na Okinawę do swojej babci, co jest dla dziewczyny źródłem niezmiernego szczęścia. Jak tu się w końcu nie cieszyć, skoro pogoda dopisuje, lazurowe morze jest na wyciągnięcie ręki, a bikini prezentuje się na niej nienagannie? Jedyny problem w tym, że Haruka jest naprawdę wysoka, czego trochę się wstydzi. Dla równowagi jej kuzynka Kanata, z którą również będzie dzielić dom, jest dość filigranowa jak na swój wiek. Czy może z tego wyjść udane combo i czy będą w stanie dorównać spotkanym na plaży licealnym czempionkom? Chyba tak, jak wskazuje zapał Haruki do nauki siatkówki plażowej oraz dawne doświadczenie Kanaty w tejże dziedzinie.

Chociaż sezon bardzo obrodził w sportówki, to jednak każda z nich była mocno niedoskonała - we Free! kulała warstwa fabularna, Hanebado! to w ogóle był jeden wielki dramat, natomiast w Harukanie trudność sprawiło mi… tempo. I to z dwóch względów. Po pierwsze, sama historia gnała z kopyta dość mocno, bo ledwie w pierwszym odcinku odkrywamy, że Haruka nie umie grać w siatkówkę plażową (ale w normalną już oczywiście tak), a w ostatnim widzimy, jak po dwóch meczach dostaje się na narodowe po pokonaniu dwukrotnych wicemistrzyń kraju. No… well… rozumiem, że konkurencja może nie jest jakoś epicko silna, szczególnie że tylko na Okinawie można sobie pozwolić na całoroczne treningi, ale jednak… wow, to było absurdalnie szybkie. Natomiast z drugiej strony mamy animację piłki i ta była znów okrutnie powolna. Tak powolna, że nie dało się jej oglądać bez przyspieszenia minimum 1,5x (ale lubiłam też 2x), żeby nie mieć poczucia zbezczeszczenia praw fizyki. Pod tymi względami mam więc ogromne uwagi do anime. Jednak w pozostałych muszę przyznać, że to była miła, przyjemna seria. Animacja ruchów była płynna (pomijając tempo, rzecz jasna) i różnorodna, a skupienie bohaterek bardzo autentyczne. Kiedy grały, to grały, a nie spędzały miliona godzin na rozkminianie ruchów przeciwnika. Czasu było na to, żeby krzyknąć do partnerki, ewentualnie przekazać prostą myśl “aha, muszę ją zablokować po prostej!”. Szanuję więc serię i mimo sporych niedoróbek uważam ją za najzdrowszą reklamę sportu z tego sezonu.

6/10 - a gdyby seria odniosła jakiś sukces i jednak pokuszono się o drugi sezon domykający starania dziewczyn, to byłabym bardzo za!

Hataraku Saibou


Słodkie Płytki Krwi już pędzą, żeby naprawiać rany po bólu naszych tyłków!

Poznajcie Czerwoną Krwinkę - jedyną taką krwinkę na… na bardzo dużo innych krwinek obecnych w organizmie. A czemu jedyną taką? Bo chyba jako jedyna nie ogarnia funkcjonowania ciała i gubi się na potęgę, to skręcając nie w tę tętnicę udową co trzeba, to próbując przeć pod prąd w płucach. Na szczęście udaje jej się trafić na miłego, znającego się na rzeczy Białego Krwinka, który nie tylko decyduje się pomóc naszej tlenionej… znaczy, utlenowanej dziewojo-krwince, to jeszcze broni jej, gdy zaczyna się zmasowany atak wirusów. Bo życie to jednak jedna ciągła walka jest!

Wychowałam się na Było sobie życie i mam ogromny sentyment do tej serii (well, ostatecznie zostałam chemikiem, ale nic, co organiczne, nie jest mi obce), więc wieść o anime opierającym się na tym samym założeniu przyjęłam z ogromnym aplauzem. I przyznaję, że po emisji jestem równie miło zaskoczona co zawiedziona. Zaskoczona - bo nie spodziewałam się, że ktokolwiek będzie w stanie mi sprzedać, że nowotwór to tak naprawdę jest bardzo biednym stworzonkiem i to nie jego wina za to, jaki się urodził. Zawiedziona byłam znów dlatego, bo animacja okazała się wyjątkowo biedna i na dłuższą metę widziało się tylko te tłumy krwinek w CG. No wiem, wiem, przy tej ilości ruszających się elementów to było praktycznie nie do ominięcia, ale jak jednak przypominam sobie te stare francuskie bajki… Ech, kiedyś to było. Mimo to doceniam walor edukacyjno-prześmiewczy Hataraku Saibou i uważam, że ktoś, kto ma na bieżąco biologię w szkole, wyciągnie z tego nawet więcej niż jakaś stara baba osiem lat po skończeniu liceum. No bo czy wiedzieliście, że ten loczek Czerwonej Krwinki to nie tylko kawaii dodatek, ale znak, że jest krwinką sierpowatą, tą od niebezpiecznej anemii, jeśli byłoby jej w nadmiarze (które jednocześnie są odporne na malarię)? Właśnie. Także w serii kryje się wiele fajnych smaczków, które zdecydowanie są warte do odkrywania.

7/10 - pewnie przemawia przeze mnie głównie sentyment oraz jako-taka znajomość tematu, ale fajnie, że w tym anime pojawiają się jeszcze serie, które nie skupiają się tylko na licealistach i magicznych mocach.

Persona 5 the Animation


Jakie czasy, taki i Tuxedo Mask.

Jeśli nie przejedli wam się jeszcze przeniesieni uczniowie w rolach protagonistów, to poznajcie Amamiyę Rena, chłopaka, który trafia do tokijskiej Akademii Shujin razem z szemraną reputacją o byciu wandalem i rozrabiaką. Oczywiście niewiele to ma wspólnego z prawdą, za to faktyczne zbrodnie są bardzo skutecznie tuszowane, i to nawet w nowej szkole Rena. Okazuje się bowiem, że nauczyciel wf-u znęca się nad uczniami i pod płaszczykiem prowadzenia drużyny siatkarskiej daje upust swojemu kompleksowi niższości. To jest jednak ledwie jedna strona medalu, a Ren z pomocą tajemniczej aplikacji trafia do świata ludzkich serc, gdzie wszystko jest wypaczone. Wtedy też dowiaduje się, że żądze, które pochłoną człowieka w tym alternatywnym świecie, powodują nienaturalną zmianę zachowania w tym prawdziwym. A jeśli ma się o tym wiedzę… to można również sprawić, aby przestępcy przyznali się do winy i się naprawili. W ten oto sposób zaczyna się historia powstania - oraz upadku - Fantomowych Złodziei Serc!

Co mnie podkusiło do tej Persony to nie wiem - chyba to, że nigdy z tą franczyzą nie miałam do czynienia, a jest dość sławna, więc warto było chociaż ogólnie się dowiedzieć, czym to się je. I o ile po pierwszym openingu... no, niech będzie, po pierwszym odcinku miałam jakąś nadzieję na jako takie przełożenie gry, tak potem serię zjadły trzy rzeczy: że adaptacje gier i tak są już z samego tylko założenia słabe, że ktoś tu poszedł na wyjątkowe skróty i przekleił rozwiązania wprost z gry oraz że animacja szybko rypnęła na paszczę. Ale po kolei. Z mojej dotychczasowej wiedzy wynika, że Personowe gry są połączeniem mmo-rpg, visual novel i gier randkowych. Już samo to wieszczyło, że nie da się przekazać absolutnie wszystkiego, żeby w pełni oddać poważno-niepoważny charakter świata. A jednak ktoś się starał. Po drugie, reżyser próbował na siłę pokazać, jaka ta Persona jest fajna, więc dla przykładu użył tych samych kadrów co ostateczne ataki z gry. Może wiecie - chodzi o te takie czarne, bijące się w tle cienie i zbliżenie na postać robiącą jakiś popisowy gest. A po trzecie, animacja w dalszych odcinkach była tak okrutnie zła, że osiągnęła już własną kategorię. Uch, te sceny na Hawajach, czysty filler i w dodatku brzydkie toto jak noc… I nie wiem, jak ja to zrobiłam, że jednak obejrzałam całe 26 odcinków. Chyba po to, żeby móc sobie dodać tytuł do kolekcji przykładów “lepiej idź i popatrz sobie na let’s playa, będzie zdrowiej”. No i żeby potwierdzić, że anime Persony dalej są słabe jak herbata moczona z trzydniowej torebki Sagi.

4/10 - względnie spójna fabuła, fajni seiyuu i super muzyka z pierwszego openingu i endingu... i to by było na tyle pozytywów.

Satsuriku no Tenshi


Stuk, stuk, stuk, stuk... Kto tam? A to przechodzi ludzkie pojęcie.

Jeśli budzicie się w opuszczonym przez Boga i ludzi budynku, a zza okna przyświeca wam ogromny jak logo DreamWorksu księżyc, to wiecie, że nie można spodziewać się niczego miłego. Trzynastoletnia Rachel jeszcze tego nie wie, dlatego myśląc, że wciąż jest w zwykłym szpitalu, rozgląda się po wyludniałym pięterku. Winda prowadzi ją jednak na kolejny poziom, a tam dość nagle napotyka na żądnego krwi szaleńca, który wymachuje kosą, dybiąc na jej szyję. O co tu chodzi? Gdzie się podział szpital i rodzice Rachel? Czy drobna dziewczynka o twarzy niewinnego anioła aby na pewno trafiła do tak wątpliwego przybytku zupełnym przypadkiem? I czy ten szalony pan z kosą nie okaże się wkrótce jedynym sprzymierzeńcem na wyboistej drodze do góry?

Nawet nie wiem, od czego zacząć mój rant na tę serię. Jak bardzo głupia jest? Jak bardzo płytkie są postacie? A może jak bardzo rozwleczona i sflaczała okazała się fabuła? Niestety, ale Satsuriku no Tenshi wpisuje się we wszystkie kanony bycia złą adaptacją gry (za dużo ich w tym sezonie, za dużo!). Część uzupełniających fabułę wątków zostało bezkarnie wyciętych (jak chociażby przeszłość bohaterów drugoplanowych), na to medium
przeniesione zostały elementy, od których anime powinno się trzymać z daleka (czyli naciśnij przycisk w jeziorku, żeby otworzyć pokój trzy przecznice później), dodano idiotyczne gagi (przykładowo rzyganie tęczą), i postawiono na mało odkrywcze, powtarzające się raz za razem dialogi (“Zack, obiecałeś mnie zabić jak się wydostaniemy”, “pamiętam, smarkulo zawszona, tylko nie daj się zabić do tego momentu!”). W efekcie mamy już nie tyle bigos, ale najzwyczajniejszą kupę. I nie, ładne kolorki niczego nie wynagradzają. Seria jest po prostu dwunastoodcinkowym pitoleniem o zakrwiawionej dupie Maryni… uch, tylko jak na złość ktoś dał temu aż szesnaście odcinków, więc jeśli ktoś jest ciekawy zakończenia, to musi przecierpieć jeszcze kolejne cztery specjalne. A tu się przecież nie ma nad czym rozwodzić. Rachel chce, żeby Zack ją zabił, Zack zabije ją, ale jak się wydostaną. Po drodze inni chcą ich zabić, ale oni starają się zabić pozostałych jako pierwsi, żeby nikt nikogo nie ubiegł w zabiciu. A wszystko to z posypką obietnic składanych na Boga i kilku diabolicznych śmieszków. Do piachu z tym. Byle na amen.

3/10 - żałuję tylko, że po pierwszym odcinku nie poszłam od razu sprawdzić let's playa, ale trudno. Dziękuję M.W. za rekomendację i idę naprawiać swój błąd.

Shichisei no Subaru


Randomów do wywalenia po pierwszym odcinku poznacie po małych oczach, bezsensownych strojach i braku mhrocznego spojrzenia.

Z wirtualnymi grami tak to już jest, że przyciągają rzesze. Nie inaczej jest z Union, grą w typowych klimatach fantasy, w której jeśli chociaż raz umrzesz, twoje konto zostaje bezpowrotnie skasowane. Rozumiecie, taki dreszczyk i ostrzeżenie, żeby nie pchać się z łapami do questów o za wysokich poziomach. Wszystko to wydaje się jednak młynem na wodę grupy Subaru, która zrzesza sześć naprawdę grubych koksów. Wśród nich jest między innymi dziewczyna posiadająca moc przewidywania przyszłości (zaledwie na kilka sekund do przodu, ale i tak potrafi to nieźle wspomóc drużynę). Plotka głosi jednak, że za potężnymi awatarami kryją się dzieci z podstawówki… co okazuje się być prawdą. I jak to dzieci nieznające strachu przed mobkami, drużyna idzie na kolejnego przepotężnego potwora, w norze którego dochodzi do nieszczęśliwego wypadku. Coś idzie nie tak i Asahi, dziewczynka od przepowiadania przyszłości, ratuje przed śmiercią Haruto, sama przy tym ginąc. Nie kończy się jednak na tym, że Asahi traci swoje konto w grze. Ona ginie… naprawdę.
I właściwie to jeszcze nie jest koniec opisu pierwszego odcinka, bo należy jeszcze dodać, że grupa po śmierci koleżanki rozpada się, gra zostaje zawieszona, a po sześciu latach wskrzeszona pod nową nazwą ReUnion (łehehe, taka genialna gra słów). Grać w nią mogą jednak tylko te osoby, które są obdarzone specjalną, niesprecyzowaną zdolnością Sense. Haruto również ją posiada i cudem daje się przekonać, aby jeden jedyny raz zalogować się do starej-nowej gry. Razem z randomowymi znajomymi wykonuje questa, na końcu którego znajduje wielką skrzynię, a w niej – samą Asahi, która wydaje się być żywa jakby wypadek wydarzył się zaledwie wczoraj.

Nie wierzyłam, że wyjdzie cokolwiek znośnego z tak dhramatycznie zapowiadającego się isekaia - i się nie pomyliłam. Fabuła tego cuda nie wydostała się ani trochę poza schemat “trzeba znów zebrać do kupy kumpli i pokonać wrogów naszą siłą miłości”. A jeśli ktoś miał nadzieję, że wyjaśni się wątek Asahi oraz tego, dlaczego zginęła i jak jej umysł może żyć w grze, chociaż ciała już dawno nie ma, ten dostanie figę z makiem. Nie, tu nic się nie wyjaśnia, nie wiemy, jakim cudem bohaterka była w jakiejś skrzynce, dlaczego Haruto pozwala sobie na romans z dziesięciolatką (bo Asahi zatrzymała się wspomnieniami na dniu śmierci), czemu nikt nie czuje się z tym źle, że nie poinformowali rodziców Asahi, że córka żyje, skąd paczka ciągle ma te power-upy z tyłka i po cholerę właściwie to wszystko? Ale spokojnie, nie trzeba sobie zaprzątać tym głowy, bo przecież wiadomo, że drugi sezon nigdy nie powstanie i jest to tylko beznadziejna reklamówka light-novelki-jakich-wiele. Warstwa graficzna jest całkiem poprawna, choć reżysersko kompletnie bez polotu - pełno tu świetlistych ataków, cięć mieczem rozciągniętych na pięć sekund oraz dramatycznego stania & gadania. Podejrzewam też, że już sam pierwowzór nie przedstawiał się jakoś szałowo, skoro z postępem akcji jesteśmy przede wszystkim zasypywani gradem retrosów “jak to dawne Subaru wygrywało z niepokonanymi potworami” oraz przeżywaniem tych samych sytuacji na nieco odświeżony sposób (np. w mniejszym składzie bądź z innym zachowaniem już wcześniej utłuczonego potwora). No nędza no. Mało obchodząca kogokolwiek nędza.

3/10 - Bo j
ak już musicie marnować czas na jakieś mordercze MMO-RPG, to skierujcie swój wzrok na jesienne SAO: Alicization.

Steins;Gate 0


Ja rozumiem, po ostatnim Infinity War jest wakat na stanowisku Spidermana, ale to jednak trudna fucha jest...

Był sobie taki rok 2010 i był sobie taki hit jak Steins;Gate, który razem z Madoką wywrócili spojrzenia wszystkich na pętle czasowe i podróże do przeszłości. Po latach postanowiono zrobić sequelo-prequelo-side-story do pierwotnych wydarzeń i tak oto narodziło się Steins;Gate 0, opowiadające o wydarzeniach z linii, w której Okabe nie udaje się uratować Kurisu. Wszystko zmierza do wybuchu III wojny światowej, a Suzuha stara się ze wszystkich sił przekonać głównego bohatera, aby coś z tym zrobił, bo tylko on jeden posiada zdolność zachowywania wspomnień z innych linii czasowych. Niestety, Okabe nie jest w stanie zapanować nad traumą spowodowaną wielokrotnym obserwowaniem śmierci ukochanych osób, dlatego postanawia nie ruszać sytuacji dopóty, dopóki jest ona stabilna. A przynajmniej będzie taka do momentu, aż okaże się, że na uniwersytecie, z którym współpracowała Kurisu, została stworzona sztuczna inteligencja na podstawie jej wspomnień.

Trzeba od razu przyznać na wstępie - zmiana reżysera z bardzo dobrego Takuyi Satou na dość niedoświadczonego na stołku reżysera głównego Kenichiego Kawamury jest naprawdę odczuwalna. Nie tylko ogólna paleta barw uległa pogorszeniu, nie tylko kreska uprościła się (chociaż nigdy nie była aż tak mocno skomplikowana), ale nawet sceny straciły jakikolwiek polot. Są, bo są. Jak mamy gadających bohaterów - to będziemy się gapić na twarze gadających bohaterów. Jak mamy sceny akcji - to zobaczymy trzęsącą się kamerę i dwie sylwetki postaci, z czego jedna nic nie robi, a druga ją skosi. Nie dorasta temu nawet do pięt momentom z oryginalnej serii, gdzie mieliśmy m.in. sprytnie użyte slow motion,  obiektyw ala rybie oko (pamiętacie może scenę z "joł, aj em med sajentinsto"?) czy nawet grę kolorami. W nowej odsłonie wszystko było po prostu szarawe, smutne i nijakie przez dobre dwadzieścia odcinków. Nic się nie działo, przeważały nudne rozmowy prowadzące donikąd i cóż... I bez dawnego Okarina to już nie było to samo. Bez Kurisu to nie było to samo. A bez Daru nieustannie nawiązującego do japońskiej popkultury to nawet fartucha nie czyściło pierwotnemu anime. Oczywiście słyszałam, że nowa odsłona gry jest znacznie trudniejsza w pełnej adaptacji niż pierwotny Steins;Gate, ale grzeszki fabuły może dałoby się wybaczyć, gdyby chociaż stał za tym jakiś pomysł. A niestety - ten najwyraźniej teleportował się do innej linii czasowej (czy może raczej do zbliżającego się RErideD, gdzie Takuya będzie reżyserem), więc... może zostańcie przy pierwszym anime i nie dotykajcie niczego innego.

7/10 - doceniam, że udało się połączyć to tak, że historia nadal ma ręce i nogi i nie powstał żaden paradoks czasowy, jednak doskonale żyło mi się bez wiedzy o tym cudzie.

Sirius 

Takiej choreografii to pozazdrościłyby nawet wysokobudżetowe filmy akcji!

Jeśli w jakimkolwiek uniwersum pojawią się wampiry, to możecie być pewni, że zawsze znajdą się również chętni, aby takie monstra ubić - szczególnie jeśli jest to bardzo zasadna profilaktyka. Właśnie w pogoni za taką szczególnie kłopotliwą grupą krwiopijców dowodzonych przez niejakiego Kashiera przybywa do Japonii piątka Myśliwych. Jednym z nich jest nastoletni Yuliy (pochodzenia rosyjskiego, a jakże), który prowadzi osobistą wendetę na te monstra. Wampiry są bowiem odpowiedzialne za zniszczenie i zabicie wszystkich ludzi z rodzinnej wioski głównego bohatera, więc w naturalnym odruchu chłopak chce doprowadzić do czystki totalnej. Bronią, a zarazem groźną przeszkodą na tej drodze może się okazać legendarny Łuk Syriusza.

P.A.Works miało wszelkie możliwe karty, żeby zrobić dobrą serię przygodową, szczególnie że animacyjnie prezentowała się palce lizać - ale  niestety, w roli głównego bohatera osadziła burkliwego, skwaszonego nastolatka, który ma Wielką Zemstę do popełnienia. I jeszcze dali mu głos Hiro z FranXXów (czyli młodego, japońskiego Wertera z wiecznym bólem egzystencji)! Chłopcze, no. Nie ty pierwszy i na pewno nie ty ostatni chcesz "wybić kogoś do ostatniej sztuki", więc zluzuj pośladki i przestań pchać się w oczywistą zasadzkę, w której będziesz musiał odpieczętować magiczną broń, która do tej pory była całkowicie bezpieczna... ej, słuchaj... nie pchaj się... no przestań...! Cokolwiek. Wydaje mi się, że jeśli bohaterowie nie zaskarbiają naszej sympatii albo chociaż nie są w pewien sposób niejednoznaczni, żebyśmy byli ciekawi ich pobudek, to seria w ogóle traci potencjał na bycie czymś dobrym, a jest tylko poprawna. Więc ostatecznie bardzo miło oglądało mi się Siriusa, walki były naprawdę widowiskowe, projekty postaci wyglądały dość kozacko (pomijając kobietę o śniadej karnacji i cyckach praktycznie na wierzchu, która niezbyt wpasowywała się w klimat międzywojennej Japonii), ale z pewnością zapomnę o nim za dwa, może trzy tygodnie. I wyszło z tego takie anime do portfolio, żeby pokazać "patrzcie, jakich mamy zdolnych rysowników", a jednocześnie fabuła okazała się tak mierna, jakby pod spodem dopisano "błagam, przyjdzie i dajcie nam coś mądrego do roboty".

6/10 - polecam do oglądania na rzutniku i szamania popcornu w wolny weekend. Żadnych mądrości życiowych jednak z tego nie wyciągniecie.

Yama no Susume: Third Season


*włącza Eltona Johna* Can you feel the love tonight~

Zanim pogadam o trzecim sezonie, zarysuję może koncept całej serii - Aoi idzie do liceum z nadzieją, że będzie w stanie bezproblemowo je przeżyć, zajmując się szydełkowaniem i tworzeniem ładnych drobiażdżków. Wszystko to jednak idzie w odstawkę, kiedy do jej ławki podbija Hinata - dziewczyna, której Aoi na pierwszy rzut oka nie kojarzy, a która była jej przyjaciółką z dzieciństwa. I właśnie w dzieciństwie dziewczynki pod czujnym okiem taty Hinaty chodziły po górach, gdzie postanowiły, że kiedyś znów wespną się na szczyt, by oglądać wschód słońca. Czas więc najwyższy na to, żeby znów zarazić Aoi pasją do wspinaczki.

O serii słyszałam wcześniej wiele dobrego ze względu na animację, a poza tym po obejrzeniu przesympatycznego Yuru Camp poczułam ochotę na coś zbliżonego klimatami. Fryknęłam w dwa tygodnie poprzednie dwa sezony i przyznam, że chociaż humor nie był tu tak w punkcik jak przy kempingujących dziewczynkach, to o wiele silniejszą stroną tego tutaj tytułu jest jego warstwa obyczajowa. Podczas wspinania się na kolejne góry zwiększająca się paczka dziewczyn doświadcza nowych, czasami problematycznych sytuacji i trzeba przyznać, że nie są to wcale wydumane dramaty. Raz chodzi o przeforsowanie się, raz mama wyraża swój sprzeciw, bo jednak boi się o młodą córkę, która bez opieki wypuszcza się na dość niebezpieczne tereny, innym razem dziewczyny stoją przed wyzwaniem czy zrezygnować ze wspinania się na szczyt, kiedy jedna z nich ma chorobę wysokościową. Twórcy bardzo, ale to bardzo profesjonalnie podeszli do tego tematu, a poza tym należą im się brawa za to, jak sporo swobody zostawiają rysownikom, przez co anime jest polem popisu dla wschodzących gwiazd animacji. Nie znaczy to wcale, że seria jest brzydka. Wręcz przeciwnie - z sezonu na sezon pokazuje się ze wspaniałej strony i chociaż nie ma tu wymagających czy szalonych operatorsko scen, to wszystko jest tworzone z olbrzymią starannością i pomysłem. Zdecydowanie dajcie szansę Yama no Susume, szczególnie że odcinki pierwszego sezonu trwają tylko po cztery minuty. W drugim i trzecim mają już po czternaście minut, ale to tylko pracuje na korzyść fabuły (pierwsza połowa drugiego sezonu jest absolutnie najlepsza i najbardziej trzymająca w napięciu). No i liczę, że czwarty sezon powstanie szybko, szczególnie że już wiemy, co bohaterki planują zrobić. Aż nie mogę się doczekać.

7/10 - zaczynam się coraz mocniej przekonywać do tytułów ze słodkimi dziewczynkami, ponieważ te wiedzą często o wiele więcej od niejednego wojskowego!


Wyróżnienia specjalne:
Najlepsza grafika
Gdyby nie te paskudne używanie grafiki komputerowej we Free! to może bym na to postawiła, ale niekwestionowanym liderem i zdobywcą lauru konsumenta za najbardziej stały poziom oraz wykonanie anime należy się Boku no Hero Academia 3rd Season.

Najlepsza muzyka
Na pewno soundtrack w Boku no Hero Academia ma dalej świetny poziom, ale jeśli musiałabym wybrać coś świeższego... to z pewnym bólem serca postawię na Hanebado!. Kompozytor, Tatsuya Katou, tworzył chociażby genialną muzykę do Free! czy Fate/kaleid Illya Prisma i Hanebado! dalej jest ona świetna, tylko niestety - podczas oglądania ciężko się nad nią rozpływać...

Najlepszy opening/ending

Jakkolwiek serii nie cierpię całą sobą i nawet opening początkowo mi nie leżał, tak ostatecznie doceniłam czołówkę Hanebado! - stał za ty konkretny pomysł i gdybym nie znała zbyt dobrze fabuły, to po openingu spokojnie dałoby się mnie oszukać, że to pozytywna, energiczna sportówka. A naginając zasady... Opening do Banana Fish jest zdecydowanie najlepszy i na ten moment ani razu go nie przewinęłam. Świetne zgranie muzyki z prezentacją brudów i ciemnych interesów Nowego Jorku.

Najlepsza postać

Chociaż było go w tym sezonie jak na lekarstwo, szalenie spodobał mi się rozwój Sousuke z Free!. Do tej pory był tylko bucowatym maruderą, który gotów byłby pobić Haru za to, że jest zdrowy i nie chce pływać w zawodach, a w tym sezonie Sousuke poważnie zastanawiał się nad swoją przyszłością, był wsparciem i otuchą dla młodszych kolegów ze szkoły i podjął odważną decyzję podjęcia się operacji i rehabilitacji, aby gonić za marzeniami. Świetny rozwój postaci. Należy się szacunek.

Moje OTP

Z przyjemnością patrzyłam na interakcje na linii Biała Krwinka x Czerwona Krwinka w Hataraku Saibou. I chociaż biologicznie jest to crack jakich mało, tak anime na szczęście wszystko zniesie.

Największe feelsy:

Zdecydowanie walka All Mighta z All for One i jej skutki w Boku no Hero Academia 3. Bo chociaż ciężko jest założyć, żeby w mega popularnych shounenach jakiekolwiek pozytywne postacie ginęły, to muszę przyznać, że efekt tamtej walki był dużo poważniejszy, a kto wie, czy przez to nie bardziej bolesny.

Największe wtf?!

Bez pudła Satsuriku no Tenshi. Nie dało się tu znaleźć żadnych pozytywów, cały czas zaskakiwał mnie poziom eskalacji głupoty, a najbardziej nie mogę wyjść z podziwu, jak popularna jest to seria i jak bohaterowie biją regularnie rankingi na top postacie ostatnich miesięcy. Nie. No nie.
 

Moje guilty pleasure
Wychodzi na to, że powinnam wybrać tu Happy Sugar Life, chociaż tym jednym razem ani razu nie poczułam się guilty (i dlatego, że się nie czuje, to jednak się czuje... rozumiecie, prawda?). No ale wiecie. To chyba nie jest dobrze odczuwać radochę z oglądania mordujących, sfiksowanych na punkcie miłości dziewczynek?

Największy zawód

Widząc animację w Hanebado! aż serce się kraje, jak bardzo seria okazała się męcząca, a prawie że depresyjna. Niestety, takiej antypatii do całej stawki bohaterów to nie czułam już od hohohoho, chyba od kilku sezonów... a mając na względzie to, że co sezon powstaje po kilkadziesiąt anime, to jest w czym wybierać...

Najlepsza kontynuacja

Kontynuacji przygotowano całkiem sporo, ale nie mam absolutnie problemów, żeby wskazać Boku no Hero Academia 3rd Season. Hype wciąż żyje, bohaterowie wciąż świetnie się rozwijają, walki są epickie i aż nie można się było doczekać każdego nowego odcinka!

Najlepsza nowa seria
W tej kwestii konkurencja była porażająco wręcz słaba, więc ostatecznie na pudle ląduje Hataraku Saibou - może graficznie i muzycznie dość średnie anime, ale sympatycznym pomysłem wybija się nad resztę stawki.

Publikowanie komentarza

5 Komentarze

  1. Bry *macha* przywlokłam się i tu.

    Aniołki – o tym to już trochę pogadałyśmy, więc szkoda dalej zużywać klawisze. No rozczarowanie wielkie, no. Dodam może jeszcze tylko, że naprawdę drażni mnie, że nikt w studio nie zdecydował się poprawić pacingu z gry (o którym wspominałam pod notką z początku sezonu). B6 i B5 w jeden odcinek, B4 i B3 błyskawicznie, B2 rozwlekli, a B1 to chyba teraz do końca zamierzają maltretować. No dlaczego, ja się pytam, naprawdę nie szło tego sensowniej rozłożyć?

    Sirius – ah, seria cierpiąca na Syndrom Opóźnionych Subów. (Coby nie było: zawsze wielki szacun dla osób robiących suby. Wiem, ile z tym roboty. To nie narzekanie w tym wypadku, a stwierdzenie faktu.) Jak o subach już mowa, to jednak najbardziej rozwaliło mnie jak z ekranu poleciało „Misza!” a w subach… Mi-chan.
    Kurtyna.
    No dobra, nie wszyscy muszą być obeznani. A w innych kwestiach się zgadzam. Ending mi się jeszcze podobał melodyjnie.

    Krwinki – ej, jak na założenia to imho wyszło całkiem spoko! Z tą sierpowatością to tak w pół sezonu zobaczyłam na tumblrze, i nagle to miało sens że się w kółko gubi… Najlepszą sceną całej serii zdecydowanie ta, w której Czerwona edukuje nową odnośnie białych – i mówi, że ten tu to generalnie bardzo miły krwinek, uprzejmy, spokojny i w ogóle, a w tle Biały wydaje mordercze okrzyki i dźga jakiś drobnoustrój tak, że leje się cytoplazma.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dorzucę od siebie serię spoza Twojej listy: Muhyo to Roji no Mahouritsu Soudan Jimusho. Aka „ta seria, która z jakiegoś powodu zaczęła się miesiąc po wszystkich innych i w efekcie w piątek wyszedł dopiero 9 odcinek”. No ale jak podsumowanie to podsumowanie, bo w sumie tu chyba wywrotu nie będzie.
      Z czym to się je: demony (oklepane), osoby polujące na demony (oklepane), wątek pomagiera z niską samooceną (oklepany), antagonistą jest Zeźlony Przyjaciel z Dzieciństwa (oklepane).
      Co więc mnie przy tym zatrzymało? Koncepcja sposobu, w jaki z tymi demonami sobie należy radzić. Otóż: istnieje coś takiego jak Magiczne Prawo (taka gruba kniga), wyliczająca przestępstwa, jakich demony się dopuszczają, i opisująca odpowiadające im kary. Czym innym należy pieprznąć w demona, który straszy ludzi, a czym innym w takiego, który tych ludzi morduje. Żeby było zabawniej, jeśli źle zidentyfikuje się szkodliwą działalność (np. uznasz, że to straszenie, podczas gdy to niepożądane nawiedzanie – no powiedz, bliskoznaczne dość) i nieodpowiednio dobierze karę, to rzucone zaklęcie robi piękny w tył zwrot i obrywa rzucający. Ergo trzeba się naprawdę znać, nie ma że byle protag z liceum wpadnie i nagle wszystko może, nie wleci żaden Rin Okumura co wszystko jednym ogniem potraktuje i sru. Już pomijając fakt, że nie każdy specjalista od prawa może egzorcyzmować, nie każdy ma do tego zdolności (i temu są trzy klasy obeznanych ludzi, przynajmniej jak na razie tyle pokazano – egzorcystów strice, sędziów (coś a’la support) i twórców wspomagających amuletów itp)
      I podoba mi się też to, jak się rzucanie tych zaklęciokar odbija na rzucającym. Tytułowy Muhyo (mimo wyglądu, głosu i charakteru wrednego gremlina) jest niezwykle utalentowany, a i tak po przeprowadzonym egzorcyzmie przez cały dzień dochodzi do siebie. I to, jak te kary są jednak różnorodne, widać, że każda jest zbudowana inaczej (mimo że w sumie kończysz tak czy owak w piekle, jest różnica, czy wlecisz w dziurę pełną zębów, zabierze cię piekielny pociąg, czy przetnie na pół piekielny hetman).
      Dodatkowym hakiem trzymającym jest niejaki Yoichi – zerknij proszę w linka: https://imgur.com/o1excsQ
      Otóż Yoichi (po lewej) i Toudou (po prawej, z Yowamushi Pedal) wyglądają jak bliźniacy różnokreskowi (z opaską na włosy włącznie; tu akurat Yoichi ma nauszniki, ale uwierz na słowo – jak je zdejmuje, opaska jest). Dodatkowo obaj: uważają się za dar dla otoczenia, są niepoprawnymi flirciarzami, jak trzeba to potrafią nagle zrobić zwrot o 180 stopni i pełna powaga, 101% kompetencji. I. Uwaga. Ten sam seiyuu. Nie wierzę, że to nie był celowy wybór.
      Yoichi mnie intryguje, oglądałabym do końca tylko żeby zobaczyć co ten naglemagicznyrowerzysta odwali, nawet gdyby te kilka akapitów wyżej już dość mnie nie interesowało. (W sumie na upartego to patrząc po datach mangi, najpierw było Yoichi, potem Toudou. Widać chłop miał dość demonów i przesiadł się na rower.)
      Czy polecam serię? Ja wiem? Obiektywnie rzecz biorąc, jest dość przeciętna i ma sporo wad. Ale jednak coś mnie przy niej zatrzymało (coś więcej niż ten specyficzny Yoichi).

      P.S. Dziab, a co z Anime Crimes Division? D:

      Usuń
    2. Dziękuję Ci, M.W. ;u; Jesteś pierwszym honorowym czytelnikiem tego bloga (na innych nie mam tak naprawdę dowodu, więc...) *kłania się*

      Aniołki - wiesz, gdyby za tym rozwleczeniem szły jakieś konkrety, informacje, jakiś rozwój historii to nie miałabym nic przeciwko. Tymczasem na długaśnym B2 o Rachel nie dowiedzieliśmy się absolutnie nic, podczas "procesu" o pozostałych postaciach nie dowiedzieliśmy się nic (uch, drażniło mnie, że jedyne, co potrafili, to powtarzać wcześniejsze frazesy) i tylko o Zacku cośtam faktycznie zdradzono. I to tyle na całe anime póki co. Kurde no... D:

      Sirius - a taaaak, na początku bardzo zgrzytałam zębami na opóźnienia subów, a potem przestałam oglądać z tygodnia na tydzień i nawet mnie to nie przejęło (no i oczywiście szacun, bo podejrzewam, że Siriusa nie wziął żaden serwis i dlatego trzeba go było tłumaczyć po staremu, z japońskiego, bez pomocy Crunchyrolla czy innych serwisów). Mi się i opening i ending podobały (opening wizualnie, ending całościowo <3), ale to wpisuje się w ogólną jakość serii. Tylko wnętrze jest trochę nijakie. Aż szkoda :<

      Krwinki - to przemiła seria zawierająca mnóstwo mrugnięć oczkiem (kochajmy Białe Krwinki i obawiajmy się ich w razie białaczki...) i im bardziej się człowiek wgłębia, tym więcej mądrości przekazuje. Może gdyby PWN zdecydowało się wydać mangę w Polsce...?

      Muhyo to Roji nawet chciałam oglądać po zobaczeniu plakatu, ale jak zderzylam się z openingiem, który był kliszowy i mało ambitny jak to tylko możliwe, to zwiątpiłam. I założenie brzmi naprawdę super, tylko obawiam się, że inne klisze zjedzą fabułę (np. mały gremlin jest wredny dla tego dużego-wanna-be-Tsuny-Tsunayoshiego). No i biję się w pierś, ale projekty postaci wyglądają jak z ubiegłego wieku, więc niezbyt mnie do siebie przekonują :<
      Natomiast z tymi bliźniakami dwukreskowymi to mnie zabiłaś XD Serio, nie wydaje mi się to przypadek, szczególnie że zgadzają się nawet detale jak kształt oczu, opaska czy loczek. No i seiyuu. Wow, ale mrugnięcie oczkiem :D

      Anime Crime DIvision jeszcze trwa, więc zgodnie ze starą zasadą podsumowanie przechodzi na kolejny sezon ;) Ale jak dla mnie to 9000/10 i Seria Roku <3

      Usuń
  2. Wbrew oczekiwaniom zrozumiałam 90% treści. ;) Zawsze lubię te Twoje podsumowania czytać, bo mimo że nie oglądam jakoś wybitnie dużo anime, to znając Twoje zdanie (i znając Ciebie i siebie) jestem w stanie z każdego podsumowania wybrać coś dla siebie.

    Sirius brzmi jak coś, na czym bym się uśmiała i oko pocieszyła. Hataraku Saibou brzmi jak wyzwanie i sentyment - i po komentarzach Twoich i M.W. wiem, że warto podejść do tematu.

    K.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Te 90% to pewnie akurat serie, które były świeżakami sezonowymi, a nie jakimiś kontynuacjami, co to nie zrozumiesz, jak nie siedzisz w biznesie 20 lat ^^" Ale bardzo miło mi czytać, że nawet osoba niesiedząca w tym grajdole da radę wyciągnąć coś dla siebie. Taki w sumie jest cel tych podsumowań <3

      Sirius jest wciąż lepszy od Zmierzchu, więc zabawy to tu aż takiej się nie uświadczy, no ale wierzę też, że twoje przenikliwe oko dojrzałoby to, co ja już z automatu chińskim bajkom wybaczam :) A Pracujące Krwineczki na pewno warto obejrzeć, chociażby żeby sobie odświeżyć wspomnienia z młodości, jak to się na biolę u C. chodziło XD

      Dziab

      Usuń