Kiedy Bozia talentu poskąpiła, ale w zamian sypnęła empatii - recenzja mangi Pani Itsuya (jednotomówka)

Oho! Jak to szybko zleciało! A przecież upłynęło już parę okrągłych miesięcy odkąd ostatni raz wpadła mi w ręce jakaś interesująca mnie jednotomówka. I tak, to kluczowa fraza - interesująca mnie. Tak naprawdę w cyklu Jednotomówek Waneko po zrecenzowanym na Podajniku Therapy Game pojawiło się jeszcze On zimny, ona gorąca, które postanowiłam odpuścić ze względu na brak odpowiedniej synchronizacji z targetem docelowym tamtejszego humoru (czyt. żarty o gwałceniu elfek to jednak trochę nie moja broszka), natomiast na ekskluzywną Utsuborę wciąż ostrzę sobie kartę płatniczą, licząc na rabat z punktów ze sklepiku wydawnictwa... No! Ale! Do sięgnięcia po Panią Itsuyę nakłoniła mnie sprzyjająca okazja oraz sprawdzone nazwisko Mizu Sahary. Obyczajówki w formie jednotomówek jakoś tak gładko wchodzą, a jeśli przypadkiem okazują się smutne - bo z jakiegoś względu Japończycy mają niesamowitą słabość do robienia nie do końca szczęśliwych zakończeń - to łatwiej jest mi przyjąć na klatę małą porcję życiowych wzruszeń niż całego przeciąganego do granic możliwości tasiemca. A czym tak konkretnie okazała się być Pani Itsuya i do czego przyzwyczaiła nas jej autorka? Pozwólcie, że nakreślę to w dzisiejszej recenzji.


Tytuł: Pani Itsuya
Tytuł oryginalny: Itsuya-san
Autor: Mizu Sahara
Ilość tomów: 1 (z serii Jednotomówek Waneko, wydanie 2w1)
Gatunek: dramat, seinen, obyczajowy, supernatural
Wydawnictwo: Waneko
Format: 195 x 135 mm (powiększony)


Choć tytuł i okładka może sugerować, że główną bohaterką tej krótkiej mangi jest dorosła kobieta, to tak naprawdę mamy do czynienia z... małomównym, zamkniętym w sobie gimnazjalistą. Toki Sakamoto po rozwodzie rodziców nie był w stanie zamieszkać z żadnym z nich (szczególnie że każde sprawiło już sobie nowego partnera), dlatego postanowił przeprowadzić się na wieś do starszej cioci, która jako jedyna z rodziny powitała go z otwartymi ramionami. Niestety, starość to nie radość i ciocia Tokiego zaczyna mieć coraz większe problemy z demencją, przez co opieka nad nastolatkiem staje się niemożliwa. Dochodzi nawet do sytuacji, że ciocia znika z ośrodka opiekuńczego, kiedy wspomnienia zbyt mocno mieszają jej się z rzeczywistością. Chcąc jak najszybciej dotrzeć na miejsce, Toki "pożycza" rower spod ogrodzenia świeżo wprowadzających się sąsiadów, a kiedy zjawia się nieopodal ośrodka, okazuje się, że ciocia została już odnaleziona przy pobliskim stawie, w którym kiedyś razem z żyjącym jeszcze mężem wypuściła złotą rybkę. Co gorsza, starsza kobieta zupełnie nie poznaje chłopaka... Kiedy załamany stanem cioci Toki wraca, żeby odstawić rower pod właściwe ogrodzenie, atakuje go młoda dziewczyna, która na cały głos oskarża go o bycie złodziejem. No tego jest już za wiele! Toki porzuca rower i czym prędzej ucieka, ale zamiast pójść do szkoły, postanawia umknąć w ustronne miejsce i przemyśleć swoją nieciekawą sytuację. Nie wie, że jego nowa nauczycielka plastyki, niejaka pani Itsuya, ma w tym czasie na niego oko...

Tu mi ciepło, tu mi dobrze, tutaj będę pozować!

No dobra, z tymi głównymi bohaterami to jest jednak trochę bardziej zakręcona sprawa, bo tytuł sugeruje jedno, wstęp do historii drugie... a prawda jest taka, że mamy do czynienia z praktycznie równoważnym trio. Tokiego już wam przedstawiłam, ale istotne są tu jeszcze dwie panie - tytułowa Itsuya, czyli nauczycielką plastyki pracującą w gimnazjum Tokiego w zastępstwie innej nauczycielki, która poszła na macierzyńskie, oraz Kon, dziewczynę, która nazwała Tokiego złodziejem, a która mieszka razem z Itsuyą i zajmuje się domem. Jednocześnie warto nadmienić, że historia to mieszanka obyczajówki z elementami nadnaturalnymi. Objawia się to w ten sposób, że Itsuya, która absolutnie nie ma talentu do rysowania (co trochę ciężko zignorować przy posadzie nauczycielki plastyki), potrafi ożywiać swoje rysunki poprzez dmuchnięcie w kartkę. Nie jest z niej jednak żaden pomysłowy Dobromir zdolny do wyczarowania pełnowymiarowej, sprawnej kosiarki czy czegoś w tym rodzaju. Jej magia ogranicza się do tworzenia krzywych pająków mylonych z gąsienicami albo paszczy dinozaura (czy cokolwiek to miało być, bo takie było krzywe), aby skarcić jakiegoś grymaszącego przedszkolaka. No cóż - widocznie nie każdy może być Mizu Saharą swojego uniwersum.

Niektórzy brak talentów artystycznych nadrabiają tym, że sami wyglądają jak z obrazka.

A skoro już przy niej jesteśmy, to Mizu Saharę polscy czytelnicy mieli już okazję poznać dzięki innej jednotomówce z cyklu Waneko, a mianowicie z Głosów z odległej gwiazdy. Tam pani Sahara była odpowiedzialna jedynie za rysunki (scenariusz opierał się na filmie Makoto Shinkaia), jednak widać pod wieloma względami, że tamtejszą pracę z 2005 roku a obecną z 2011 dzieli znaczna przepaść. Po pierwsze, tym razem autorka sama wymyśliła również fabułę. Warto zdać sobie sprawę z tego, że nie każdy rysownik umie czy nawet lubi ilustrować historie stworzone we własnej głowie, ale pani Sahara posiada ten unikalny dar, który umożliwia jej pracę na oba sposoby - o kolaboracji z Shinkaiem wspomniałam przed sekundą, ale też Watashitachi no Shiawase na Jikan, z którego zasłynęła zdecydowanie najbardziej, jest mangą opartą na istniejącej wcześniej, koreańskiej powieści. Jednocześnie autorka ma na koncie wiele samodzielnych prac jak choćby świetny zbiór one-shotów Bus Hashiru., który ogromnie sobie cenię, czy właśnie Panią Itsuyę. Po drugie, co czyni z Pani Itsuyi tak udaną mangę, jest tutejsza kreska. Przy okazji recenzji Głosów z odległej gwiazdy zarzucałam, że chociaż kadry wyglądały zwiewnie, to już postacie były nie tylko wewnętrznie martwe, ale też wszyscy posiadali tę samą twarz. Pani Itsuya to jednak zupełnie inna para kaloszy. Mimika tutejszych bohaterów jest wyrazista, a twarze - zupełnie unikalne i nie do pomylenia jedne z drugimi. I choć pani Saharze rozwoju odmówić nie można, to z pewnym rozbawieniem muszę też odnotować fakt, że postacie w Pani Itsuyi mają dość specyficzne uszy - mniej obłe, a bardziej przypominające Chii z Chobits.

No i kto tu jest teraz stroną wychowującą, a kto - wychowywaną...

Do czego pani Sahara ma też słabość, a co można uznać za jej unikalny znak rozpoznawczy, to spora ilość "milczących" paneli. Ponieważ manga jest medium w dużej mierze nastawionym na doznania wizualne, dlatego autorka założyła, że sam obraz może (i powinien) spełniać rolę nośnika niezbędnej w danym momencie treści. Z tego powodu wiele informacji dotyczących nastroju bohaterów nie przekazuje nam się bezpośrednio, tylko musimy je niejako wyczytać z mimiki postaci, z ruchów ciała, z układu kadrów, z gradientów tła i tak dalej. Bardzo podoba mi się takie rozwiązanie, bo dzięki temu lektura mang pani Sahary może zaoferować coś zupełnie innego niż zwykle. Możemy tym mocniej wczuć się w sytuację głównego bohatera, ponieważ ciąży na nas zadanie zrozumienia go mimo jego zamknięcia w ciasnej skorupie życiowego zagubienia. Jak choćby w sytuacji z pogarszającą się pamięcią cioci - wówczas wiele rzeczy widać po zrezygnowanej minie chłopaka i nikt tak naprawdę nie musi nam wykładać, że czuje ból i zawód, gdy ciocia go nie poznaje, albo że jest kompletnie sfrustrowany, że musi się z tym stanem borykać samotnie. To, że sporo informacji musimy sobie dopisać w głowie, jest celowe, a każdy czytelnik może zrozumieć bohatera na nieco innej płaszczyźnie - jedna osoba będzie mu współczuła tego, że wszyscy dookoła próbują go na siłę uszczęśliwić, a druga uzna, że to tylko głupi młodzieńczy bunt i że warto takiej osobie pomóc mimo jej początkowej niechęci.

Te wakacje w Fukushimie chyba niespecjalnie się pajączkowi przysłużyły.

To, że ten zabieg zadziałał, jest zasługą odpowiedniej gromadki głównych bohaterów. Toki jest wycofanym nastolatkiem, który musi zmierzyć się z faktem, że został (trochę na własne życzenie) sam i z tego też powodu dużo milczy, bo i nie ma do kogo otworzyć ust. Stopniowo jednak zaczyna organizować sobie życie na nowo po tym, jak dostaje od nauczycieli ultimatum, by zamieszkał z którymś z nich. Ostatecznie kończy w domu Itsuyi, gdzie musi dogadać się nie tylko z ekscentryczną nauczycielką, która oczywiste braki talentowe nadrabia niegasnącą pogodą ducha, ale również z władczą Kon, skrywającą pod czarnymi ubraniami swoją własną, nastoletnią tajemnicę. Każde z ich trójki musiało bądź wciąż musi pogodzić się z jakąś stratą - mentalną lub fizyczną - czego uczą się poprzez małe "przygody", podczas których pomagają ludziom ze swojego otoczenia. Manga pozostaje w równowadze między pewną epizodycznością wątków postaci z drugiego planu a główną historią w dużej mierze skupiającej się wokół Itsuyi (a jednak!). Dało mi to wrażenie, że manga nie jest tylko zlepkiem różnych pomysłów, ale że to krótka historia z bardzo żywym tłem.

Potrzeba matką wynalazków... albo niespodziewanych odwiedzin u sąsiadów.

Pani Itsuya kojarzy mi się trochę ze Słyszę twój głos - oba tytuły mają drobny, nadnaturalny gimmick, który ubarwia mocno prozaiczną opowieść związaną trudami dorastania i próbą otworzenia się na innych ludzi, i tak samo zaskakujący jest również finalny plottwist, który idealnie spina delikatnie epizodyczną historię w całość. Znajdziecie tu i zacną dawkę humoru, i porcję dramatu, i kawałek obyczajówki, i plasterek anchou... znaczy, plasterek szczerych feelsów. Myślę, że tę jednotomówkę można też z powodzeniem sprezentować nie do końca mangowym fanom - na przykład rodzicom albo komiksowemu znajomemu - żeby pokazać, że te chińskie rysowanki to nie tylko historyjki dla małych dzieci, ale również medium zdolne przedstawić uniwersalne problemy nastolatków z właściwym im szacunkiem i pozytywnym przesłaniem. Cieszę się, że sięgnęłam po Panią Itsuyę i liczę w przyszłości na kolejne tak udane prace w wykonaniu Mizu Sahary (szczególnie że portfolio ma przebogate).

Wena-morderca nie ma serca.

Za udostępnienie mangi serdecznie dziękuję wydawnictwu Waneko

Publikowanie komentarza

0 Komentarze